BEN CAPLAN
  • AUTOR
  • Konrad Sierzputowski
  • ILUSTRACJA
  • Małgorzata Pawlak (wykorzystano zdjęcie Dominiki Filipowicz i Gabe Kutz)
ARTYKUŁY | 15.02.2016

Szemrany kabaret z brodą (Ben Caplan & The Casual Smokers – relacja z koncertu)

Przeprowadziłem się do Krakowa kilka lat temu. Pamiętam, że koncert Bena Caplana był moim pierwszym wydarzeniem muzycznym w tym mieście. To miał być po prostu koncert, impreza, co do której nie miałem większych oczekiwań.

Wtedy nie wiedziałem jeszcze, kim jest Ben, jak gra ani tym bardziej jak wygląda. Sala pełna dymu i piwa, tak ją zapamiętałem. Coraz głośniejsze rozmowy, czas oczekiwania na artystę. Gdy pojawił się na scenie, byłem zaskoczony. Moje zdziwienie było wprost proporcjonalne do jego bujnej brody. Po chwili pierwsze uderzenia w struny. Zaczął. O cholera! Ten głos, te sceniczne popisy. Był to dobrze spędzony czas, a Ben jeszcze przez długie tygodnie towarzyszył mi dzień w dzień. Pewnego dnia ucichł, jak mają w zwyczaju wielokrotnie przesłuchiwane płyty. Na szczęście wrócił.

Kim jest Caplan? To kanadyjski muzyk folkowy, który na swoim koncie ma dwa albumy, In the Time of Great Remembering (2011) i Birds With Broken Wings (2015). Koncertuje jednak od dziewiętnastego roku życia, choć pierwsze muzyczne próby podjął już jako trzynastolatek. Jak sam powtarza, część utworów na obu płytach to pomysły sprzed kilkunastu lat, nad którymi pracował aż do momentu wydania albumów. Ciężki barytonowo-basowy głos, instrumentarium ograniczone do minimum, z ważną dla tego grania sekcją smyczkową, basem i gitarą. Teksty utworów pisane w tradycji wczesnego Toma Waitsa i nurtu new weird america. Przyporządkowanie gatunkowe zdaje się jednak na nic, na obu płytach znajdziemy wpływy gospel, jazzu, rocka, a nawet muzyki śpiewanej w jidysz czy południowoamerykańskiego bluesa. Nie pomaga także tło akademickie. Ben z wykształcenia jest historykiem i filozofem. Mieszanka jest zawrotna. Dodajmy do tego wielką charyzmę oraz niezwykłe poczucie humoru i mamy rapsodycznie energetycznego Bena Caplana.

Kilka tygodni temu dostałem informację, że 30 stycznia Ben po raz kolejny pojawi się w Krakowie. Od razu zarezerwowałem bilet. Caplan dwa dni wcześniej zagrał nad polskim morzem, kolejnego dnia – w stolicy. W ramach koncertów organizowanych w zimowej edycji Green Zoo Festival, zagrał koncerty w krakowskim klubie RE. Jeden popołudniowy, drugi późnowieczorny. Zainteresowanie krakowskim koncertem było tak duże, że bilety wyprzedały się natychmiast. Artysta na prośbę organizatorów zgodził się na dwa koncerty w swoim ulubionym mieście – bo Ben naprawdę kocha Kraków (uwierzcie mi, to widać). Uznanie należy się organizatorom, którzy nie tylko zareagowali na prośby zainteresowanych, ale nie zdecydowali się na „masowe” sprzedawnie biletów. Dzięki temu w małej sali koncertowej klubu RE dało się wszystko usłyszeć i zobaczyć, a przy tym oddychać.

Jest godzina 20:45, klub RE, ludzie na zewnątrz palą pospiesznie papierosy. Schodzę stopień po stopniu. Czuję mieszaninę dymu, piwa i oczekiwania. Większość publiczności siedzi przy stolikach i leniwie kończy trunki. Reszta przybyłych czeka w tej dziwnej przestrzeni pomiędzy barem a wejściem na salę koncertową. Jestem tam i ja – klasycznie: zbyt wcześnie na wolne miejsce przy ladzie i za późno, żeby rozgościć się w sali. Kilka znajomych twarzy, trochę mniej lub bardziej interesujących rozmów, które mają wypełnić te chwile. Każdy czeka. Zegar wybija dziewiątą, wpuszczają do sali. Kolejne trzydzieści minut oczekiwania. Polityka barowa – każdy powinien zamówić jedno lub dwa piwa. Dla lepszego samopoczucia i zwiększenia płynności finansowej. To normalne, to oczekiwane w czasie wyczekiwania.

W końcu: poruszenie. Przez tłum przeciska się grupa połączona klasycznym imprezowym wężykiem. Odbijają się od ludzi, zapraszają do zabawy. Wchodzą na scenę. Koncert czas zacząć. Uśmiechy pojawiają się na zgromadzonych twarzach. Widocznie reszta publiczności też była na ostatnich koncertach Bena. Oni już wiedzą, co się będzie działo. Wiem i ja, ale lekko zazdroszczę nowicjuszom.

Jest ich czwórka, to część zespołu The Casual Smokers. Perkusista (Jamie Kronick), kontrabasista (Jordan Stephens), drugi wokal i klawiszowiec (Taryn Kawaja) oraz sam spektakularnie brodaty wokalista, choć trzeba przyznać, że tym razem zarost bardziej w ładzie, może odrobinę skrócony. Czy to dobry znak? Pierwszy kawałek, jeszcze ostrożnie. Pierwsze, jeszcze niezbyt głośne ryki ze sceny, ale to jeszcze nie to. Przy trzecim utworze zaczynam to słyszeć. Grają Seeds of Love – zaczyna się szarada, gra w pytanie o to, ile szaleństwa jeszcze w to wciśnie? W każdym kolejnym utworze dodaje elementy, które co bardziej konserwatywna publiczność nazwałaby nieeleganckimi. Szary garnitur lśni w rosnącym kontraście do coraz bardziej wymiętej różowej koszuli. Błyska perkusja, wiruje kontrabas. Jest siła w ich wystąpieniu, rośnie z każdą minutą. Na to czekałem. Żarty sypią się ze sceny. To nie koncert, to szemrany kabaret.

Po czwartym utworze – popisowym wykonaniu Drift Apart – kabaret rozpoczyna się na dobre. Caplan jest tu konferansjerem, który raz strzela groźne miny, raz puszcza oko do pierwszego rzędu. Po chwili obwieszcza: We are going to bring this shit to next level, kończy pocieszną polszczyzną, mówiąc, że nas kocha i że dziękuje. Odrzuca gitarę na rzecz klawiszy. Zaczyna szybkie Deliver Me, z fenomenalnym otwierającym tekstem: I don’t believe in heaven in the winter I don’t believe in winter in the fall. Utwór wykańcza psychodeliczną kakofonią dźwięków klawiszy. To samo w chwilę późniejszym utworze na cztery ręce z Taryn. Under Control, chyba najbardziej nieprzewidywalny wykonawczo utwór z drugiego albumu. To tu pokazują najlepiej, jak wykorzystywać pauzy. Dwie sekundy ciszy to czas na dwukrotne pstrykniecie palcami, efekt jest wyjątkowy, zgrany z całym utworem, a do tego dodaje groteskowości.

Uderzają w klawisze, krzyczą, wyją, aż nagle zmiana, zaczyna się powolne Lover’s Waltz. To moment odpoczynku. Nie na długo, zaraz padają pierwsze takty I’ve Got Me A Woman. Ben podrywa publiczność do śpiewu, każe powtarzać za sobą refren. Po pierwszej próbie jest zdziwiony. Halo, Kraków! Ludzie w Warszawie zrobili to chyba lepiej. Daje kolejną szansę – tego krakowskiej publiczności nie trzeba było powtarzać. Po sali niesie się huczne i biesiadne So good to me! Każdy buja się w takt. Zabawa trwa i trwa. Urwanie, szarpnięcie w struny. Koniec. Wszyscy nagradzają się nawzajem brawami. Ale to jeszcze nie wszystko. Jeszcze chwilę pośpiewają. Są pierwszy raz razem z całym zespołem w Krakowie. Po ich twarzach widać, że chcą tu być, bawi ich ta gra. Jest świetnie.

Ben znowu dziękuje po polsku, rozkoszne akcenty rozkładają się nierównomiernie, ale co z tego. To nie koncert, to raczej spotkanie w ciemnym zadymionym pubie, gdzieś daleko, trochę pośrodku niczego, a trochę w sercu wielkiego miasta. Atmosfera i poetyka książek z początku lat czterdziestych. Gdzieś w tle czai się widmowe pianino Toma Waitsa, oblane whiskey, przygaszone tanim, mocnym papierosem.

Czuję, że zaraz nastąpi koniec. Nie mylę się, muzycy schodzą ze sceny. Ben wraca i zauważa, że raczej nie uda im się wyjść – przecież muszą się przecisnąć przez tłum, który gotów jest rozszarpać ich be zastanowienia. Proponuje układ – dwie piosenki i idziemy. Sala zgadza się odrobinę niechętnie. Zaczyna od You’ll Never Hold Back Spring – słyszał, że zmienił się u nas rząd. Nie musimy się martwić, zawsze kiedyś pojawia się wiosna. W Kanadzie po dziesięciu latach też doszło do zmiany na lepsze – musimy na swoją poczekać, taka rada. Śmiech rozchodzi się po sali. Koncert kończy piosenka  Stranger w moim ulubionym, mocno zanurzonym we wschodnioeuropejsko-żydowskim, odrobinę klezmerskim stylu. Brutalne uderzenia w klawisze zostaną ze mną jeszcze długo na zewnątrz klubu, w drodze do domu. To był dobry koncert. Lepszy od mojego pierwszego koncertu kilka lat temu.

Płyta od wczoraj zapętlona, mocny głos dobiega z mojego mieszkania. Ben Caplan będzie grał u mnie być może nawet do wiosny.

Aha, jeszcze jedno – Ben gorąco i niecenzuralnie pozdrawia czytelników Popmoderny!