popmoderna-zawieszenie

Popmoderna | Ten się śmieje, kto się śmieje ostatni („Batman. Człowiek, który się śmieje”)
29.09.14m
RECENZJE | 29.09.2014

Ten się śmieje, kto się śmieje ostatni („Batman. Człowiek, który się śmieje”)

Wydawnictwo Egmont zadbało, by lato w komiksie superbohaterskim należało w Polsce do Jokera. Równocześnie wypuszczono znany fanom Zabójczy żart i debiutującego na polskim rynku Człowieka, który się śmieje. I dobrze, bo historii o sztandarowym wrogu Batmana nigdy za wiele. I nieco szkoda, bo po komiksie z zabójczym błaznem można było oczekiwać nieco więcej.

Na pewno nie da się nic zarzucić kolejnemu już wydaniu pierwszej ze wspomnianych pozycji. Alan Moore razem z Brianem Bollandem stworzyli ponad ćwierć wieku temu nieśmiertelny klasyk. Dobrze, że możemy liczyć na stałą obecność Zabójczego żartu w naszych księgarniach – to jak dotąd najbardziej dogłębna geneza Jokera, przedstawiająca go jako groteskowe, lustrzane odbicie Batmana. Moore zatarł granicę pomiędzy superherosem a jego wrogiem i zanegował stabilność psychiczną bohatera (w końcu kto normalny przebiera się za nietoperza i czai się w mroku, wlewając lęk w serca złoczyńców?). Tylko od przypadkowych czynników zależy to, czy nabyta trauma ukształtuje socjopatę czy też samozwańczego pogromcę przestępców. Krótką, acz znakomicie skrojoną fabułę Moore’a idealnie uzupełniła ostra kreska Bollanda, która przez wszystkie te lata nie zestarzała się ani trochę. Z tym albumem powinien się zapoznać każdy, nie tylko fani superbohaterszczyzny.

Alan Moore postawił poprzeczkę w kategorii opowieści o szalonym klaunie bardzo wysoko. Ktokolwiek nie brałby się po nim za ten temat, tak naprawdę bierze się za bary z magiem z Northampton. Wydany u nas jakiś czas temu Joker, ze scenariuszem Briana Azzarello, to niezła lektura, jednak nie wytrzymuje porównania z poprzednikiem. W przypadku Człowieka, który się śmieje kontrast jest jeszcze wyraźniejszy.

skan3-600

Ed Brubaker, autor, który wyrobił sobie przez lata opinię speca od kryminałów, wydawał się dobrym kandydatem do napisania fabuły o pierwszym spotkaniu Największego Detektywa Wszechczasów z jego największym wrogiem. Efekt jest jednak tylko częściowo udany. Brubaker umiejętnie połączył w swojej historii kilka motywów, ale całości zabrakło wdzięku Zabójczego żartu. Sam tytuł odnosi się do klasycznego filmu niemego, któremu Joker zawdzięcza swoją groteskową aparycję. Scenariusz bazuje na pierwszym numerze oryginalnego Batmana z 1940 roku, autor próbuje stawić więc czoła żelaznej klasyce. Fabuła osadzona jest również nieco po wydarzeniach z retrospekcji Zabójczego żartu, ale również Roku pierwszego Franka Millera i Davida Mazzucchelliego. Do listy inspiracji i odwołań dochodzi więc kolejny klasyczny album i kolejni zasłużeni dla mitologii Gacka autorzy. Nie będę się upierał, że był to efekt zamierzony, ale w trakcie lektury miałem też skojarzenia z pierwszym filmowym Batmanem autorstwa Burtona. Brubaker odrobił pracę domową, odwołał się do tych dzieł, do których warto i wypada się odwoływać, ale całość i tak nie porywa. Być może to wina archaicznego pierwowzoru z lat czterdziestych. Być może za dużo tu żonglerki odwołaniami, a za mało samej treści. Wrażenia nie robią też rysunki Douga Mahnkego, sprawiające wrażenia topornych, nieociosanych.

Koniec lektury Człowieka, który się śmieje nie oznacza jednak w tym przypadku końca albumu. Tomik uzupełnia trzyzeszytowa miniseria Z drewna zrobiony. Przewrócenie strony i natrafienie na okładkę autorstwa Tima Sale’a od razu poprawiło mi nastrój. Od samego początku Brubaker prezentuje tu właśnie to, czego można się po nim spodziewać – śledztwo, dotyczące zagadki kryminalnej sprzed lat, w które wplątuje się Batman, oraz zgniliznę Gotham. Mamy tu seryjnego mordercę, którego tożsamość jest nieznana, a psychika dość pokręcona. Mamy duszny klimat, kojarzący się z ponurymi filmowymi thrillerami. Jest też odwołanie do klasyki, ale dużo subtelniejsze i lepiej komponujące się z fabułą niż w tytułowej opowiastce. Zagadka kryminalna dotyczy Alana Scotta, pierwszej Zielonej Latarni, która pojawiła się na kartach komiksu w roku 1940 (tym samym, w którym pojawił się też Batman). Brubaker umiejętnie pogrywa nostalgicznym klimatem retro, kontrastując go z surowością Batmana i typowym dla Gotham okrucieństwem. Strona plastyczna autorstwa Patricka Zirchera nie należy do wybitnych, ale nie można też jej wiele zarzucić – to po prostu bardzo sprawne rzemiosło. Rysownik momentami ciekawie posługuje się czernią, budząc skojarzenia z twórczością Eduardo Risso. Co najważniejsze – rysunki nie osłabiają tu fabuły, tak jak miało to miejsce w przypadku poprzedniej historii zawartej w tomiku.

Album Człowiek, który się śmieje nie jest skierowany do każdego. Nienasyceni fani, którzy wciąż domagają się kolejnych komiksów o Batmanie, pewnie i tak po niego sięgną (i powinni to zrobić – zwłaszcza dla drugiej z opowieści). Pozostali miłośnicy komiksu mogą go sobie darować. Zamiast tego lepiej sięgnąć po nieśmiertelny Zabójczy żart i poznać go po raz pierwszy bądź też poznać go na nowo. Tego komiksu nigdy za dużo.

 

__

scen. Ed Brubaker

rys. Doug Mahnke, Aaron Sowd, Patrick Zircher

Batman. Człowiek, który się śmieje

Egmont, 2014

Liczba stron: 144