• Patronem wydania jest Kraków Miasto Literatury UNESCO
Recenzje | 15.04.2019
Świecenie tyłkami (Jonathan Littell „Stara historia. Nowa wersja”)
Recenzje | 15.04.2019

Świecenie tyłkami (Jonathan Littell „Stara historia. Nowa wersja”)

W 1993 roku Rhoda Koenig, krytyczka literacka, i Auberon Waugh, ówczesny redaktor naczelny brytyjskiego magazynu „Literary Review”, postanowili wprowadzić w obieg nowe wyróżnienie. Nie tyle nobilitujące konkretny tytuł lub jego twórczynię/twórcę, ile piętnujące określone fragmenty danego dzieła. Od tamtej pory Bad Sex in Fiction Award ma za zadanie zwracać uwagę na grubiańskie, niesmaczne, często powierzchowne wykorzystanie powtarzających się opisów aktów seksualnych we współczesnych powieściach i w ten sposób zniechęcać do ich dalszego tworzenia. Statuetka rokrocznie trafia więc do rąk autora (jak dotąd dwadzieścia dwa razy) lub autorki (jak dotąd trzy razy) najgorszego – zdaniem redakcji – opisu sceny erotycznej.

W 2009 roku na podium znalazł się Jonathan Littell (Łaskawe). I oto dziesięć lat później nadarza się świetna okazja do uczczenia okrągłej rocznicy tego niechlubnego zwycięstwa – nakładem Wydawnictwa Literackiego ukazuje się powieść Stara historia. Nowa wersja, którą, biorąc pod uwagę przytaczane powyżej kryteria, należałoby nagrodzić za całokształt.

Dres, Dama z gronostajem i Don Giovanni

Stara historia. Nowa wersja to rozbudowane do rozmiarów powieściowych opowiadanie z 2012 roku, które nigdy wcześniej nie ukazało się po polsku. To także, ni mniej, ni więcej, ponad czterystustronicowa orgia. Idea kompozycyjna stosunkowo szybko staje się jasna. Każdy z siedmiu rozdziałów rozpoczyna się na pływalni. Stamtąd odziana w idealnie skrojony dres postać trafia do domu, w którym znajduje się (lub znajdował) ktoś jeszcze: druga osoba dorosła i mały chłopiec bawiący się żołnierzykami. Na ścianie – reprodukcja Damy z gronostajem, wśród płyt – opera Don Giovanni, na kolację – homar, na deser – kwaśne jabłko. Do sceny pierwszego zbliżenia zawsze dochodzi na łóżku okrytym grubą narzutą – złotą, z ozdobnym motywem zielonych traw. Narzuta ta może także pojawić się w kolejnym miejscu: pokoju hotelowym, do którego bohater/bohaterka trafia po naciśnięciu klamki. Co więcej, ktoś zawsze tam na niego/nią czeka. Kolejny stały element: zamawiany posiłek, czyli chińszczyzna i zimne piwo. Oprócz zajmujących znaczną część rozdziału opisów seksu (przybierającego najrozmaitsze, lubieżne, obsceniczne i brutalne formy), powtarzające się czynności to zapadanie w sen, pobudka, wzięcie prysznica, wybranie jednych z dwojga drzwi i – ponownie, po naciśnięciu klamki – przeniesienie się w kolejne miejsce. Czy raczej: kolejny mikrokosmos. Littell każdorazowo puszcza tu wodze fantazji, więc wachlarz perypetii – zanurzonych w erotycznym, rzecz jasna, sosie – jest naprawdę szeroki. Prędzej czy później, w równie niejasnych okolicznościach, wracamy na pływalnię i rozdział dobiega końca.

W tym transowym labiryncie nigdy nie wiadomo, co jest rzeczywistością, co zaś mroczną, wyuzdaną fantazją. Postaci (a może jedna, przybierająca różne maski, postać?) odczuwają właściwie tylko zwierzęcą chuć, perwersyjną rozkosz lub rozdzierający fizyczny ból. Nie znamy ich imion i zawodów, nie wiemy, kim są, skąd pochodzą. Do głosu dochodzą wyłącznie instynkty. Pierwotne i niezaspokojone, momentami wręcz niezaspokajalne. Wydawać by się mogło, że nieustanne rozmywanie kwestii płciowych, performowanie ról, zacieranie granic między tym, co kobiece, i tym, co męskie, czy pozwalanie postaciom na zwodzenie odbiorców stanowić będą największe walory najnowszej powieści Littella. Albo chociaż jedyny jej walor. Nic bardziej mylnego – nawet potężna dawka queerowości na nic się tu zdaje.

Do czterech razy sztuka

Doczytanie Starej historii… tyle mnie kosztowało, że próbuję usilnie, by nie powiedzieć desperacko, coś z niej wyciągnąć. Cokolwiek. Próbuję też znaleźć odpowiedź na pytanie, czy to z tą książką jest coś nie tak, czy może jednak ze mną jako czytelniczką. Pomocy szukam w eseju Wyobraźnia pornograficzna Susan Sontag. Natrafiam na cztery przypisywane pornografii i komentowane przez badaczkę cechy (lub, jak kto woli, najczęściej stawiane jej zarzuty) i postanawiam chwycić się ich jak tonący brzytwy.  

Po pierwsze: z założenia jedyne zadanie pornografii to podniecenie czytelnika/czytelniczki. Z celem samym w sobie nie mam najmniejszego problemu. Powiedzieć jednak, że ta sztuka się Littellowi nie udaje, to nic nie powiedzieć. Może więc oddam głos autorowi i przytoczę opis, na który warto było czekać do końcowej części powieści; opis, który z powodzeniem mógłby zapewnić mu drugą w historii statuetkę BSFA (jeśli są w tej materii lepsi – NIE CHCĘ WIEDZIEĆ).

Obok mnie światło księżyca padało na ścianę i spostrzegłem, że nie jest gładka, jak wcześniej myślałem, lecz przeciwnie, upstrzona jakimiś otworkami, wokół których powstawały niewielkie wybrzuszenia. Dotykając palcami, stwierdziłem, że ściana jest obita bardzo cienką skórą, gładką i ciepłą jak ludzki naskórek, która marszczyła się tu i ówdzie, tworząc małe odbyty, z doskonale ukształtowanymi fałdkami, ściana usiana odbytami. (…) Obróciłem palem, przyciskając i masując miękką, ciepłą i wilgotną ściankę. Inny odbyt znajdował się tuż przy mojej twarzy i wyciągnąłem język, żeby go polizać, najpierw samym czubkiem, potem mocniej, dotykając go w końcu ustami w długim pocałunku, napawając się jego lekko piżmowym smakiem. Gdy odsunąłem wargi i wyciągnąłem palec, odbyty powoli mrugnęły, jak oczy patrzące na mnie, lusterka odbijające fragment po fragmencie. Zdjąłem wszystkie części ubrania i przylgnąłem do ściany, urzeczony delikatną pieszczotą jej gładkiej skóry, kiedy dotknęła mojej; czując pod stopami trawę podłogi, wyciągnąłem ramiona, by głaskać jej powierzchnię, pocierając wnętrzem dłoni odbyty, na które natrafiałem, albo łaskocząc je palcami, liżąc i całując te w pobliżu ust, w końcu zagłębiając się jak w rozpuszczoną czekoladę w otwór, którzy znajdował się przed moim członkiem, przywierając brzuchem i biodrami do ściany.

(Minuta ciszy.)

Po drugie: poprzestawanie na zawiązaniu prymitywnej namiastki akcji i ciągnięcie jej dalej, w nieokreślonym kierunku. W tym przypadku – niezupełnie. Czemu jak czemu, ale pomysłowi kompozycyjnemu Littell pozostaje wierny od początku do końca; wprowadzając różnego rodzaju wariacje, każdorazowo realizuje ten sam schemat. Wiadomo, jaki jest punkt wyjścia (pływalnia), mniej więcej wiadomo, jakiego rodzaju detale postaci napotkają po drodze (narzuta, strój, posiłek etc.); wiadomo też, dokąd doprowadzi finał (ponownie: pływalnia). Jedyną niewiadomą pozostaje, ile litrów spermy, krwi, potu i łez poleje się pomiędzy i w jakich okolicznościach.

Po trzecie: niedbałość o środki wyrazu, czysto służebna rola języka. Z jednej strony – za każdym razem Littell ewidentnie stara się nieco inaczej opisać świat przedstawiony, tym bardziej, że niektóre składające się nań elementy powracają w każdej historii. Z drugiej – gdy w grę wchodzi erotyka, czyli w przeważającej części każdego rozdziału, zmienia się bardzo, bardzo niewiele. Podziwianie w lustrze nagich, lśniących w księżycowym blasku pośladków to tylko jeden – bodaj najniewinniejszy, a zarazem nieznośnie pretensjonalny i, właśnie przez swą powtarzalność, szalenie irytujący – z powracających motywów i obsesji. (Językowe potknięcia tłumaczeniowe to temat na osobną historię; do dziś na przykład próbuję zgłębić istotę obdarzenia kogoś „abstrakcyjnym spojrzeniem”).

Po czwarte: nieprzywiązywanie wagi do psychologii postaci, ich motywacji i wiarygodności, pozostawianie, by zacytować Sontag, tylko gołych, niestrudzonych operacji zdepersonalizowanych organów. Tym razem – w punkt. Bohaterowie/bohaterki nie mają imion, ich płcie, tożsamości i preferencje seksualne pozostają płynne, nieoczywiste. Spojrzenie na ten zabieg nie tylko jako na dający się łatwo uzasadnić, ale wręcz niezbędny w dobrej – czyli porządnie napisanej – pornografii, ostatecznie rozwiało moje wątpliwości. Pozbawienie czytelników/czytelniczek jakichkolwiek szczegółów dotyczących postaci (no, może poza ich fizycznością) służy bowiem bardzo konkretnemu celowi. Uniemożliwienie wytworzenia jakiejkolwiek relacji z nimi ma pomóc w skoncentrowaniu się wyłącznie na własnych odczuciach, pragnieniach i potrzebach. Tak wracamy do punktu wyjścia, czyli postulowanego czytelniczego podniecenia.

Rżnięcia i rzężenia

I wszystko staje się jasne. Stara historia… nie musi wcale spełniać wymogów stawianych tak zwanej literaturze wysokiej; wystarczy, by sprawdzała się jako powieść pornograficzna. Mogłaby przecież być śmiała, obrazoburcza, prowokacyjna, bez cenzury. Mogłaby oburzać, obrzydzać, oblewać twarze pąsowymi rumieńcami. Mogłaby przeprowadzać – ba, przeczołgiwać! – przez wszystkie kręgi erotycznych piekieł. Mogłaby być, po prostu, lekturą afektywną. Tymczasem w praktyce przeszkodą nie jest mgła podniecenia, którą zachodzą oczy; największa przeszkoda to pojawiające się na zaskakująco wczesnym etapie i nieopuszczające do samego końca znużenie. Opisami rżnięć i rzężeń, brandzlowań i wytrysków, wiotkich i wyprężonych kutasów w rozmaitych konfiguracjach. Owszem, dość często wtórowałam jęczącym bohaterom – tyle tylko, że mój jęk był jękiem rozpaczy, nie rozkoszy. Nie błagałam o więcej, błagałam o litość. Bezskutecznie.

Nic dziwnego, że Jonathan Littell tak stanowczo wzbrania się przed udzielaniem wywiadów na temat Starej historii. Nowej wersji. Zamiast świecenia tyłkiem (postaci) na kartach powieści musiałby wówczas, jako autor, świecić oczami za samego siebie. Coś mi mówi, że efekty byłyby równie opłakane.

Jonathan Littell

Stara historia. Nowa wersja

przeł. Jacek Giszczak

Wydawnictwo Literackie, 2019

Liczba stron: 440