ŚWIETLICKI
RECENZJE | 14.12.2015

Świetlicki na moment przeprasza (M. Świetlicki „Delta Dietla”)

Jedenasta książka poetycka Marcina Świetlickiego. Jedenaście razy po pięć wierszy. Pięćdziesiąt pięć. Szaleństwo – czytamy na skrzydełku Delty Dietla. Istotnie, w kontekście twórczości autora Zimnych krajów można mówić o pewnej numerologicznej obsesji.

Widać to choćby w tytułach ostatnich książek. Tomik Jeden, sprzed dwóch lat, miał być „drugim debiutem” albo, mówiąc językiem delirycznym, „świeżym startem” poety po wydaniu wierszy zebranych; swoją trylogię kryminalną Świetlicki zdecydował się tytułować po prostu kolejnymi liczbami: Jedenaście, Dwanaście, Trzynaście itd.

Narzucenie sobie tego rodzaju rygoru formalnego można rozumieć jako pragnienie nadania swoim przeżyciom porządku, ułożenia ich w odpowiedniej kolejności jak płyty albo książki na półce, z jednoczesną świadomością nieuchronnego fiaska tego rodzaju systematyzowania. Szereg miłosnych wierszy, by zakląć wszystko, by wszystko ułożyć/ by umocnić, zatrzymać, by trwało, by się nie chciało skończyć – pisze Świetlicki w wierszu Wielka Sobota z najnowszego tomu, by zaraz potem dodać: A z drugiej strony, jeśli się odwrócić, to jest przepaść, pełna/ pogruchotaństwa, byle czego, co czymś/ próbowało być przed laty, a teraz jest złomem, makulaturą, spalenizną, mdłą/ magmą.  To wiersz programowy o tyle, o ile niemożność skonstruowania koherentnej całości z lęków, marzeń, obrazów czy wspomnień jest jednym z głównych tematów nie tylko Delty Dietla, ale całej poezji Marcina Świetlickiego.

 

Świetlicki stary

Jest to bowiem tom ujawniający konsekwencję autora w eksploatowaniu motywów znanych z wcześniejszych książek, z pewnością bardziej ewolucyjny niż rewolucyjny – to wiersze o mieście, o miłości, o śmierci, o lękach, o Polsce, wreszcie o pojawiającej się już w poprzednim tomiku suce rasy bokser. Najważniejsze tematy poezji Świetlickiego pozostają zatem niezmienne, podobnie jak jej poetyka.

Autor Nieczynnego do odwołania nie sili się na eksperymenty formalne (w przeciwieństwie do innych poetów jego generacji, chociażby Marcina Sendeckiego). Oczywiście są w Delcie Dietla wiersze oparte na językowej dekonstrukcji, jak choćby Pierwszy z cyklu Pięć wierszy, księżyc (Zanieś wiadomość/ w nieświadomość. Wnieś/ widzom widmowym ową niewiadomą./ Świeć), ale jest to przecież wykorzystanie starej Peiperowskiej zasady ekonomii środków poetyckich – jak najwięcej znaczeń na jak najmniejszej przestrzeni słownej.

Może to być stwierdzenie oczywiste – autor Nieczynnego dźwiga już przecież na karku piąty krzyżyk – musi jednak wybrzmieć: Marcin Świetlicki dawno nie jest już poetą awangardowym w sensie językowym. To, że wszyscy duchowi patroni jego poezji (Mickiewicz, Białoszewski, Wojaczek, Bursa – poeci, których głosy słychać także w Delcie Dietla) dawno już nie żyją, może być w tym kontekście bez znaczenia, ale nie musi.

Z pewnością bliżej jest Świetlickiemu do Czesława Miłosza, niż np. do warszawskich neolingwistów spod sztandaru Michała Kasprzaka. Tak, tak – trudno w tomach poetyckich ostatnich lat znaleźć bardziej Miłoszowski wiersz, niż Długonogie i długowłose z Delty Dietla: To tysiąc ukochanych, które przechadzają/ się majowymi ulicami, długonogie i długowłose/ widziane z oddali/ nie było jeszcze wyników matury, gestykulujące/ i rozedrgane. Jest to, należy dodać, Miłosz późny, Miłosz-starzec, Miłosz „łakomie patrzący na szyję kelnerki”, „kołysany marzeniami porno” etc. Osobliwie w cyklu pięciu wierszy psich odkryć można ślady owego starczego stoicyzmu znanego z ostatnich tomów autora Pieska przydrożnego (Spacerować, jeść, spać. Ja tego uczę się przy suce). Gdy czytam frazę: Och, moja droga suko, wyjdziemy ma spacer./ I zobaczymy sobie, co tam robi świat widzę Czesława Miłosza, podpierającego się laską i spacerującego po Plantach.

 

Świetlicki młody

Czy zatem Świetlicki, na mocy groteskowej zamiany ról, stał się tym samym „smokiem”, którym był jego zdaniem w latach 90. Czesław Miłosz: Jednym z Ostatnich Zatrważających Poetyckich Potworów (…) mieszkającym jednak daleko, nie żywiącym się ludzkim mięsem? Kiedyś Miłosz zatykał uszy na koncercie Świetlików, dzisiaj Świetlicki podobnie nie chce słuchać tego umc umc, które się z ich głośników wydobywa? (Gejskie granie). Czy zwyczajnie się zestarzał?

Niekoniecznie. Delta Dietla okazuje się bowiem tomem buntowniczym, co zostaje zapowiedziane już w otwierającym zbiór wierszu Nie stąd: Bo nie stąd jestem. I gdziekolwiek byłem/ byłem nie stamtąd (…) Obśmiewam mieszkańców/ w mieszkaństwie zatwardziałych, sprawiam im przyjemność/ chwilową, zaraz potem wyklinają mnie. Kim są owi mieszkańcy? Zapewne figurami pojawiającymi się w kolejnych wierszach: surową konferansjer, urzędnikami chwackimi z biur literackich, paniami z telewizyjnych programów poetyckich, słowem: przedstawicielami opresyjnego środowiska, osaczającymi, zawłaszczającymi, tymi, przez których dzień może być nieprzyjemny jak Kinga Dunin. Poezję robi się w poprzek, przeciw, na złość pisał Świetlicki we wstępie do swoich wierszy zebranych i w drugim wydanym po nich tomie podąża tą ścieżką.

Ucieczką przed „mieszkańcami” musi być więc dla Poety – cóżby innego – metafizyka. (…) Nurkować w czasie. Około. W okolicach czasu./ w okolicznościach czasu./ W oku czasu. Oto/ program pisze Świetlicki, określając tym samym kierunek swojej kolejnej ucieczki. Wiersze „środowiskowe” nie mają jedynie kontekstu satyrycznego – zaczynają się od sarkastycznego komentarza o dziennikarkach z programów o książkach, by skończyć się ciemną figurą, już nie zewnętrzną, środowiskową, doraźną, a introspektywną, w najgłębszy sposób dotyczącą podmiotu-Marcina, jego przeżyć, marzeń i lęków. W tle przesuwa się widmo śmierci (ogromniejący grzmotyl), poważniejszej i bardziej zagrażającej niż surowe konferansjerki. Śmierci – dodajmy – przejmująco opisanej w bodaj najlepszym z cykli pomieszczonych w Delcie – pięciu wierszy o ojcu.

W Delcie Dietla ściera się zatem Świetlicki młody ze Świetlickim starym. Świetlicki młody wyziera z wierszy buntowniczych, manifestujących programowe ustawianie się „w poprzek”, dystans wobec miałkich środowiskowych sporów, literatury jako turnieju garbusów. Jednak zaraz potem pojawia się Świetlicki stary, myślący o tym, że może czas się wycofać, stoicko opiewający cud codziennego wstawania z martwych, mówiący nie uważaj na siebie, uważaj na Boga. Można by powiedzieć, że Marcin się żegna, gdyby nie ostatni wers ostatniego wiersza w Delcie Dietla: I nie umieram. Ja tylko na moment przepraszam.

 

Marcin Świetlicki, Delta Dietla, EMG, Kraków 2015.