szuflandia
ARTYKUŁY | 10.12.2012

Szuflandia: o muzycznych etykietkach

Szufladkowanie zespołów jest nieodłącznym elementem dziennikarstwa muzycznego na całym świecie. Chociaż to zjawisko ma swoich entuzjastów zarówno wśród tych, którzy muzykę tworzą, jak i tych, którzy ją opisują, nietrudno o przeciwników powszechnej manii kategoryzowania. Niby nikomu to niepotrzebne, ale łatwiej – rzecz jasna – stworzyć jeden termin, nawet zlepek kilku terminów, niż za pomocą wyszukanego języka dowieść o klasie artysty.

Powszechnie wiadomo, że wyobraźnia ludzka nie zna granic. Potwierdzenie tego założenia nie będzie trudne, jeśli weźmiemy za przykład dziennikarza muzycznego. Dziennikarz muzyczny należy do kategorii ludzi obdarzonych szalenie bujną imaginacją. Przecież to ona jest jednym z nieodzownych talentów umożliwiających mu wykonywanie zawodu i pozwala wymyślać podchwytliwe pytania kierowane do gwiazd w niekończących się wywiadach, wynajdywać porównania, których często nie powstydziłby się sam Homer, wreszcie – relacjonować festiwale i koncerty – co należy chyba do najtrudniejszych zadań. Jak bowiem można układać logiczne zdania w czasie, gdy ukochany wykonawca zapewnił dziennikarzowi muzycznemu zapas pozytywnej energii, który wystarczy na ogrzanie średniej wielkości domu przez tydzień mroźnej zimy?

Zanim zacznę rozprawę z tą niewdzięczną materią, wyobraźmy sobie pierwszych muzyków. Gdziekolwiek byli i tworzyli, nie zastanawiali się z pewnością nad gatunkiem, który wykonują. Sięgając do nieco bliższej muzycznej historii, założę się, że pionierzy stylu dzisiaj nazywanego country, opartego silnie na gitarze akustycznej i koszuli flanelowej oraz nieodłącznych jeansach, zwyczajnie grali. Dopiero później fani stylu, zależni pismacy z Minnesoty i Arkansas, ukuli termin, dzięki któremu mogli tworzyć zapowiedzi koncertów, całych tras i tytułować jakoś swoje artykuły. Przecież nagłówek Wywiad z gwiazdą country brzmi o wiele lepiej niż Wywiad z gwiazdą.

Wyobraźnia, o której wcześniej wspomniałem, jest tutaj konieczna, bowiem jedynie ludzie o bogatej wyobraźni są w stanie tworzyć nowe gatunki muzyczne od ręki, zestawiając ze sobą słowa, które w innych okolicznościach zapewne nie znalazłyby się obok siebie. Nowe gatunki muzyczne czasem reprezentowane są tylko przez kilku wykonawców lub, co gorsza, tylko przez jednego. Dobrym przykładem zupełnie nietrafionej próby stworzenia nowej szufladki jest termin, który zwrócił moją szczególną uwagę w numerze jednego z największych brytyjskich magazynów poświęconych szeroko pojętej muzyce rockowej. Pech chciał, że był to akurat „Kerrang!”,  który moim zdaniem jest czasopismem zawierającym wszystko to, czego fan rocka może oczekiwać od gazety muzycznej. W numerze sprzed kilku lat znalazłem określenie spooky core  – á propos muzyki nieistniejącego przez długi czas, a niedawno reaktywowanego zespołu Coal Chamber. Jeśli nieobca jest wam muzyka poprzedniej kapeli Deza Fafary (DevilDriver), zgodzicie się pewnie, że rzeczywiście image muzyków, oprawę graficzną płyt i teledysków można by określić jako spooky (ang. straszny, z dreszczykiem). Ale czy żeby opisać jeden tylko zespół, potrzeba tworzyć nowy gatunek muzyczny? Język angielski jest bardzo produktywny, jeśli chodzi o wyżej wymienione zjawisko. Zresztą drugi człon tej egzotycznej nazwy pojawia się w przynajmniej kilkunastu innych podgatunkach hardcore’u (np. metalcore, trashcore, deathcore, emocore, crustcore, christcore itd.), jednak – mimo to – całe zdarzenie uważam za grubą przesadę. Trafniej byłoby opisać dokonania Coal Chamber jako mieszankę gatunków muzycznych takich jak: metal, rock i hardcore z naciskiem na mroczny image, zaczerpnięty chociażby ze sceny gotyckiej.

Odchodząc na moment w stronę muzyki popularnej, warto przyjrzeć się płycie Lady Gagi Born This Way, wydanej w zeszłym roku. Poszukując soczystych przykładów dziennikarskiej głupoty, natknąłem się na recenzję albumu na zagranicznym portalu NME. Portal ten, żeby była jasność, jest solidnym medium internetowym, mającym swoje własne nagrody przyznawane artystom co roku, nie wspominając o stronie wyładowanej po brzegi wywiadami, klipami video, zdjęciami i tym wszystkim, co przyprawia fanów o drżenie rąk z podniecenia. O ile okładka albumu Lady Gagi jest wysoce sugestywna i wymowna – przedstawia fuzję artystki z motocyklem na czarnym tle, o tyle jego zawartość muzyczną scharakteryzowano w sposób zupełnie niezrozumiały. Autor recenzji, bardzo pochlebnej zresztą, określa tę muzykę jako heavy-metal-rave-pop.  Jak daleko leżą od siebie Judas Priest, Scooter i Madonna? Każde z nich na osobnej gałęzi tego samego drzewa zwanego muzyką, mówiąc najprościej. Takie wytłumaczenie wydaje się mieć sens, ale wrzucanie tych wszystkich gałęzi do jednego kotła i robienie z nich papki, jak w przypadku wspomnianej płyty Lady Gagi, jest nieporozumieniem. Jak się okazało, to nie wszystko, na co stać autora: kolejne niezwykle pomysłowe etykietki to sci-fi goth night-stalk czy chamber-rave-metal-concerto. Cóż, tutaj rozkładam ręce w szerokim geście niezrozumienia. Owszem, brzmi to niezmiernie zawile i cudownie zdobi tekst recenzji, ale cóż poza tym? Jak pomieszać muzykę kameralną z rave’em, muzyką metalową i koncertem – nie mam pojęcia, ale najwyraźniej taki zabieg udał się gwiazdce naśladującej Madonnę i znalazł się dzielny śmiałek z dziennikarskiego światka zdolny to opisać. Uff, niełatwo było mi zmierzyć się z tym przykładem. Myślę jednak, że jeśli dobrze przeszukacie internet pod kątem fachowych opinii na temat Born This Way, uda Wam się wynotować kilkanaście innych koszmarnych stylistycznie szufladek.

Kolejny termin określający nowy gatunek muzyczny, który wybrałem jako przykład, wydaje się jeszcze bardziej absurdalny. W jednym z internetowych serwisów muzycznych umożliwiających przesłuchiwanie pełnych albumów tuż po ich wydaniu, znalazłem termin mający określać muzykę tworzoną przez największą dzisiaj gwiazdę szwedzkiej muzyki metalowej – In Flames. Grupa znana jest z niebywałej ewolucji, jakiej dokonała na przestrzeni lat, oraz bywa określana mianem ojców chrzestnych melodyjnego death metalu, obok zespołów takich jak Dark Tranquillity czy At the Gates. W odniesieniu do najnowszego dokonania kwintetu z Göteborga użyto następującego terminu: speed-demon rock. Przyznam, że wprawiło mnie to w osłupienie, chociaż niejedno już przeczytałem. Warto dodać, że sami muzycy skandynawskiej metalowej potęgi dalecy są od kategoryzowania swojej twórczości, określając ją po prostu jako heavy metal. Bez wątpienia można uznać muzykę zespołu za odmianę rocka, ponadto, jak przystało na rasowy zespół rockowy, In Flames posiada w swoim repertuarze również kawałki w szybkim tempie. Jestem jednak niezmiernie ciekaw, co autor miał na myśli, wplatając pomiędzy „speed” i „rock” słowo „demon”? Nie trzeba być zagorzałym fanem szwedzkiej supergwiazdy, żeby stwierdzić, że daleko im do jakichkolwiek demonów – zarówno w dosłownym, jak i przenośnym znaczeniu tego słowa.

Przenosząc się do jeszcze innej części biznesu muzycznego, a mianowicie do sceny hip-hopowej, również znajdziemy ciekawe metki przyczepiane artystom. Już biorąc pod uwagę brak silnego zróżnicowania rapu, porównując go chociażby z muzyką rockową, wszelkie sztuczne terminy ukute w celu opisania dokonań artystów budzą mój wewnętrzny sprzeciw. Na całe szczęście perełki, które wygrzebałem z recenzji albumu autorstwa Jaya-Z i Kanye’a Westa, zamieszczonej w serwisie Pitchfork, w porównaniu z koszmarnymi szufladkami, do których wrzucono Lady Gagę, wydają się dość wyważone. A jednak coś jak prog-rap powoduje, że zapala mi się w mózgu lampka. Nie żebym miał coś przeciwko rapowi w ogóle, ale nie jestem w stanie sobie uzmysłowić, na czym polega progresja w tym gatunku muzycznym. Być może progresją było odejście od bitów robionych na basie i perkusji na rzecz komputerowych sampli, ale przecież to już dawno za nami. Kolejna metka, chociaż prosta, jednak kole w oczy – dubstep-rap w odniesieniu do utworu Who’s Gon Stop Me w wykonaniu Kanye’a Westa. Ok, zapewne aż roi się w niej od sampli przywodzących na myśl dokonania Skrillexa, zręcznie wsadzonych pomiędzy rapowane frazy i wymowne gesty rękami, ale czy nie lepiej określić to jako miks dwóch gatunków albo kawałek soczystego rapu udekorowany dubstepowymi bitami? Odpowiedź pozostawiam wam. Na koniec historii o kolaboracji dwóch gwiazd światowej klasy rapu zostawiłem wisienkę na torcie. W finale nieszczęsnej recenzji, która mimo wszystko prezentuje bardziej racjonalny poziom niż ta z NME, autor umieścił termin stadium-sized event-rap w odniesieniu do całości materiału. Pokuszę się tylko o stwierdzenie, że zapewne można by koncert autorów Watch the Throne zorganizować jako event na ogromnym stadionie. Tylko czy koniecznie trzeba ich pakować bezceremonialnie do tak wielkiej, trawiastej szuflady, biorąc pod uwagę, że tylko jeden album wzbudza takie emocje?

Wspominałem, że zazwyczaj artyści dalecy są od jednoznacznego kategoryzowania swojej muzyki, o ile są choć trochę rozgarnięci. Spotkałem się jednak z sytuacją, kiedy to sam twórca decyduje się stworzyć szufladkę, w której jego zdaniem doskonale odnajduje się tworzona przez niego muzyka. Mowa tu o stwierdzeniu Wayne’a Statica, charakterystycznego frontmana Static-X. Posiadacz kwadratowej fryzury, która przez lata była i nadal jest jego znakiem rozpoznawczym, powiedział niegdyś, że muzyka jego zespołu to nic innego jak evil disco. Jak to rozumieć ? Tym, którym nic nie mówi to określenie, już wyjaśniam. Static-X od kilkunastu lat tworzy muzykę rockową, osadzoną w dość mrocznych ramach, silnie skażoną elektroniką; poniekąd zahaczającą o industrial, a czasem bardziej o nu-metal. Niestety, nie przyłożyłbym ręki do metki, którą sam siebie opatrzył Wayne – chociaż znam i szanuję zespół, dla mnie jest to fuzja kilku gatunków, a nie odmiana muzyki tanecznej spod ciemnej gwiazdy.

Najwyraźniej dziennikarze muzyczni chcą ułatwić sobie pracę poprzez tworzenie i stosowanie nowych etykietek, zwalniając się jednocześnie z obowiązku przedstawiania nowatorskich dokonań artystów za pomocą wyrafinowanego opisu. Nowe gatunki muzyczne tworzy się w oparciu o skojarzenia z daną muzyką, a nie na podstawie muzyki samej w sobie. Zachęcam więc gorąco do porównywania wykonawców i większej ostrożności w określaniu ich dokonań. Po co stosować sztywne angielskie terminy, kiedy można bardziej plastycznie opisać, jakich wspaniałych wrażeń dostarcza nam muzyka? Tych ostatnich życzę Wam i sobie jak najwięcej.