cormac2
RECENZJE | 18.03.2013

Stary McCarthy w Nowym Meksyku

Twórczość Cormaca McCarthy’ego można określić mianem literatury osobnej. Choć nie brakuje takich, którzy prozę Amerykanina kojarzą głównie z charakterystycznym zapisem dialogów, to średnio uważny czytelnik od razu rozpozna jego niepowtarzalny styl, na który składają się biblijna niemal narracja, naturalistyczne opisy przemocy i czające się za każdym rogiem poczucie beznadziei, towarzyszące bohaterom. W otwierającej Trylogię Pogranicza powieści Rącze konie pisarz prawie całkowicie – i to z wielką korzyścią – zrezygnował z tej poetyki, w Przeprawie natomiast umiejętnie ją dawkował. Jednak wydana właśnie w Polsce Sodoma i Gomora, która cykl wieńczy, pokazuje, że na dłuższą metę Cormac od korzeni odciąć się nie potrafi. Jego dobrze znane oblicze wraca do czytelników ze zdwojoną siłą. Nawiązując do głównego motywu Sodomy i Gomory, można przewrotnie stwierdzić, że widocznie takie jest McCarthy’ego przeznaczenie.

Powtarzane do znudzenia porównania Cormaca do Williama Faulknera tyczą się zapewne tego, że obaj stworzyli swój własny literacki mikroświat, który – niczym Tolkien Śródziemie – bardzo niechętnie opuszczali. Jeśli zaś chodzi o główne wątki poszczególnych powieści McCarthyego, to trudno mi oprzeć się wrażeniu, że jest on kimś na miarę nowego, choć niewątpliwie bardziej mrocznego, Johna Steinbecka. Grupa zapijaczonych kumpli z książki Suttree to wypisz wymaluj wesoła kompania meneli, którą znamy z Tortilla Flat czy Ulicy Nadbrzeżnej. W Lesterze Ballardzie z Dziecięcia Bożego nietrudno dopatrzeć się niektórych cech Lenniego Smalla z Myszy i ludzi. Wreszcie – beznadziejna wędrówka ojca i syna w Drodze ma w sobie coś z przygnębiającej odysei rodziny Joadów w Gronach gniewu. W tym kontekście Trylogia Pogranicza proponuje nam historie, które nie tak łatwo jest z czymkolwiek porównać. Bo choć są to opowieści do bólu konwencjonalne, to łatwiej mi wyobrazić sobie, iż to one będą źródłem inspiracji dla innych twórców, niż to, że same zostały jakimś dziełem zainspirowane.

Interpretacja tytułu całego cyklu wydaje się oczywista. Drugorzędną sprawą jest, że McCarthy osadził wydarzenia na granicy Meksyku i stanu Nowy Meksyk (który, jak się okazuje, nowy jest tylko z nazwy). Sam pisarz zdaje się sugerować, że przekroczenie granicy między państwami nie ma żadnego znaczenia poza takim, że kto po jednej stronie nazywa siebie cowboyem, po drugiej jest już vaquero. Owszem, gdzieniegdzie w usta postaci wciśnięte są słowa przekonania, że Meksyk jest krainą zapomnianą przez Boga (zagląda tu tylko Matka Boska), a zamiast prawa są rządy bandy zbirów. Jest to jednak tylko uzasadnianie przed samym sobą niepowodzeń i złych wyborów. Jeśli stoję na ziemi przeklętej, nic dziwnego, że dosięga mnie zły los – zdają się mówić bohaterowie McCarthyego. Dla niego samego ważniejszym pograniczem jest przekroczenie granicy dorosłości, zza której powrotu już nie ma. John Grady Cole w Rączych koniach i Billy Parham w Przeprawie poprzez swoje niebezpieczne przygody przechodzili rytuał inicjacji, wejścia w dojrzałe życie, które – jak się przekonujemy w Sodomie i Gomorze – nie ma absolutnie nic fascynującego do zaoferowania.

Nie dziwi zatem przyjęta przez Cormaca strategia, wedle której pierwsze dwa tomy nie są tak upstrzone beznadzieją i przemocą, jak zdążyliśmy się do tego przyzwyczaić, obcując z resztą jego twórczości. Owszem, Cole i Parham napotykają na swojej drodze wrogość i śmierć, jednak to, co najgorsze, czyli zdumienie bezsensem podejmowania jakichkolwiek działań i złowieszczy fatalizm, dopiero przed nimi. Jeden z bohaterów, John Grady, zachował w sobie resztki młodzieńczej fantazji, co tylko ściąga na jego głowę masę kłopotów. Próbuje rozpaczliwie wyzbyć się piętna beznadziei powierzonego przez przodków. Za trzydzieści dolarów zastawia w lombardzie rewolwer po dziadku, zrywając z krwawą przeszłością i chcąc u boku wymarzonej kobiety żyć pełnią życia. Nie zdaje sobie sprawy, że – jak czytamy w epilogu – Świat naszych ojców mieszka w nas. Od dziesięciu i więcej tysięcy pokoleń.

Nie brakuje w Rączych koniach i Przeprawie werystycznych opisów biedy i przemocy. Rzecz w tym, że są one włożone w usta ludzi starych i doświadczonych. Cole i Parham nie widzą, a może ze względu na młody wiek nie chcą widzieć, otaczającego ich zepsucia. Poznają je za pośrednictwem opowieści: o żołnierzu w bestialski sposób pozbawionym oczu, o trupie odartym ze skóry w wyniku obijania się o rzeczne skały, o bydle tak chudym, że podczas wieczornych przepraw pod słońce palące zachodnie pustynie widać było, jak ognista kula prześwieca przez krowie skóry. W Sodomie i Gomorze takie obrazki (łącznie z finałową rzeźnią, którą urządzili sobie jeden z bohaterów i jego antagonista) są już na porządku dziennym. John Grady i Billy są starsi raptem o kilka lat, ale zdążyli już poznać monotonię i brutalność życia, co w optyce McCarthyego czyni z nich autentycznych starców.

Autor nie potrafił sobie odmówić umieszczenia w każdej z powieści kilku epizodycznych postaci, które dzielą się z głównymi bohaterami swoimi mądrościami o Bogu, przeznaczeniu i sensie życia. Najzgrabniej wyszło to w Przeprawie, gdzie w prostych ludziach z meksykańskich osad McCarthy widzi żywe nośniki życiowych prawd, jego bohater zaś postrzega ich głównie jako serdecznych wieśniaków, którzy nigdy nie odmówią jajecznicy i miski fasoli. Niestety w Sodomie i Gomorze zdania wypowiadane przez drugoplanowych i epizodycznych mędrców brzmią już banalnie, by nie powiedzieć – łopatologicznie. Nie po to chyba Cormac kazał brnąć przez dwa poprzednie tomy, by teraz raczyć czytelnika radami w rodzaju Myślę, że powinieneś iść za głosem serca lub Człowiek zawsze postępuje słusznie, goniąc za tym, co kocha, których nie powstydziłby się Paulo Coelho. Nie do końca potrzebny wydaje się też rozwlekły epilog, który jest w istocie jeszcze bardziej dobitnym powtórzeniem tezy całej książki: Całe to gadanie o tym, że mogłoby być inaczej, jest bez sensu, bo nie ma żadnego inaczej.

Z pewnością nie można McCarthyemu odmówić tego, że Sodomę i Gomorę skonstruował z wyczuciem godnym największych mistrzów literackich i filmowych thrillerów. Nawet jeśli od początku domyślamy się finału całej historii, to chwilami możemy dać się zwieść zmianom nastrojów następujących po sobie scen. Dużym plusem są również dialogi, które można by z powodzeniem bez żadnych korekt przenieść do filmu. To samo należy zresztą powiedzieć o poprzednich częściach cyklu. W Trylogii Pogranicza główni bohaterowie nie są prorokami w swoim świecie, których słowom powinna towarzyszyć podniosła muzyka (tak było np. w Drodze lub Krwawym południku). Tu atmosfera nie jest aż tak napuszona, a niekiedy możemy się natknąć na brawurowe kwestie niemal żywcem wyjęte z hollywoodzkich produkcji (np. słowa rzucone w Rączych koniach do rannego bohatera: Nie martw się, moja rodzina od stu lat uczyła się medycyny na Meksykanach albo dialog z Sodomy i Gomory: – Ja też jestem człowiekiem zasad. – Oczywiście. Gdyby tak nie było, nie mielibyśmy problemu).

Wiem, że zdaje ci się, że chcę cię zabić. Ale tak nie jest – mówi Billy Parham w Przeprawie. Nigdy nie przypuszczałem, że taka deklaracja padnie w jakiejkolwiek książce Cormaca McCarthyego. Rzecz w tym, że adresatem tych słów jest wilczyca, co sporo mówi o podejściu autora do człowieczeństwa portretowanych przez niego postaci. Inna rzecz, że złowrogie przeznaczenie nie daje szans, by to człowieczeństwo w sobie rozwijać. W tym kontekście cała trylogia jawi się jako streszczenie ludzkiego życia – Rącze konie opowiadają o młodzieńczych namiętnościach, Przeprawa traktuje o poszukiwaniu własnej drogi. Sodoma i Gomora to już tylko nieatrakcyjna – ubarwiana jedynie piciem i wyprawami do burdeli – codzienność, która z życiem ma niewiele wspólnego, a bardziej zasługuje na miano trwania. Co gorsza, ostrzega autor, jeżeli się przeciw temu zbuntujesz, możesz się okrutnie sparzyć.

Można nie zgadzać się z tezami McCarthyego o przeznaczeniu. Nie sposób jednak nie docenić sposobu, w jaki je podał. Jak choćby fragment z Rączych koni o tym, że nawet każdy rzut monetą jest już rozstrzygnięty przez mincerza, który przed jej wybiciem tak a nie inaczej ułożył kawałek metalu. W Przeprawie oraz wydanej właśnie Sodomie i Gomorze takich metafor znajdziemy więcej. I choć Cormac nieco w Trylogii Pogranicza zmienił swój styl, to nie można mu odmówić, iż nadal pisze w taki sposób, że po lekturze możemy powiedzieć, jaki kolor i zapach miał wiatr wiejący gdzieś tam w dalekim Meksyku.

 

Cormac McCarthy

Sodoma i Gomora

Przekład: Maciej Świerkocki

Wydawnictwo Literackie, 2013

Liczba stron: 440

Jacek Skałecki

Jacek Skałecki

(ur. 1988) – urodził się i mieszka w Lublinie. Absolwent dziennikarstwa UMCS. Główny obszar zainteresowań to film: jako widz od zawsze, jako twórca od niedawna. Autor bloga www.zawiesina.blox.pl.