Zadie Smith Ilustracja
RECENZJE | 13.11.2017

TERAZ WSZYSCY WIEDZĄ, KIM NAPRAWDĘ JESTEŚ (Z. SMITH „SWING TIME”)

Lekturę najnowszej powieści Zadie Smith najlepiej rozpocząć od wstukania w wyszukiwarce hasła: Fred Astaire, Swing Time i obejrzenia pierwszego z pojawiąjących się na ekranie filmów.

Tancerz wszechczasów (odziany w marynarkę w niedorzeczne białe grochy) w iście hollywoodzkim stylu wystukuje na pustej scenie rytm. Jest rytmem. Imponujące tempo i precyzja ruchów tylko na ułamki sekund pozwalają zobaczyć uśmiech na jego twarzy, tak jakby szaleńcza choreografia nie wymagała najmniejszego wysiłku. Kamera oddala się, razem z Fredem tańczą trzy cienie, absolutnie mu posłuszne. Na razie. Film jest czarno-biały i niedzisiejszy.

Główna bohaterka, narratorka najnowszej powieści Zadie Smith, uciekając od swojego skomplikowanego życia, trafia przypadkiem do Royal Festival Hall na pokaz Swing Time, filmu, który wielokrotnie oglądała w dzieciństwie. Ożywione wspomnienia, muzyka, ciemność kinowej sali, dobre miejsce w tylnym rzędzie i nieodparty urok Astaire’a – wszystko to pozwala jej na chwilę zapomnieć o tym, że niedawno straciła pracę, a jej dotychczasowe życie legło w gruzach. Poddaje się zupełnie muzyce. Po powrocie do mieszkania odtwarza taniec Astaire’a ponownie, ale tym razem jej stopy nie wystukują rytmu, a przez ciało nie przepływa fala spokoju i szczęścia. Gra muzyka, lecz nie ma z kim tańczyć.

Muzyczne i taneczne reminiscencje przenoszą w czasie i pozwalają śledzić dzieje upadku (albo dzieje stawania się tym, kim się naprawdę jest). Retrospektywna narracja, przyjaźń dwóch dziewczynek, która nie przetrwała próby czasu, i trudna relacja z matką – wydawałoby się: nic nowego. Co zatem sprawia, że najnowsza powieść Smith jest wyjątkowa? (Bo – spoiler alert – jest, w „The Guardian” mieli rację). Odpowiedź na to pytanie jest prosta i właściwie nie wymaga dalszej argumentacji: kobiety i ich mikrokosmosy. Tu właściwie mogłabym skończyć, za całą rekomendację podając zdanie: przeczytajcie koniecznie o tych kobietach! I każdy rozsądny czytelnik uwierzyłby na słowo i przeczytał, bo wiadomo, dla kobiet – warto.

Ale o kobietach też warto, więc – jeszcze trochę. Pierwsza refleksja, nasuwająca się po zamknięciu książki, jawi się jako zdumiewająca w swojej prostocie oczywistość. Wszystko, co do tej pory napisała Smith, zmierzało do tej powieści. W Swing Time jest jakaś możliwa do zaobserwowania wyłącznie ex post żelazna konsekwencja jej pisarstwa. W konfrontacji ze wcześniejszymi powieściami i opowiadaniami uderza nieobecność mężczyzn, zarówno ta dosłowna (ojciec Tracy), jak i zmetaforyzowana (ojciec narratorki wychodzący z budynku w czasie lekcji tańca, pozostający do końca w cieniu matki, gdzieś na uboczu). Właściwie jedynym pełnoprawnym męskim bohaterem jest tu Fred Astaire – jego nieobecność jest uświęcona mitem, legendą, tańcem samym. Jemu wolno nie być.

Schodzący ze sceny i ukrywający się w kulisach mężczyźni zrobili miejsce kobietom. Inaczej: to kobiety zagrały sobie spektakl, bez pytania o zgodę, pomoc i aprobatę. Nie chodzi o to, że u Smith nie było wcześniej takich bohaterek. Przeciwnie – w matce narratorki jest ta sama wyniosłość afrykańskiej królowej, co w Kiki z O pięknie. Hawa, porzucająca młodzieńcze mrzonki dla spokojnego, przewidywalnego i opiekuńczego mężczyzny, jest przecież bliska Irie z Białych zębów, która zamiast wciąż miotać się między Millatem i Magidem wybiera życie ze statecznym Joshuą. Aimee świadoma swojej kobiecości wykorzystuje ją tak, jak robiła to Victoria Kipps i wreszcie: sama narratorka, szukając siebie, podąża śladami Zory Belsey (O Pięknie), Leah Hanwell i Natalie Blake (Londyn NW).

Kobiety Smith, mimo że konwencjonalnie i kulturowo uwikłane w asymetryczne relacje z mężczyznami, nigdy nie godziły się na bycie rekwizytem czy sztafażem. To one zostawały na placu boju wtedy, gdy mężczyźni skończywszy swoje wojny i bitwy, odchodzili w cień, niezadowoleni z kompromisów, do których byli zmuszeni.

Wszystkie mają ze sobą coś wspólnego: siłę, niezależność, o którą nie walczą, która nie jest wyborem, tylko absolutną koniecznością. To one przetrwały wszystkie katastrofy. Kobiety Smith są w dużej mierze spadkobierczyniami bohaterek Toni Morrison, sukcesorkami ich zmagań. Nie muszą już, jak one, walczyć o swoją godność i pozycję w świecie, nie muszą truć i zabijać, przekraczać moralnych granic, żeby ocalić siebie i sobie najbliższych. Nie marzą o błękitnych oczach (choć w dorastającej Irie pobrzmiewa to pragnienie upodobnienia, gdy udaje się do salonu fryzjerskiego wyprostować włosy), a ich największym przeciwnikiem są one same. Kilka dekad później walczą już tylko o własną osobę, choć każda z nich rozumie – i prowadzi – tę walkę inaczej. W Swing Time matka narratorki chce mieć realny wpływ na rzeczywistość, Tracy odnajduje siebie w oślepiającym blasku reflektorów, Aimee tworzy świat, w którym nie ma miejsca na dramaty dłuższe niż chwilowe opłakiwanie nieudanego romansu, a sama narratorka chowa się przed tętniącym życiem Londynem i patrzy, jak Fred Astaire ucieka trzem cieniom. Właśnie tutaj zaczyna się nowe: Smith po raz pierwszy oddaje całkowicie głos kobiecie. Subaltern przemówiła i już nikomu nie musi się tłumaczyć, jej głos nie potrzebuje uprawomocnienia. A skoro sam gest mówienia nie jest już decydujący, to wreszcie zaczyna być ważne to, co i jak mówi. Na pierwszy plan wysuwa się zatem sama opowieść. Narracja wykracza tu poza sferę kreacji artystycznej i wchodzi w dziedzinę psychologii. Główna bohaterka ze strzępków wspomnień, rozmów, spotkań i wrażeń próbuje stworzyć siebie, złożyć fragmenty w całość.

Odwrócenie porządku narracji jest gestem konstytutywnym dla tej, która mówi. Poznając zakończenie, można przyjrzeć się uważnie lewej stronie tkaniny, splątanym nitkom, sygnaturze mówiącej. W najnowszej powieści Smith jest tak, jak pisze Pamela White Hadas w cytowanym przez Nancy K. Miller wierszu: Moje rzemiosło wije / fabułę wstecz / poza autoportret. Bo rzeczywiście kobiecość – w swojej wyjątkowości – nigdy nie jest pojedyncza. Zawsze jest w pewnej mierze odbiciem, zawsze snują się za nią – jak za Astairem – czyjeś cienie. Dla narratorki Swing Time to cienie trzech kobiet, które kolejno wyciszały jej głos: matki – silnej, zdecydowanej, świadomej siebie i swojej historii, Tracy – rozkapryszonej i zdeterminowanej w dążeniu do sławy oraz Aimee – bez reszty skoncentrowanej na sobie i przekonanej o swojej sprawczości i istotności. Trzy kobiety, trzy cienie, od których bohaterka próbuje się wyabstrahować.

Opowieść narratorki jest odpowiedzią, często spóźnioną repliką na słowa i działania tych trzech. Tak jak dorastający człowiek, narratorka identyfikuje się poprzez negację. Każdy konflikt: z matką, z Tracy, z Aimee, oddala ją od cudzych oczekiwań i zbliża do siebie. Takiej, jaką jest, nienazwanej. Jej bezimienność jest niemal bachtinowska. Bo jeśli wszystko, co o sobie wiemy, poczynając od imienia, dociera do nas przez usta innych, to narratorka, która nie została nazwana, próbuje zrekonstruować siebie, odnaleźć prawdę w oskarżycielskim: teraz wszyscy wiedzą, kim naprawdę jesteś. Nie prawdę matki, Tracy, Aimee. Nie prawdę skandalu i nagłówków plotkarskich portali, ale swoją własną. Nie potrzebuje imienia, które zawsze będzie cudze. Potrzebuje opowieści, której nikt nie może zawłaszczyć. To, że nie ma imienia, nie znaczy wcale, że może być everymanem, czy raczej everywoman.  We all fall in a dance, pisał Auden w poemacie New Year Letter, i powieść Smith jest właśnie o tym upadku, który pozwala zacząć od nowa, odnaleźć swój rytm.

 

Zadie Smith

Swing Time

tłum. Tomasz Kłoszewski

Liczba stron: 480

Wydawnictwo Znak, 2017