popmoderna-zawieszenie

Popmoderna | There’s no place for dust in Space (David Bowie „★”)
bowie1
RECENZJE | 18.01.2016

There’s no place for dust in Space (David Bowie „★”)

Tekst ten pisałem w dniu premiery ostatniego albumu Davida Bowiego. Poniżej przeczytać można myśli, które towarzyszyły mi podczas pierwszych odsłuchań płyty. Po śmierci tego niepowtarzalnego artysty, stała się ona dla mnie jeszcze istotniejsza i jeszcze bardziej wyjątkowa. Pomimo ostatnich wydarzeń nie chciałem zmieniać tekstu, to zapis moich wrażeń i swoista pamiątka.

O Davidzie Bowiem można mówić wiele i naprawdę długo. Można opowiadać na poważnie lub w tonie niezobowiązującej anegdoty. Jego postać jest na tyle skomplikowana, że – pomimo wieloletniej kariery i przynależności do zupełnie innych czasów – nie znika z fonograficznego horyzontu. David Bowie to jedna z głównych figur w kulturze popularnej i wbrew istnieniu mniej lub bardziej skrajnych stanowisk wobec jego kariery i talentu, da się zauważyć, i to bez najmniejszych wątpliwości, że najnowszy album ★ był jedną z najbardziej wyczekiwanych płyt (od) zeszłego roku.

Dwudziesty piąty album Bowiego okrzyknięty został doskonałym zanim jeszcze oficjalnie ukazał się na rynku. Nadzieje były wielkie, napięcie rosło wraz z każdą informacją i zamieszczanym klipem. Nie dało się przy tym zauważyć niezdrowego, irytującego podniecenia. Atmosfera towarzysząca premierze przypominała oczekiwania na istotne, ale niekoniecznie spektakularne święto. Pomimo tego, dziennikarze muzyczni nie pozostawiali wątpliwości – to miał być (i był!) kolejny wielki gest sześćdziesięciodziewięcioletniego już artysty. Gdzieś na marginesie pojawiały się pytania o to, czy Bowie musi coś jeszcze udowadniać? Czy ten album jest rzeczywiście konieczny? Pytanie tak samo zasadne, jak nietaktowne.

Na szczęście ★ udowadnia to z nawiązką. To nie tylko doskonały materiał dźwiękowy, to także akt niesubordynacji wobec oczekiwań współczesnego rynku. Album zrobiony na przekór, ale nie po to, by być kontrowersyjnym z zasady. ★ można przesłuchać raz, ale gwarantuję, że to nie wystarczy, by w pełni zrozumieć przewodzącą mu ideę. Jego smakowita transgresywność tkwi raczej w pewności siebie Bowiego i jego fantazji w wywracaniu na drugą stronę modnych aktualnie w muzyce popularnej tendencji. A robi to odrobinę stylowo, a odrobinę z opaską na oczach, nie błądząc przy tym jednak po omacku!

Siedem utworów, łącznie nieco ponad czterdzieści minut muzyki. Trudno jednak jednoznacznie orzec „jaka jest” ta płyta. Powiedzieć, że doskonała, to chyba zbyt proste. Jej siła tkwi gdzieś pomiędzy kolejnymi epitetami i metaforami, którymi możemy ją określić.  Paradoksy mnożą się przy każdej kolejnej próbie uchwycenia jej jakości. Z kolei powiedzieć, że jest spójna, to tylko półśrodek. Jest w tym sporo prawdy, jednocześnie jednak każdy kolejny utwór sam w sobie stanowi coś zupełnie niezależnego. Sprawę komplikuje też fakt, że utwory nie następują po sobie z pewną, oczekiwaną w wypadku albumów konceptualnych, płynnością. Można je dowolnie przestawiać i słuchać w wariacyjnej kolejności. Każde kolejne odsłuchanie gwarantuje nową możliwość syntaktyczną. ★ jest tak samo spójna, jak rozproszona.

Jeżeli jednak miałbym sięgać po jakiekolwiek figury interpretacyjne, które mogłyby pomóc w opowiadaniu o ★, to wybrałbym tylko jedną. Da się bowiem potraktować ten album jako notes z egzystencjalnej i transmedialnej podróży. Nie będzie to dziennik z klasycznym zapisem przeżyć, a raczej ponowoczesna biografia ze skrawków, muzycznych oraz literackich odwołań i trawestacji. Znajdziemy tu odniesienia osobiste, ale także tropy metastrukturalne, które odwołują się do kolejnych wizerunkowych wcieleń muzyka, jak Ziggy Stardust. Znaleźć tu można ślady religijnych inspiracji i źródeł historycznych, ale także codziennych opowieści, zarówno tych zupełnie fantazyjnych, jak i tych fikcjonalnych. Od podróży po wyśnionych lub mitycznych miastach, przez rozmowy z wieczornych taksówek, aż do nowojorskich wyznań.

Ta patchworkowa konstrukcja początkowo może oszołomić nadmiarem wrażeń: począwszy od intertekstualnych zabaw w warstwie tekstowej, przez zapożyczenia, po dekonstrukcje dźwiękowe. Już w otwierającym płytę Blackstar, po równo rozkładają się okcydentalne, jazzowe partie i elementy orientalizujące, w utworze Lazarus natomiast aż iskrzy się od dźwięków z produkcji musicalowych. W każdym kolejnym utworze możemy doszukiwać się takich interesujących i nieoczywistych, a czasami ekscentrycznych rozwiązań. Koronnym przykładem jest ‘Tis a Pity She Was a Whore, gdzie każdy dźwięk jest dosłownie niezależną konstrukcją, a jednocześnie zastosowana tu wysoka skala powoduje, że melodia pnie się w górę, niczym współczesna metropolitalna architektura. Architektura dźwiękowa o przyziemnych z pozoru podstawach tekstowych. Cały album jest labiryntem o wielu wyjściach i jeszcze większej ilości wewnętrznych króliczych nor. Wszystko spaja atmosfera nieustannej niejednoznaczności tej wędrówki. Przez to nowy album Bowiego to dzieło otwarte na nawet najbardziej nieprawdopodobne interpretacje. Co więcej, chyba nie jest możliwym wyrobienie sobie jasnej opinii już po pierwszym przesłuchaniu. Ta płyta rośnie w kolejne znaczenia z każdym następnym spotkaniem. Spróbujcie od razu powiedzieć, jaki nastrój towarzyszy utworowi Sue (Or in a Season of Crime), który sam w sobie jest małą wewnętrzną (kosmiczną?) Odyseją. Każde powtórne odsłuchanie/odczytanie wzbogaca tę wyprawę.

★ to podróż, w której artysta zaprasza do współdziałania i współtworzenia znaczeń. W swej istocie, album jest muzycznym autografem pod całą dotychczasową karierą artystyczną brytyjskiego muzyka. Przypomina puzzle bez obrazka na opakowaniu – jest zapowiedzią nieskrępowanej zabawy, na równi kuszącej, jak i wzbudzającej obawę.