fynf
RECENZJE | 16.11.2015

„Taky byh!” (M. Witkowski „Fynf und cfancyś”)

Dwadzieścia pięć centymetrów mięsa bez kości! Ćwierćmetrowa knaga! A do tego wszystkie formy brudnego seksu, które z podejrzaną lubością wizualizują sobie różni księża (perskie) Oko i zwolennicy „zakazu pedałowania”. Niniejszym błyskawicznie zaliczyliśmy prawie wszystkie skandalizujące elementy powieści Michała Witkowskiego Fynf und cfancyś. Możemy je teraz na moment odłożyć na bok i zająć się pozostałymi, nie mniej frapującymi walorami.

Bo historia dwóch nocnych kowbojów z demoludów – cynicznego Polaka Fynfundcfancysia i niewinnego Słowaka Dianki – oferuje więcej niż zapowiada tytuł i wybijające się na pierwszy plan, niezwykle plastyczne opisy męskiego nierządu. Pokrętną, wstydliwą przyjemność z lektury osiągną zarówno dotychczasowi fani, jak i ci, którzy szukają w beletrystyce klucza do współczesności.

Powieściową rzeczywistość zasiedlają tym razem stricherzy – uliczni pracownicy seksualni, oraz ci z nieco droższych kategorii, barowi lub zamawiani przez telefon. Witkowski, kontynuując wątki i patenty z Lubiewa, wprowadza typologie, kwalifikuje pod względem „formy” męskości (spora część prostytuujących się Polaków i Czechów to heteroseksualiści zarabiający na wesele lub budowę domu) lub stopnia zużycia (kariera chłopca do towarzystwa jest wyjątkowo krótka), odnotowuje kolejne mody oraz prowadzi badania nad seksualną geografią Austrii, Niemiec, Francji i Szwajcarii.

Pozwala też przyjrzeć się środowisku klientów. To barwna galeria zboczeńców: od infantylnych „dużych dzieci”, które trzeba przewijać i traktować zasypką, po obleśnych pedofilów oraz prawdziwych (!) satanistów, którzy i zabić mogą. Sporą część transakcji zawiera się z „dziadami” – lepiej lub gorzej sytuowanymi starszymi mężczyznami. Ci z kolei stanowią grupę dość wymagających i odrażających klientów. Za ich pośrednictwem do Fynf und cfancyś wkrada się temat starości, przedstawianej poprzez turpistyczne opisy ciał z siwymi włosami łonowymi, obwisłymi brzuchami i piersiami, schorzeniami skóry, seksualnym niedowładem. Kupując usługi młodzieńców, podstarzali klienci poszukują nie tylko seksualnych uniesień (które przecież przychodzą im z trudem). Często chodzi o opłaconą adorację.O to, by otwierano przed nimi drzwi, podawano płaszcz. Lub o symboliczne odzyskanie witalnej siły, utraconej przez upływ czasu i nieznośny błogostan sytej emerytury czy nudną pracę w banku.

Znów, tak jak we wcześniejszych powieściach Witkowskiego, można przyjrzeć się miejskiej przestrzeni z żabiej perspektywy. Syty, z pozoru nudny i przewidywalny Zurych ma swoje wstydliwe miejsca – dworcowe szalety i Platzspitz („park igieł”), w którym wegetują heroiniści. Wiedeń, dawna imperialna metropolia i ponadczasowy wzorzec elegancji dla Europejczyków ze Wschodu, okazuje się miastem pełnym zakurzonych bibelotów, obskurnych mieszkań i podejrzanych wyszynków.

O ile prostytucja, także męska, stanowi atrakcyjny i często podejmowany w światowej prozie temat, o tyle Fynf und cfancyś można uznać za rzecz w polskiej skali prekursorską. Z równym powodzeniem mierzył się z nią bodaj tylko Marian Pankowski w słynnym Rudolfie. Witkowski wnika w dusze stricherów, w stopniowe obojętnienie na bodźce i motywacje. Od tych czysto materialnych po chęć poszukiwania przygód i tęsknotę za totalną, spalającą miłością (tak jak w wypadku hipermęskiego Śmieciarza oraz innych wybranków Dianki). – Jużem se sweho byha znalsla… Kukaj se, podiwejse, jaki byh! Ów byh okazuje się zwykle mało eleganckim, rubasznym przybyszem z alpejskiej prowincji, a i skrupulatnie wyjaśniona przez narratora zabawna dwoistość semantyczna pomiędzy słowackim oszukalby stanowiącym nadzieję na dobrą zabawę, a jego polskim, nieromantycznym homonimem, okazuje się dotkliwa w swojej dwuznaczności w obu bratnich językach: I Dianka bez portfela curik znowu na Banhofku.

Autor Lubiewa bywa uważany za pisarza jednego tematu. Można by z tego czynić zarzut, ale z drugiej strony, czy monotematyczność stanowi kłopot w lekturze opowiadań np. Marka Nowakowskiego? Lubię czytać pisarzy monotematycznych pod warunkiem, że interesuje mnie to, wokół czego obsesyjnie krążą. A Witkowski, niezależnie od tego, czy akurat pracuje nad światem mody i celebrytów, czy też rozbudowuje swoją gejowską mitologię lub odkrywa nostalgię za wybuchem drobnej przedsiębiorczości we wczesnych latach dziewięćdziesiątych, zawsze zajmuje się demaskowaniem kapitalistycznych imponderabiliów. Zwłaszcza w momencie przełomu lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych – gorączkowego nadrabiania lat konsumpcyjnej posuchy – i tam, gdzie zmiany nie zaistniały na dobre. Pokazuje eksplozję handlu, szemranych biznesów, umieszcza swoje fabuły w słodko-gorzkim okołotransformacyjnym sosie i podaje w atrakcyjnej, choć niekiedy aż nazbyt kalorycznej formie. Pobieżny kontakt z jego prozą każe umieszczać ją w obiegu literatury obyczajowej, jednak po odfiltrowaniu obrazoburczych wątków i rozmaitych campowych zabiegów, okazuje się, że Witkowski jest pisarzem eksplorującym nie tylko wątki uważane za marginesowe, ale także jądro współczesnego życia z wszelkimi zależnościami, dysproporcjami, jawnym i podskórnym handlowym rytmem.

Te spostrzeżenia nie są nowe ani szczególnie oryginalne. Formułowano je już wielokrotnie. Czynił to między innymi Łukasz Saturczak, przekonując, że Zbrodniarz i dziewczyna to powieść zaangażowana społecznie, a ostatnio Przemysław Czapliński, dowodząc, że Fynf und cfancyś to opowieść o kapitalizacji cielesności, w której prostytucja pełni jedynie rolę przykładu zjawisk dotyczących środowisk i branż. Można te rozpoznania uznać za wystarczające. Pozwolę sobie jednak z pokorą wysunąć sprzeciw wobec zastrzeżeń profesora Czaplińskiego, który zauważa, że Witkowski niepotrzebnie tworzy granice między mężczyznami ze Wschodu i Zachodu.

Otóż to właśnie jest, moim zdaniem, jeden z filarów najnowszej powieści autora Lubiewa. W ten nieoczywisty sposób wyraża się historyczne rozdarcie Europy na zapóźnione, ale wzbierające dziką energią demoludy i syty, starzejący się Zachód. Na nowo wykwita zadawniona pogarda wobec Słowian, uważanych w znanej z międzywojnia niemieckiej nacjonalistycznej perspektywie za zbiór narodów żeńskich. Ich dominowanie, „branie w posiadanie” jest naturalnym przywilejem Germanów. Dianki, Zdenki i Michały włączające się w seksualny handel i marzące o lepszym życiu ulegają tym samym pragnieniom, co społeczeństwa postsocjalistyczne. W makro- i mikroskali dochodzi do utraty niewinności, oddania jej za namiastkę luksusu. Najlepiej w tej rzeczywistości radzą sobie reprezentanci azjatyckich tygrysów gospodarczych ­– „Tajki”. Udaje im się zachować właściwości swojej kultury, a jednocześnie wciąż spełniać oczekiwania Zachodu. Zwodzą austriackich i szwajcarskich pedofilów, kamuflują się, doskonale rozumieją zasady gry i pasują do szwajcarskiego night life’u. Patrzyłem w ich dziecięce a prastare twarze, w ich głupiutkie a mądre oczy i zastanawiałem się, czy aby to nie są pierwotni władcy tej ziemi, później zdobyci, bo każda inna rasa jest bardziej agresywna i silniejsza od nich. Może to oni latali po tych górach, a przybysze wzięli je za krasnale i trolle.

W ciągu paru ostatnich lat pojawiło się sporo prozy poruszającej okołotransformacyjne wątki: Atlas: Doppelganger Dominiki Słowik, Znaki szczególne Pauliny Wilk, podsumowująca ustrojowe i gospodarcze przeobrażenia Siódemka Ziemowita Szczerka. W tym gronie najbardziej adekwatna do procesów kulturowych i ekonomicznych wydaje się propozycja Witkowskiego. To Fototapeta, Barbara Radziwiłłówna z Jaworzna-Szczakowej, Margot, Drwal, a teraz Fynf und cfancyś najlepiej syntetyzują charakter wschodnio- i środkowoeuropejskich przemian. Fascynujący, barwny, imponujący, choć też nieco kurewski.

 

Michał Witkowski

Fynf und cfancyś

Znak literanova, 2015

Liczba stron: 316

Jan Bińczycki

Jan Bińczycki

(ur.1982) – doktorant na Wydziale Filologii Polskiej Uniwersytetu Jagiellońskiego, członek zespołu Korporacji Ha! Art. Publikuje, gdzie się da. Z zawodu bibliotekarka.