• Patronem wydania jest Kraków Miasto Literatury UNESCO
Artykuły | 07.01.2019
STARTER: BAJM
Artykuły | 07.01.2019

STARTER: BAJM

Próżno szukać ich w szufladce podpisanej „dobra polska muzyka z lat osiemdziesiątych”. Nie wypada bowiem, żeby zespół od lat dostarczający słuchaczom mdłych pop rockowych zakalców sąsiadował z Maanamem czy Republiką. A jednak: zanim Bajm zapracował sobie łatkę festyniarzy i chałturników, należał do najciekawszych zjawisk w polskiej muzyce rozrywkowej. Czas o tym przypomnieć.

Zacznijmy od tego, że Bajmów jest – przynajmniej – kilka. Abstrahując od zmian personalnych: lubelski zespół od samego początku działalności był w ścisłym kontakcie z Zeitgeistem i chętnie zmieniał oblicze. Nie tylko nadążał za aktualnymi trendami, ale i modyfikował je wedle własnego uznania, włączał w inny kontekst dźwiękowy i kulturowy.

Szersza publiczność dowiedziała się o ich istnieniu w 1978 roku, gdy wzięli udział w konkursie debiutów na Festiwalu w Opolu. Zwiewna, pełna uroku i zupełnie niezobowiązująca piosenka Piechotą do lata doskonale wpisywała się w estradowe konwencje z okresu gierkowskiej „dekady sukcesu”.

Ich debiutancki album długogrający z 1983 roku nijak miał się jednak do delikatnego, akustycznego grania, którym zasłynęli pięć lat wcześniej. Na płycie zatytułowanej po prostu Bajm zespół zaprezentował swoje drapieżne, nowofalowe wcielenie, któremu kształt nadawało przede wszystkim rodzeństwo Kozidraków: obdarzona szeroką skalą wokalną, charyzmatyczna Beata i odpowiedzialny za większość kompozycji zespołu Jarosław.

Martwa woda z 1985 roku zwiastowała zwrot w stronę tradycyjnego rocka i spotkała się z nieco chłodniejszym przyjęciem niż debiut, ale i tu nie brakowało jasnych punktów (zresztą: mimo braku hitów na miarę Nie ma wody na pustyni, zespół zdołał zgarnąć Złotą Płytę). Podobnie jak na Chroń mnie (1986) i znakomitych, nagranych już bez udziału Jarosława Kozidraka, Nagich skałach (1988), na których to wiodącą rolę zaczęło odgrywać zupełnie niegitarowe brzmienie.

I tutaj historia się urywa. Co prawda Biała armia z 1990 roku, ze stadionowym, van halenowskim utworem tytułowym, nie przynosi zespołowi wstydu, wyznacza jednak początek równi pochyłej prowadzącej w stronę nijakiego pop rocka, egzaltowanych ballad i muzycznej beżowości. Dlatego też postanowiłem skupić się na pierwszych dziesięciu latach działalności Bajmu. To wówczas Beata Kozidrak i spółka pokazali pełnię swojej wyobraźni muzycznej, charyzmy i kompetencji, które sprawiają, że dziś bez wahania można ich nazwać jednym z najlepszych polskich zespołów lat 80.

Niedowiarków zapraszam do zapoznania się z subiektywnym wyborem najbardziej udanych utworów grupy. Oto, od czego należy zacząć, jeżeli chcecie dać Bajmowi szansę:

 

Co mi panie dasz? (Bajm, 1983)

Choć mamy do czynienia z kawałkiem znanym, lubianym i chętnie odkurzanym, rzadko traktuje się go jako szczytowe osiągnięcie polskiej muzyki pop. Tymczasem napędzany hipnotycznym, syntezatorowym basem utwór wchodzi w śmiały dialog z brytyjską nową falą, a przy okazji diagnozuje paranoję okresu stanu wojennego dużo trafniej niż usankcjonowani przez krytykę i słuchaczy rockowi buntownicy w rodzaju Perfectu. No i to w górę serca wielki cis – choć Pegaz Poezji, którego próbuje okiełznać Beata Kozidrak, zwykle wierzga i galopuje w sobie tylko znanych kierunkach, tym razem był nadzwyczaj posłuszny.

Piramidy na niby (Martwa woda, 1985)

Bajm po raz kolejny wciąga do swojej twórczości wątki – nazwijmy to w ten sposób – pustynne. O ile jednak wiadomy utwór z debiutanckiej płyty uwodził swoją postpunkową energią, o tyle Piramidy na niby stanowią raczej… No właśnie, co takiego? Wycieczka krajoznawcza rozpoczyna się od zeppelinowskiej zwrotki z punktową partią sekcji rytmicznej, już po chwili zderzamy się jednak z doskonałym – ni to funkowym, ni orientalnym – refrenem. Co ważne: o ile doszukiwanie się w polskim rocku lat 80. mowy ezopowej odsyłającej w stronę PRL-owskiej rzeczywistości ociera się u niektórych odbiorców o obsesję, teksty z albumu Martwa woda należy traktować jako jedną wielką, rozbudowaną metaforę (polecam sprawdzić również inny z singli).

Dwa serca, dwa smutki (Chroń mnie, 1986)

Właściwie trudno mi wyobrazić sobie bardziej środkowoejtisowy polski utwór. Dwa serca, dwa smutki to piękna i nostalgiczna przejażdżka taksówkarskim polonezem przez zaśnieżone ulice prekapitalistycznej Warszawy. A przecież nie po raz pierwszy w historii zespołu, lokalność sąsiaduje tu z doskonałą znajomością zachodniego popu i nie tylko. Jak ujął to swego czasu Borys Dejnarowicz, Dwa serca, dwa smutki to piosenka, jaką mogliby nagrać wówczas Floydzi w kolaboracji z Madonną. Warto dodać, że nie mamy w tym wypadku do czynienia z typową balladą miłosną. Adresatem tekstu tej synthpopowej perły jest córka wokalistki.

Ogień i lód (Nagie skały, 1988)

Beata Kozidrak i koledzy wkraczają na parkiet, jednak zamiast bawić się grzecznie w swoim gronie, rozstawiają wszystkich po kątach. Sprawcą całego zamieszania jest klawiszowiec Kostek Yoriadis, który dołączył do zespołu niedługo po rozstaniu z Papa Dance, a który już niebawem rozpocznie solową karierę rockmana. Śmiało można traktować Ogień i lód jako konsekwencję tego stylistycznego rozdarcia. Podobnie jak w tytule, chłodne, intrygujące zwrotki kontrastują tu z żywiołowym, disco-synthowym refrenem, którego nie powstydziłaby się wczesna Madonna. Całość spaja natomiast jedyny w swoim rodzaju, kanciasty groove – i proszę mi wierzyć, nie jest to w tym wypadku obelga.

Jezioro szczęścia (Nagie skały, 1988)

Jezioro ma twój zapach i twój smak – cóż to jest za otwarcie! W tym sennym, syntezatorowym numerze, którego autorem jest Franz Deadhunter znany głównie z zespołu Pudelsi, świat ballad Mickiewicza spotyka się z dźwiękowym uniwersum Cocteau Twins. A gdyby tego było mało: gdzieś w tle pobrzmiewają również echa Leśmianowskiej wyobraźni i akwarycznych obsesji Roberta Smitha. W efekcie dostajemy utwór świetnie wpisujący się w stylistykę spod znaku brytyjskiej wytwórni 4AD, a zarazem doskonale swojski. Jezioro szczęścia kontra Rzeka marzeń: 10:0.

 

[Tekst jest częścią projektu „Popland” realizowanego dzięki stypendium Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego]

Mateusz Witkowski

Mateusz Witkowski

(ur. 1989) – redaktor naczelny i współzałożyciel portalu Popmoderna. Obecnie doktorant na WP UJ, absolwent krytyki literackiej na tym samym wydziale. Do tej pory publikował m.in. w “Dwutygodniku“, “Czasie Kultury“, “Opcjach”, "Xięgarni" i innych, zarówno teksty literackie, jak i krytyczne. Stale współpracuje z Gazeta.pl i Wirtualną Polską. Mocno plebejskie zainteresowania: brytyjskie zespoły z lat 80., włoski futbol, portal Popmoderna.