2015-olive kitteridge
ARTYKUŁY | 23.02.2015

Świat pęka każdego dnia („Olive Kitteridge”)

W młodości chciałam zostać kimś w rodzaju religijnego przywódcy, a teraz po prostu siedzę w domu i staram się nie być za bardzo nieszczęśliwa czytam w jednym z utworów Jane Bowles. Mimo wyraźnego pokrewieństwa temperamentów jej bohaterka prawdopodobnie nie zaprzyjaźniłaby się z Olive Kitteridge – najpierw tytułową postacią powieści Elizabeth Strout, ostatnio jedną z ważniejszych dla HBO kobiet. Obie panie, w jakimś niezwykłym uniwersum, które znosiłoby różnicę czasu, przestrzeni oraz fikcyjność postaci, nie byłyby sobie bliskie nie dlatego, że mają lepszych kompanów albo bardziej ekscytujące doświadczenia w perspektywie. Olive Kitteridge nie chce ani takiej, ani żadnej innej przyjaciółki.

Olive Kitteridge jest emerytowaną nauczycielką matematyki, żyjącą wraz z mężem w Nowej Anglii. To właśnie jej historię, splecioną od 25 lat z życiem męża i – w coraz mniejszym stopniu – syna, opowiada miniserial, który bez wahania można by też nazwać czterogodzinnym filmem. Na pierwszy rzut oka może się wydawać, że spotka nas tu niewiele więcej niż we własnym lub dobrze znanym z opowieści życiu. Nic wielkiego się nie dzieje, meteoryt nie uderza w żaden z domów, napad i wzięcie zakładników nie kończy się śmiercią, tylko upokorzeniem. Dzieci rosną, siedzą na karnych zajęciach z matematyki i bardziej niż siebie nawzajem nie znoszą tylko swoich rodziców. Dzieci wychowane w pięknej, ale jednak niezbyt ekscytującej miejscowości są ważnymi postaciami całej historii. Nie tylko dlatego, że oczami syna Olive widzimy dużą część jej zachowań, ale przede wszystkim dlatego, że twórcy serialu zdecydowali się rozegrać wszystkie przedstawione w serialu sytuacje w bardzo niejednoznaczny sposób. Większość widzów z pewnością bez problemu przywoła książki czy filmy skupiające się na niezbyt udanych relacjach z matkami, których chłód był paraliżujący, a ich codzienna powściągliwość wywarła druzgocący wpływ na późniejsze związki synów z innymi ludźmi. Znamy te historie doskonale, w wielu przypadkach zdobywamy się na współczucie, uznając za niestosowne zignorowanie skarg bohaterów.

maxresdefault

Banalnym odwróceniem perspektywy byłoby skupienie się na doświadczeniach, które ukształtowały złośliwą czy emocjonalnie lodowatą matkę. W Olive Kitteridge nie mamy prostej analizy, która sięgając przeszłości, wydobywa na światło dzienne zadawnione przewinienia i rozprawia się z nimi. To, co znakomicie pokazuje omawiany serial, to życie i mniej lub bardziej znaczące zdarzenia, w których uczestniczy tytułowa bohaterka. Jej zachowania, często w pewien sposób zabawne, są przez widza akceptowane o tyle, o ile pozostają w ramach takiej narracji. Skupionej na codziennych decyzjach, krótkich ripostach czy odmowach wpisania się w ramy wymagane przez kulturę podczas takich zdarzeń jak ślub syna, choroba męża czy wizyta dawnych znajomych. Ten sposób kształtowania narracji pozwala na wydobycie jednocześnie kilku perspektyw, wciągnięcie widza w nieoczywistą grę empatii i krytyki. Tylko widz o bardzo słabej pamięci, słysząc skargi syna na doświadczenia, które dotkliwie naznaczyły jego osobowość, uzna, że to wymysły i przewrażliwienie. W większości historii tego rodzaju staniemy po jego stronie, w Olive Kitteridge wedle wszelkiego prawdopodobieństwa nie będziemy chcieli rozstrzygać o racjach, prawach i tym, jak powinno być.

Frances MacDormand odgrywa Olive w sposób absolutnie mistrzowski do ostatniego słowa i ostatniego, najmniejszego gestu. To właśnie ta kreacja, niezaprzeczalnie wynosząca serial na wyżyny, pozwala na wyzwolenie tak wielu emocji jednocześnie. Tak jest wtedy, kiedy obserwujemy scenę, w której Henry (mąż, w tej roli Richard Jenkins znany choćby z Six Feet Under) zauważa, że Olive wyrzuciła walentynkową kartkę od niego. Na pytanie, dlaczego nie chce jej zatrzymać, kobieta odpowiada: Już ją przeczytałam. Rozrywająca serce scena nie jest efekciarska, nie wykorzystuje wielkich wydarzeń, żeby powiedzieć coś istotnego o kondycji człowieka. Obciążona własnym subdepresyjnym stanem, który stopniowo przechodzi w pełną depresję, Olive jest sarkastyczna do szpiku kości. To jedna z wielkich wartości tego serialu, który eksponując jej specyficzne poczucie humoru, nie rozbraja małych, dotkliwych dramatów, ale podsyca wyniszczającą atmosferę.

Olive-5

Paraliż męża, którego Olive traktowała z daleko idącą protekcjonalnością i oszczędnością w okazywaniu czułości, roztrzaskuje jej świat z ostateczną brutalnością. Główna bohaterka największe dramaty przeżywa w milczeniu, naprędce łagodząc ich najbardziej powierzchowne skutki. Osoby, z którymi Olive zdaje się nawiązywać najbliższe relacje, to były uczeń oraz przypadkowo poznany mężczyzna (w tej roli Bill Murray), którego z Olive łączy przede wszystkim fatalna kondycja psychiczna. Relacje, które nawiązuje z ludźmi bohaterka przy różnych okazjach, eksponują jej skomplikowaną osobowość. Z jednej strony jest gotowa do niesienia pomocy natychmiast, bez względu na sytuację i własne potrzeby. Z drugiej zaś jej surowość i dotkliwość wygłaszanych przez nią sądów stawia ją w pozycji osoby skazującej się na pewnego rodzaju separację od codziennych, niezobowiązujących kontaktów.

Tytułowa bohaterka miniserialu dzieli niewiele cech z rozrywającymi ustalony paradygmat kobiecymi postaciami znanymi z jakościowych seriali ostatnich lat. Jeżeli postawić ją w rzędzie z protagonistkami najistotniejszych produkcji, będzie wyglądać tyleż niepozornie, co konserwatywnie. Bardzo skromnie i powściągliwie ubrana, pozbawiona makijażu i dopracowanej fryzury, osłaniająca każdą część swojego ciała nauczycielskim mundurkiem, Olive Kitteridge wygląda jak ucieleśnienie tego, wobec czego dystansuje się rewolucyjna kobiecość choćby Leny Dunham. A jednak. A jednak to Olive Kitteridge jest dla mnie jedną z najważniejszych produkcji ostatnich lat, a jednak to ten serial poruszył mnie do głębi i zmusił do przemyślenia nie tylko perspektywy widza, ale także podstawowego poziomu relacji i reakcji na innych ludzi w życiu społecznym.

olivekitteridge02

Problem w mówieniu o tym serialu polega, bardziej niż w innych przypadkach, przede wszystkim na tym, że jego sedno tkwi w kilkuzdaniowych dialogach, niewielkich gestach i wstrząsających deklaracjach. Zważywszy na jeszcze relatywnie niewielką popularność Olive Kitteridge wśród polskich widzów, niczego więcej już nie powiem. Także dlatego, że sama o sobie Olive mówi z niesłychaną przenikliwością. Niewysłuchanie jej byłoby koszmarnym błędem.

Olga Szmidt

Olga Szmidt

(ur. 1989) redaktor naczelna portalu „Popmoderna”. Regularnie pisuje również dla „Czasu Kultury” oraz „Miesięcznika Znak”. Autorka monografii naukowej „Korespondent Witkacy” (Universitas, 2014) oraz biografii „Kownacka. Ta od Plastusia” (Czarne, 2016). Na Wydziale Polonistyki UJ przygotowuje rozprawę doktorską na temat autentyczności w XXI wieku. Pisze literaturę faktu.