bukowski
ARTYKUŁY | 02.04.2012

Ten śliczny Bukowski

Powiedzmy to sobie szczerze: Bukowski jest niedoczytany. Niezbyt uważna lektura jego poezji, której nieraz uległ wyżej podpisany, mogłaby stanowić doskonały przyczynek ku temu, aby wtłoczyć go w ramy stereotypu poete maudit. Istotnie: mamy tutaj stosunkowo sporo konwencjonalnych rekwizytów, które ułatwiłyby taką klasyfikację. Począwszy od (pozornie nieco afektowanego) zamiłowania do alkoholu i papierosów, poprzez brutalny i pozbawioną pierwiastka emocjonalnego seksualność, aż do grubo ciosanego języka. Wszystko to wystarczyło, aby Buk stał się ulubieńcem młodych kontestatorów rzeczywistości rodem z liceów artystycznych. Po trosze dlatego, że (wydawałoby się) oferuje nieskomplikowane doznania literackie, korzystając z języka, który jeszcze niedawno nie miał do poezji wstępu, a jeżeli się w niej pojawiał, to w bardzo ograniczonych dawkach.

Właśnie ten typ recepcji uszczupla nieco wpływ amerykańskiego poety na poezję drugiej połowy minionego wieku i umniejsza znaczenie wartości artystycznej. Zamiłowanie Bukowskiego do „brzydkiego” języka i „brzydkich” obrazów (ujęcie przeze mnie tych słów w cudzysłów jest nieprzypadkowe) wymościło mu dość przytulne miejsce w galerii niegrzecznych oraz niepokornych, w rzeczywistości mało jednak mówi o jego praktyce literackiej, która wymyka się estetycznym kryteriom poezji ulicy, poezji chuligańskiej. Brzydota w wydaniu Bukowskiego jest kategorią wielowarstwową, a także silnie uzależnioną od idiosynkrazji oraz wnikliwości, z jaką podejdzie się do jej analizy.

Już samo zdefiniowanie brzydoty jako jednej z kategorii estetycznych nastręcza niemałych problemów. Z perspektywy bagażu, jaki zostawiła nam sztuka awangardowa oraz neoawangardowa, mówienie o granicach między „tym, co piękne”, a „tym, co brzydkie” straciło charakter jednoznacznie wartościujący i wiedzą to wszyscy ci, których polonistka była na tyle łaskawa, żeby nie zamknąć programu nauczania przed wkroczeniem modernizmu, bo „tego na maturze nie będzie”. Żonglowanie określeniami w rodzaju „ładne”/”brzydkie” może być po prostu zwykłą słowną trawą: czy któraś z pań (i nie tylko pań) czytających moje słowa traktuje równo przycięty wąs jako główny przymiot męskiego seksapilu? Zresztą, nie musimy wcale podróżować w czasie: czy myśl o masajskich boginiach piękności pobudza Waszą wyobraźnię, Panowie i Panie?

W takim razie zasięgnijmy języka u uczonych głów i sprawdźmy, jak ten niekoronowany król profanów wypadnie w konfrontacji ze starym podręcznikiem akademickim. Maria Gołaszewska w swej próbie syntezy teorii estetytycznych, przywołuje między innymi rozróżnienie, jakiego dokonał Jakub Segał, który wyróżnia na polu brzydoty różne wartości nacechowania estetycznego. Brzydkie elementy w dziele artystycznym mogą stanowić estetyczny minus, dzieje się tak, gdy przedmiot wywołuje w nas niesmak, odrazę, przykrość, strach. Odróżnia tu Segał kilka przyczyn kwalifikowania dzieła jako brzydkie: (…) gdy dzieło nie odpowiada naszemu oczekiwaniu przeżyć przyjemnych, radosnych (…); gdy nie odpowiada naszym ideałom estetycznym (…), gdy przedmioty budzą w nas lęk. Istotna jest jednak inna potencjalna strona tego zjawiska: Kontemplację estetyczną wywołują przedmioty brzydkie z uwagi na ujmowanie ich jako estetyczne plus (w: O charakterze psychologicznym zasadniczych zagadnień estetyki). Jest to sygnałem, iż klasyfikacja brzydoty oraz pozycja, jaką wobec niej zajmuje odbiorca, jest ściśle uzależniona od jego preferencji, doświadczeń i oczekiwań. Z tego punktu widzenia brzydota u Bukowskiego może zawierać zarówno ujemny, jak i dodatni walor estetyczny. A stąd już tylko krok do ryzykownej tezy, proszę wyprosić dzieci z pokoju i zacisnąć zęby: POEZJA BUKOWSKIEGO JEST ŁADNA.

Zgoda, nie jest to takie proste. Stany Zjednoczone Bukowskiego są pozbawione powabu Ziemi Obiecanej, nie mają w sobie nic z tak często przypisywanego im blichtru. Perspektywa, którą przyjmuje, pozwala mu na opisywanie kraju z punktu widzenia robotnika imającego się dorywczych, kiepsko płatnych zajęć. To tutaj nabiera kształtu wspomniana przeze mnie powyżej łatwość, z jaką powierzchowny czytelnik chętnie przyszyje Bukowskiemu łatkę z napisem „poeta przeklęty”. Istotę jego życia zdają się bowiem stanowić gwałtowne popijawy w towarzystwie nieokrzesanych ludzi marginesu, narkomanów, drobnych złodziejaszków, prostytutek oraz kochanek na jedną noc: leżeliśmy w łóżku / piliśmy wino, szampana, paliliśmy, braliśmy / prochy całymi garściami (wszystkie cytaty pochodzą z tomu Miłość to piekielny pies) – oto ekshibicjonizm, który mógłby się wydać jedynie niezbyt wyrafinowaną próbą zaszokowania odbiorcy. Brzydota postaci, jakie zaludniają wiersze autora Faktotum, wydaje się jednak umotywowana. Cały ten deliryczny korowód, dawkujący sobie bez umiaru najwymyślniejsze środki odurzające i do kwestii damsko-męskich podchodzący bez żadnych ceregieli oraz sentymentów, jest brzydki z punktu widzenia tradycyjnej organizacji społecznej. Bukowski niejednokrotnie wyrażał swoją niechęć wobec konwenansu oraz wykluczenia, jakie wiąże się z niezbyt sumiennym wypełnianiem oczekiwanej przez otoczenie roli. Niewykluczone, że nabawił się owego kompleksu w młodości, przytłoczony maskaradą uskutecznianą przez swojego ojca. Henry Bukowski aspirował bowiem do kręgów towarzyskich o zdecydowanie wyższym statusie majątkowym niż wskazywałby na to stan jego konta bankowego. Walka o akces do podmiejskiej socjety odbiła się niewątpliwie na jego synu, jak pisze Howard Sounes w biografii pisarza W ramionach szalonego życia: Bukowski nienawidził LA High. Ojciec zmusił go do przejścia tam, aby spełnić swoje marzenie o awansie społecznym, ale on nigdy nie pasował do kręgu Hancock Park. Jego rodzina miała znacznie mniej pieniędzy niż większość studentów. Wstrzemięźliwość, jeśli chodzi o stosowanie ”ładnych” w tradycyjnym rozumieniu tego słowa figur, może być wyrazem specyficznego stosunku do tradycyjnie rozumianej estetyczności, którą Howard Sounes, bazując na wspomnieniach Bukowskiego, opisuje w ten sposób: Dziewczyny w LA High wyglądały pięknie w swoich modnych codziennych ubraniach, a chłopcy byli przystojni i zdrowi. To lepsze towarzystwo wiodło, jak się wydawało, bananowy żywot, wskakując po zajęciach w tramwaj i jadąc na plażę albo pożyczając samochody na weekendowe randki. Niewykluczone, iż główną przyczynę stanowi tu mnogość klęsk, jakie poniósł poeta otoczony rówieśnikami o takim statusie, a także ostracyzm, na jaki był wówczas skazany (ze względu na swój nieatrakcyjny wygląd). Poprowadziły go one do utożsamienia tego typu sfer wizualnych z niską jakością moralną (rozumianą jako klasyfikowanie przedmiotów materialnych na wysokiej pozycji w hierarchii wartości, afektowaną wyższość, elitaryzm). Wówczas świat prezentowany przez twórcę byłby zaprzeczeniem jego otoczenia w LA High, pełniłby rolę panaceum na traumę lat młodzieńczych. Kiczowaty sztafaż szkoły średniej przywodzi na myśl tezy z Nieznośnej lekkości bytu Kundery (pomimo całych ton literackiej chałwy, jakimi jest nafaszerowana powieść czeskiego pisarza, trafi się tam na kilka zręcznych definicji): Wynika z tego, że estetycznym ideałem kategorycznej zgody na byt jest świat, w którym gówno jest zanegowane i wszyscy się zachowują, jakby nie istniało. Ten estetyczny ideał nazywa się kiczem. Amerykański pisarz nie ma zamiaru ukrywać czegokolwiek w obawie przed miałkością i patosem. Ładne?

Źródła dosadności i prostoty języka Bukowskiego należałoby raczej dopatrywać w swego rodzaju reporterskim zmyśle, pragnieniu autentyczności. Stąd właśnie owa „brzydka” aliterackość, antypoetyczność (między prozą a poezją Bukowskiego istnieje  niezbyt wyraźna cezura; decydujące byłyby pewnie proporcje pierwiastków lirycznych i epickich), wspomniana wcześniej niechęć do pozy i konwencji znajduje swoje urzeczywistnienie w pisarstwie. Co bardziej krytyczny czytelnik mógłby jednak zarzucić poecie hipokryzję – jak pogodzić niechęć do wyuczonych gestów z fragmentami jak ten, pochodzący z wiersza Piąta Beethovena: pierwszy raz słyszałem ją, kiedy rżnąłem blondynę / która miała największą cipę w / Scranton? W wypadku Bukowskiego nie jest to jednak pretensjonalna autokreacja, a raczej bezpośredniość obrazowania, która sprawia, że przyjęcie autobiograficznego klucza w interpretacji nie jest wcale chybione. Z tego punktu widzenia fragmenty wulgarne i odpychające, jak zacytowany powyżej, to raczej efekt działania literackiej brzytwy Ockhama. Autor pisze dokładnie tyle, ile powinien napisać, aby oddać sprawiedliwość zdarzeniu, które zapoczątkowało wiersz.

Bukowski nie szczędzi nam szczegółowych opisów własnej fizjonomii, nie wzdraga się przed dość odrażającymi opisami defekacji i wymiotów. Nie byłoby nic niestosownego w klasyfikowaniu tego typu praktyk jako epatowania ohydą, choć wydaje się, że nie wyczerpałoby to tematu. Owo theatrum  kopulacji, torsji i alkoholowego zamroczenia, jak ujął to Jerzy Jarniewicz w swoim szkicu Horyzontalne wiersze Bukowskiego, pełni funkcję o wiele bardziej złożoną, niż można by początkowo podejrzewać. Przykładem może być ten pozornie odpychający i wyzuty z wszelkiej głębszej treści fragment wiersza ja: (…) odłożyłem słuchawkę / poszedłem do kibla / i porządnie się popiwnie wysrałem /  myśląc przy tym głównie: no cóż, / ciągle żyję / i zachowałem zdolność wyrzucania / z siebie odpadków. / i wierszy (…) . Jeżeli w trakcie lektury tego artykułu nie raczycie się żadnym posiłkiem i Wasze myśli nie lewitują po przeczytaniu powyższego fragmentu gdzieś między torsjami a zdegustowaniem, to przyznacie pewnie, że trudno o bardziej jaskrawą afirmację życia. Buk potrafi być liryczny, nawet jeżeli uderza w tak kloaczne tony. Podobnie, jak w wierszu dziewczyny wracają z pracy z wieńczącym całość stwierdzeniem: widziałem jej majtki / nie wiecie nawet, jakie podniecające / potrafi być tu życie / o 5.35 po południu. Obrzydliwa uwaga z ust starego świntucha? Chyba jednak swego rodzaju mini-epifania, którą można również czytać jako wyraz afirmacji życia i zachłystywania się atrakcyjnością młodych kobiet. Inaczej w utworze seks, w którym autor opisuje tyłek dziewczyny przechodzącej na pasach przed maską jego samochodu: słucham Beethovena. / wchodzi do sklepiku spożywczego / i już jej nie ma / a ja zostaję z Ludwigiem – wielka sztuka ponad doraźne cielesne pobudzenie? Raczej przeciąganie liny, zmaganie dwóch różnych sił.

Bukowski wcale nie ukrywa swojej liryczno-refleksyjnej twarzy, wydaje się, że (jak na pisarza uważanego za wzorcowego literackiego typa spod ciemnej gwiazdy) jest w nim stosunkowo niewiele autokreacji. A może ten emocjonalny ekshibicjonizm to po prostu jeden z dodatkowych wymiarów tejże? W każdym razie, widzimy go takim, jakim chcemy go zobaczyć: jako podstarzałego satyra z przekrwionymi od alkoholu oczami, wdającego się w niedorzeczne bójki w najpodlejszych barach Stanów Zjednoczonych. Taka interpretacja nie zdaje jednak egzaminu. Więc kim jest? Współczesnym Sokratesem, który tę całą majeutykę ma już w głębokim poważaniu i stracił ochotę na zadawanie pytań? A może jowialnym staruszkiem, który siada do maszyny do pisania, zaopatrzony w skrzętnie kolekcjonowane świńskie pisemka i plik chusteczek higienicznych? Poeta wymyka się tego typu uogólnieniom, eksponując swoją refleksyjną naturę i niejednokrotnie dając wyraz bezinteresownej dobroci (przynajmniej deklaratywnie), jak chociażby w momencie krytycznym, który rozpoczyna sekwencja nieprzyjemnych obrazów: obcy z twarzami jak / główki / pluskiewek / armie przewalające się / ulicami krwi / machające butelkami wina / dźgające bagnetem i kutasem / dziewice. – wszystko to po to, aby uderzyć czytelnika jednym z najbardziej ekshibicjonistycznych wyznań w twórczości amerykańskiego pisarza: zbyt dużo / zbyt mało / zbyt gruby / zbyt chudy / albo żaden / więcej nienawistników niż kochających. / ludzie nie są dobrzy wzajem dla siebie. / może gdyby byli / nasza śmierć nie byłaby taka smutna. / tymczasem patrzę na młode dziewczęta / łodygi / kwiaty nadziei. / musi być jakiś sposób. / na pewno musi być jakiś sposób, o którym jeszcze / nie pomyśleliśmy / kto we mnie umieścił ten mózg? / woła / domaga się / mówi, ze jest nadzieja. / nie powie / „nie”.

Być może sąd, wedle którego traktowanie brzydoty przez Bukowskiego jest jedną z dróg do piękna, to truizm, na który stary Charles splunąłby tylko nikotynową flegmą, ale tego typu rozumowanie jest w wypadku omawianej przeze mnie twórczości bardzo funkcjonalne: wulgarność, fizjologia, seks, wszystkie te elementy podporządkowane są temu, aby z „niskiego” przechodzić w „wyższe”, aby z brzydoty wydobyć pełną empatii refleksję lub rozbrajająco liryczne stwierdzenie. Elementy odstręczające czytelnika sprawiają, że o pięknie może mówić Bukowski z jeszcze większą emfazą. Cała twórczość poetycka tego twórcy jest rozpięta między dwoma rejestrami. Co prawda zwykło się łączyć pisarza z Franciszkiem Villonem, choćby ze względu na nieobyczajność, spod której przebłyskuje nierzadko sentymentalne usposobienie, jednak dialektyczny aspekt poezji Amerykanina, w którym najpodlejsze pierwiastki ludzkiej natury są eksponowane po to, aby następnie niespodziewanie wykonać obrót w stronę wyższych wartości etycznych, każe raczej łączyć Bukowskiego z kanonicznym poetą przeklętym, a mianowicie Charlesem Baudelaire’em, który pod maską odurzonego opium dandysa skrywał wyraźny rys moralisty. Może nazwanie twórcy tomu Miłość to piekielny pies moralistą byłoby nadużyciem. Być może nawet jest on na poły barbarzyńcą. Jeżeli nawet tak, to na pewno czułym.

Mateusz Witkowski

Mateusz Witkowski

(ur. 1989) – redaktor naczelny i współzałożyciel portalu Popmoderna. Obecnie doktorant na WP UJ, absolwent krytyki literackiej na tym samym wydziale. Do tej pory publikował m.in. w “Dwutygodniku“, “Czasie Kultury“, “Opcjach”, "Xięgarni" i innych, zarówno teksty literackie, jak i krytyczne. Stale współpracuje z Gazeta.pl i Wirtualną Polską. Mocno plebejskie zainteresowania: brytyjskie zespoły z lat 80., włoski futbol, portal Popmoderna.