1372754_691258580906954_506797539_n
ARTYKUŁY | 12.11.2013

Szok Show cz.1 – uczłowieczanie seryjnego mordercy

Szok się sprzedaje – proste. Naruszanie tabu, łamanie konwenansów, gwałt na powszechnie ukonstytuowanych granicach – wszelkie tego typu transgresje w zrozumiały sposób przyciągają uwagę i zyskują rozgłos. A rozgłos z kolei, jakikolwiek by nie był, zgodnie z powtarzanym do znudzenia prawem mediów zawsze jest dobry. To całkiem subiektywne zestawienie uwzględni kilka filmów, które postanowiły naruszyć granice, zabrać się za tematy niewygodne i przez to tak bardzo atrakcyjne. W pierwszej części zaproponuję pięć filmów traktujących w sympatyczny sposób o niekwestionowanych pupilkach popkultury. Panie i Panowie, przed Wami pięć filmowych portretów seryjnego mordercy.

Lęk miesza się tutaj z fascynacją odmiennym sposobem funkcjonowania, tak bardzo odstającym od konformizmu dnia codziennego. Ukazywanie morderców często łączy się ze zjawiskiem zupełnego odrealnienia zbrodni oraz zmierza w stronę traktowania ich jako romantycznych buntowników, życiowych rozbitków i Kurtów Cobainów z lufami skierowanymi w stronę inną niż własna głowa. Co więcej, potencjalna bliskość i statystycznie istniejąca możliwość spotkania czyni wielokrotnych morderców znacznie ciekawszymi i straszniejszymi od innych czarnych charakterów, takich jak Szatan, Freddy Krueger czy Gargamel.

Poniższy wybór stanowi skromną reprezentację filmów, których bohaterem jest seryjny morderca i w których na rozmaite sposoby próbowano usprawiedliwić uczynki tych, skądinąd całkiem efektownych, zwyrodnialców.

 

0101. Urodzeni mordercy (Natural born killers), reż. Oliver Stone, 1994 r.

Klasyfikacja mordercy: Romantyczno-maniakalni

To chyba najbardziej ikoniczny serial-killer movie. Para głównych bohaterów, dysfunkcyjnych kochanków o imionach Mallory i Mickey, na stałe weszła do kanonu najczęściej przywoływanych filmowych duetów w historii kina. We wstępie wspominałem o różnych sposobach przybliżania widzowi postaci filmowych potworów – w tym przypadku o człowieczeństwie morderców świadczyć ma głównie ich romantycznyczy związek, dzięki któremu dwie okrutne osoby jawią się jako istoty zdolne do miłości, a wręcz tego uczucia intensywnie łaknące. Psychodeliczny, groteskowy obraz, mieszający ze sobą stylistyki: teledysku, paradokumentu i kina drogi, z chwilą wejścia do kin wywołał liczne i ze wszech miar przewidywalne dyskusje na temat brutalności w mediach oraz bezmyślnego gloryfikowania przemocy w środkach masowego przekazu, co oczywiście tylko przyczyniło się do wyrobienia przezeń statusu kultowości. Obecna w tym filmie przemoc jest w swojej wszechobecności i intensywności mocno przerysowana, co możemy zaobserwować już w pierwszych scenach:

Mickey i Mallory są w tym kontekście bliżsi kreskówkowym postaciom; to dwoje błaznów z królewskiego dworu mediów, wytykających maniakalny pęd do podążania za dowolnej jakości celebrytami i tanią, odmóżdżającą rozrywką. Reżyser pokazał ich jako zbrodniarzy będących jedynie odłamkiem o wiele bardziej szalonej machiny mass-mediów. Warto wspomnieć, że wstępna wersja scenariusza stanowiła część niezrealizowanego opus magnum Quentina Tarantino i Rogera Avery’ego – Open road, na podstawie którego powstał także Prawdziwy romans.

 

0202. Henry: Portret seryjnego mordercy (Henry: Portrait of a serial killer), reż. John McNaughton, 1986 r.

Klasyfikacja mordercy: Introwertyczny, odpychający

Świat to brudne, brudne miejsce. Tak brzmiałoby ultrakrótkie, jednozdaniowe podsumowanie filmu o podróżującym mordercy, którego historia została luźno oparta na życiorysie prawdziwego zbrodniarza – Henry’ego Lee Lucasa. Wycofany, gburowaty i niedostępny emocjonalnie zabójca nie został przedstawiony jako człowiek, z którym łatwo można sympatyzować, przeciwnie – wzbudza on strach i emanuje zimną obcością. Kluczem do „uczłowieczenia” tej postaci jest tu jednak świat, w który została ona wrzucona. Z większości kadrów filmu wypełza brud, smutek i patologia. Wydaje się, że sportretowane otoczenie stanowi jednorodnie negatywne tło, w którym okrutne czyny Henry’ego są zaledwie jednym z wielu odpychających elementów.

Zdaje się, że nad każdym punktem scenariusza wciąż wisi, uwypuklona zwłaszcza w końcowych scenach, niewypowiedziana konkluzja: „Henry to zły człowiek, ale świat dookoła jest co najmniej tak samo zły”. Wykonaniem Portret seryjnego mordercy nie powala na kolana. Ewidentnie jest to przedsięwzięcie niskobudżetowe, które, wskutek problemów z cenzurą, zanim zostało oficjalnie wydane w roku 1990, przeleżało na półce cztery lata po wyprodukowaniu. Warto jednak pochylić się nad tym filmem, właśnie ze względu na sposób sportretowania w nim tytułowego protagonisty – będącego nie odchyleniem, ale niejako „wytworem” środowiska.

 

0303. Człowiek pogryzł psa (C’est arrivé près de chez vous), reż. Rémy Belvaux, André Bonzel, Benoît Poelvoorde, 1992 r.

Klasyfikacja mordercy: Uśmiechnięty everyman

W tym czarno-białym francuskim obrazie z 1992 roku obserwujemy poczynania bardzo aktywnego socjalnie i prowadzącego całkiem unormowane życie mordercy. Film
ma formę paradokumentu, ekipa towarzyszy głównemu bohaterowi w jego codziennych obowiązkach – spotkaniach ze znajomymi, rozmowach z rodziną oraz, rzecz jasna, kolejnych zabójstwach. Już sama konwencja nie brzmi zbyt poważnie; jest to obraz mocno groteskowy, z całą mocą ocierający się o satyrę.

Rejestrowany okiem kamery zbrodniarz jest w większości sytuacji czarujący, przekorny i szczery; to zwyczajny, towarzyski człowiek z ulicy, z małym defektem – morderczymi skłonnościami. Sami twórcy przychylili się do tematu niezdrowej fascynacji zbrodniczym życiem, ukazując zgubny wpływ wywierany przez obserwowanego zabójcę na, starającej się zachować obiektywizm, ekipie filmowej. Nie muszę też dodawać, że w niektórych kręgach Człowiek… jest filmem kultowym; w końcu to obraz niezależny, europejski i czarno-biały. Awangarda musiała to pokochać.

 

0404. Pachnidło: Historia mordercy (Perfume: The Story of a murderer), reż. Tom Tykwer, 2006 r.

Klasyfikacja mordercy: Artystyczny odludek

No dobra, tutaj nie jest aż tak kontrowersyjnie. Film o stosunkowo wysokim budżecie (zwłaszcza w porównaniu z większością innych zawartych tu propozycji), mocno brutalnych scen też nie uświadczymy wielu, zdjęcia nasycone intensywnymi barwami… Jest również seryjny zabójca, tak bardzo inny, bo osadzony w niecodziennych
dla tego typu filmu realiach. XVIII-wieczna Francja przyprawiona szczyptą realizmu magicznego to nieczęsto spotykane dekoracje przy portretowaniu sylwetki wielokrotnego mordercy.

Jako motyw popełniania zbrodni przedstawiono tu opętanie dążeniem do skomponowania perfekcyjnego zapachu. Obsesja jest na tyle silna, że bohater dokonuje zabójstw pomimo zachodzącego w nim konfliktu moralnego. Przedkładanie pędu do artystycznej samorealizacji ponad wyrzuty sumienia i każdą inną sferę swojego funkcjonowania sprawiają, że spośród wszystkich wymienionych tu zbrodniarzy to właśnie ta postać wzbudza u widza potencjalnie największy poziom sympatii i współczucia. Szczytny, wręcz metafizyczny cel głównego bohatera mniej lub bardziej wprost poleca nam usprawiedliwiać jego uczynki, które przedstawione z innego punktu widzenia byłyby po prostu serią zwyczajnych zbrodni. Odpowiednia perspektywa jest zatem kluczem do stworzenia sympatii dla ekranowych zbrodniarzy, co jeszcze dobitniej sprawdza się w przypadku następnego tytułu…

 

0505. Bękarty diabła (The Devil’s Rejects), reż. Rob Zombie, 2005 r.

Klasyfikacja mordercy: Dysfunkcyjnie rodzinni

W 2003 roku muzyk i reżyser, Rob Zombie, nakręcił Dom tysiąca trupów, ze wszech miar modelowy hołd dla podgatunku horroru traktującego o żyjących na odludziu rodzinach, lubujących się w porywaniu przypadkowych turystów. Dwa lata później ten sam twórca zaproponował widzom sequel o jakże miłym tytule Bękarty diabła, który ku zaskoczeniu wielu okazał się bardzo mocnym zwrotem w konwencji. Zamiast hołdu świadomie kalkującego wiele motywów z klasyki kina grozy, w sequelu uraczono odbiorców kinem drogi, w stylistyce zbliżonym do niektórych obrazów Tarantino, Rodrigueza czy też, wspomnianych powyżej, Urodzonych morderców. Troje członków niesławnej rodziny, zmuszonych przez policję do opuszczenia domostwa, rusza w mordercze tournée po kraju, a ich tropem podąża okrutny, ogarnięty żądzą zemsty szeryf. Thriller, western, kino pościgowe – oklejona piachem i brudem mieszanka konwencji, w wielu miejscach przedstawia rodzinną stronę funkcjonowania morderców, nostalgiczne flashbacki z ich wspólnej przeszłości czy spowolnione sceny wrzucone w tło mocno emocjonalnego (i skądinąd świetnego) soundtracku. Ten dość naiwny zabieg „uczłowieczania” ludzi-potworów osiąga swoje apogeum w finałowej scenie, w której przy dźwiękach Free bird Lynyrd Skynyrd jesteśmy wręcz zmuszeni współczuć maniakalnym protaginistom. Film wart jest jednak obejrzenia, zainteresuje zwłaszcza fanów kina lat 70. spod znaku grindhouse.

Po co te różnorodne mechanizmy stosowane przez twórców w celu ułatwienia nam wejścia w skórę seryjnego mordercy – postaci obcej, owianej mgiełką tajemnicy i ze wszech miar kontrowersyjnej? Możemy snuć teorie o chęci poznania natury zła, przyjrzenia się z bliska istocie człowieczeństwa i szukać temu podobnych artystycznych usprawiedliwień. Może jednak warto po prostu pogodzić się z faktem, że zakazany owoc smakuje najlepiej, a w człowieku siedzi złośliwy pasożyt buntu, naturalnej chęci płynięcia pod prąd? W końcu to właśnie w rebelii przeciwko konwenansom czai się złudzenie wyjątkowości.