vhsilu
ARTYKUŁY | 03.02.2014

The Boys Are Back in Town (filmy akcji na VHS) – cz. 1

Pamiętacie wszystkich hollywoodzkich twardzieli, których nie imają się kule, którzy nie krwawią, a jeśli nawet, to zawsze krótko i bezboleśnie? Niezależnie od warunków pogodowych potrafią walczyć z mafią, policją, kosmitami, skorumpowanymi politykami, terrorystami i ze wszystkim, co tylko przyjdzie wam do głowy. Popijają (z gwinta) whisky bez coli, palą papierosy bez filtra (najczęściej Marlboro) i niezależnie od tego, w ilu irracjonalnych scenach kaskaderskich wystąpią, nikt nie odważy się zapytać, czy scenariusz trzyma się kupy. Wszystkie grzechy zostają odpuszczone, tutaj liczy się adrenalina, chipsy i wypite piwo.

W latach 80. i 90. VHS-y (Video Home System) były najpopularniejszym standardem zapisu i odtwarzania obrazu. W każdym domu musiał być magnetowid, kamera i mnóstwo kaset. Nagrania z wesela, pierwszej komunii, urodzin wujka Władka – słowem: Polska (ale i tęsknota za Ameryką…). Mówiąc ogólniej, taśma magnetyczna przyjmowała wszystko. Wspólne seanse po niedzielnym obiedzie u kumpla, który miał nagrany najnowszy film akcji ze Stallone czy Willisem. Wieczne problemy z video, które zacinało się w najmniej odpowiednim momencie, a jedyną znaną formą naprawy było uderzanie ręką w odtwarzacz. Wszystko to w piękny (i naturalny) sposób przeminęło, VHS okres swojej świetności ma już dawno za sobą, system został już wyparty przez CD, DVD i blu-ray. Kasety się kurzą, odtwarzacz jest prawdopodobnie zepsuty, został tylko sentyment do klimatu filmów z tamtych lat i całej magii produkcji zapisanych na taśmie celuloidowej.

Na specyficzną stylistykę lat 80. i 90. składają się rzecz jasna muzyka i ubiór, ale również nieśmiertelne filmy – produkcje, w których próżno szukać prawa powszechnego ciążenia czy zasad dynamiki Newtona. Kino akcji rządzi się własnymi regułami, logika i realizm przegrywają z efekciarstwem. Dziś wiemy już, że nasi bohaterowie trochę się zestarzeli, niektórym nieco się przytyło, a ich sława już nie lśni wśród reflektorów. Podupadłe gwiazdy kina reanimują swoich bohaterów w kolejnych sequelach (co roku producenci serwują nam po kilka odgrzewanych kotletów, weźmy choćby nakręcone już w XXI wieku filmy John Rambo lub Rocky Balboa). Magia kontynuacji: jedni kochają oglądać swoich ulubionych bohaterów kolejny raz w nowej odsłonie, inni natomiast są na tyle konserwatywni, że zawsze, niezależnie od efektów, będą uważać pierwszą część filmu za najlepszą. W większości przypadków są to sequele nieudane, powoli zaczyna się tworzyć nowy Kabaret Starszych Panów, gdy coraz to starsi aktorzy wykonują na ekranach kolejne niemożliwe akrobacje (weźmy choćby Niezniszczalnych z 2010 roku i jego kontynuacje, w których wystąpiła cała śmietanka action movies).

Współczesny tough guy jest wyrwany wprost z gazet typu „Men’s Health” i musi spełniać wszystkie wymogi estetyczne współczesności. Żadnego alkoholu – szkodzi; papierosy (cygaro) – szkodzą; niezdrowe jedzenie smażone na oleju – szkodzi; duże umięśnienie – nie najlepiej wygląda. Nasz heros nie może być też zbyt brutalny, powinien dobrze się wyrażać i mieć wspaniałą dykcję. Musi podobać się płci pięknej i dawać widzowi jednoznaczne sygnały, że jego postać to człowiek bez żadnej skazy. Ideał. W ten sposób otrzymujemy bohatera naszych czasów. Jakie czasy, taki twardziel? Nuda, więc jeśli nie masz magnetowidu, a chciałbyś przypomnieć sobie klimat tamtych lat, zapraszam do podróży przez najlepsze/najgłupsze/najzabawniejsze (niepotrzebne skreślić) produkcje czasów minionych. Przygotujcie sześciopak i crunchipsy, tu nie będzie miejsca na kino egzystencjalne i rozważania nad sensem życia. A więc zaczynamy.

 

First Blood (1982). Polski tytuł: Rambo: Pierwsza Krew

Back there I could fly a gunship, I could drive a tank, I was in charge of million dollar equipment, back here I can’t even hold a job „parking cars”! Rambo

Rambo zna każdy, ale nie każdy lubi. A szkoda, gdyż pierwsza część cyklu to film niezwykły. Obecny, dość obśmiany obraz Johna Rambo w popkulturze to pochodna kontynuacji filmu, które bezmyślnie obdzierają postać z autentyczności i sprowadzają wszystko do czystej rozrywki. Pierwsza Krew to jednak przede wszystkim dramat antywojenny, historia zagubionego weterana, który po wojnie nie jest w stanie rozpocząć normalnego życia, a co więcej: kraj, któremu służył, chce o nim jak najszybciej zapomnieć. Mamy wszystko, czego trzeba, między innymi świetnie zarysowane i zagrane postacie. Chyba nikt nie wyobraża sobie innego Rambo niż Stallone, warto jednak wspomnieć również o pierwszorzędnie zagranych rolach pułkownika Samuela Trautmana (Richard Crenna) czy szeryfa Willa Teasle’a (Brian Dennehy). Trauma wojny w Wietnamie i bezsilność wobec zastanej rzeczywistości, do której nasz bohater nie został przygotowany, sprawiają, że filmowi daleko do bezmózgiej rozwałki, którą możemy zobaczyć w kolejnych częściach. W Pierwszej krwi widz dostaje sporo pięknych plenerów i oszczędną muzykę, idealnie budującą klimat filmu. I przede wszystkim: znakomitą kreację Sylvestra Stallone, który jest po prostu bardzo dobrym aktorem. W swojej lidze.

Scenariusz pierwszego filmu z Rambo jest oparty na książce Davida Morrella Rambo: Pierwsza Krew.

 

The Thing (1982). Polski tytuł: Coś

Man is the warmest place to hide.

Stacja polarna, kilkunastu mężczyzn, zamknięte pomieszczenia, a w promieniu kilkuset tysięcy kilometrów żywego ducha – tylko mróz i śnieg. Amerykańscy pracownicy stacji są świadkami dziwnego incydentu z udziałem norweskich badaczy, którzy ścigają helikopterem zwykłego z pozoru psa. Norwegowie giną, natomiast zaniepokojeni Amerykanie postanawiają sprawdzić bazę swoich sąsiadów. To, co odkryją, będzie dla nich szokiem. W filmie Carpentera jest wszystko, czego nie może zabraknąć w klasycznym horrorze, przede wszystkim: potęgowanie napięcia. Dodajmy do tego choćby rewelacyjne efekty specjalne, za które odpowiada Rob Bottin (patrz: scena z defibrylatorem, chodząca głowa, sekcja zwłok) – oglądając je, nikt nie będzie miał wątpliwości, że komputerowe fajerwerki nie są w stanie zastąpić pracy ludzkich rąk. Klimat, klimat i jeszcze raz klimat. Izolacja, strach przed nieznanym zagrożeniem, panika, niedowierzanie – to wszystko prowadzi w końcu do wzajemnej nieufności, za którą winę ponosi bezosobowe, niewidzialne, pozostające w ciągłym ukryciu zło. Dodajmy: zło, które każdy może utożsamiać ze swoim najstraszniejszym koszmarem, gdyż „obcy” jest tu tylko figurą retoryczną. To kultowe już dzieło nie sili się na zadawanie ważnych (niepotrzebnych?) pytań – o sens czy istotę. Poza jednym: jakie mamy szanse? Film będący czystą adrenaliną ma swoją kulminację podczas sceny z badaniem krwi (widz przestaje wówczas na chwilę być biernym obserwatorem i uczestniczy w akcji wraz z bohaterami). Coś to również wspaniała rola Kurta Russella i klimatyczna muzyka Ennia Morriconego, potęgująca tylko atmosferę izolacji.

 

Above the Law (1988). Polski tytuł: Nico – ponad prawem (czasem: Poza prawem)

You guys think you’re above tha law…well you ain’t above mine! – Nico Toscani

Steven Seagal – na sam dźwięk imienia tego pana na twarzy pojawia się uśmiech. Jakakolwiek dyskusja na temat dobrych i złych filmów owego aktora jest pomysłem dość kuriozalnym. Dlaczego? Wszystkie produkcje, w których bierze on udział, są takie same – od przeszło dwudziestu lat. Schemat jest następujący: bar, sklep, paru bandziorów – połamać im nadgarstki, porozbijać głowy kijem do bilardu, wbić tasak w pierś, a na koniec dobić kulą bilardową owiniętą w ręcznik i wyrzucić przez witrynę sklepową. Zarys jakiejkolwiek fabuły nie ma sensu, ważny jest fakt, że Steven robi to, co umie najlepiej, i dostarcza nam przy tym niezłej rozrywki. Dlaczego więc Nico się tutaj znalazło? To pierwszy film z udziałem Seagala, nakręcony, gdy aktor był jeszcze szczupły (to chyba najważniejsze), młody, wysportowany i nie wyglądał jak własna karykatura. Nico Toscani jest młodym i uczciwym policjantem, którego zwerbowało CIA, a następnie trafił do Wietnamu. Zresztą, kto by się przejmował jego karierą zawodową. Ważne, że the boy is back in town. Co ciekawe, obok Stevena Seagala w filmie występują Sharon Stone oraz gwiazda kina blaxploitation, Pam Grier. Filmy z Seagalem kocha się lub nienawidzi – są tak samo złe, jak dobre. Mniej więcej do filmu Patriota można oglądać bez bólu, zarówno głowy, jak i oczu.

 

Ciąg dalszy za dwa tygodnie!