• Patronem wydania jest Kraków Miasto Literatury UNESCO
Artykuły | 13.05.2019
Sport nie istnieje, ale przegrywamy wszyscy
Artykuły | 13.05.2019

Sport nie istnieje, ale przegrywamy wszyscy

Jakie jest miejsce sportu we współczesnym świecie? Nikogo chyba nie trzeba już przekonywać, że w późnym kapitalizmie przestał być on niewinną formą spędzania czasu, którą wydawał się u swoich nowoczesnych początków. Piłkarze dorównują popularnością gwiazdom kina, stają się bohaterami serwisów plotkarskich, a transmisje z wydarzeń sportowych biją rekordy popularności.

Za tym wszystkim stoją oczywiście ogromne pieniądze. Rynkowa cena piłkarzy FC Barcelony wynosi obecnie przeszło miliard euro. Dla porównania, według medialnych doniesień budżet ostatniej części Avengers to mniej więcej połowa tej kwoty. Innymi słowy, sport w XXI wieku to przede wszystkim wysokobudżetowa rozrywka.

Sport – najambitniejszy crossover XXI wieku

Świadczą o tym różne hybrydowe formy sportu, których najlepszym przykładem jest wrestling. Szalenie popularne za Oceanem walki zapaśników są fabularyzowane i reżyserowane, ale nie można odmówić zawodnikom-aktorom miana sportowców: podstawą widowiska jest przecież ich siła fizyczna i ćwiczona latami technika. I mimo że są zazwyczaj zatrudnieni przez firmę organizującą walki, to ich umowy można śmiało nazwać śmieciowymi. Pozbawieni ubezpieczenia zdrowotnego wykonują efektowne i skomplikowane akrobacje, narażając swoje zdrowie i przyszłość. Na jednego Dwayne’a „The Rocka” Johnsona, któremu udało się przejść do świata „prawdziwej” rozrywki, przypada masa byłych wrestlerów z żałosną emeryturą i zrujnowanym zdrowiem. Dopadają ich zarówno negatywne skutki kariery sportowej, jak i artystycznej.

Choć na przykładzie wrestlingu widać to najlepiej, to cały współczesny sport leży niezwykle blisko przemysłu rozrywkowego. Organizatorzy próbują uatrakcyjnić zawody i zapewnić im ekscytującą oprawę. Równie, jeśli nie bardziej, wyczekiwane od finału Super Bowl są reklamy i trailery nowych kinowych superprodukcji, które pojawiają się w przerwie meczu. Osiągnięcia techniki, a także wiedza o możliwościach ludzkiego ciała są wykorzystywane do łamania kolejnych barier: piłkarze grają w szaleńczym tempie, skoczkowie narciarscy biją rekordy długości w skoku, a sprinterzy poprawiają swoje wyniki o kolejne setne sekundy. Zawody sportowe mają swoją dramaturgię, ich producenci wykorzystują zbliżenia na twarze zawodników i kibiców, ujęcia w zwolnionym tempie, tworzone na bieżąco taktyczne analizy. Transmisja z finałowego meczu coraz bardziej przypomina hollywoodzki film albo grę komputerową.

Można więc zadać sobie pytanie – po co dziś tworzyć i oglądać filmy o sporcie? Choćby dlatego, że w kręconych w wysokiej rozdzielczości transmisjach z wielkich imprez sportowych widać tak naprawdę niewiele. Nie dowiemy się z nich o wspomnianych wcześniej warunkach pracy wrestlerów, komentatorzy nie zająkną się o naruszaniu praw człowieka w kraju gospodarzy mistrzostw, a łapówkarstwo na najwyższych szczeblach międzynarodowych organizacji sportowych pozostanie tematem tabu. Współczesne filmy sportowe stają się przede wszystkim brakującym głosem demaskującym obłudę sportu w późnokapitalistycznym wydaniu.

Salto w tył to za mało

Jedną z klasycznych sportowych narracji jest wariacja na temat motywu „od pucybuta do milionera”. Młody adept, pochodzący z ubogiej rodziny, dzięki wrodzonemu talentowi i ciężkiej pracy staje się mistrzem, osiąga sławę i bogactwo. I choć faktycznie sport daje możliwość społecznego awansu, to jednak jest to udziałem tylko niewielkiej części zawodników. Dużo mówi się o zasadzie fair play, ale w ostatecznym rozrachunku w dzisiejszym sporcie liczy się przede wszystkim zwycięstwo za wszelką cenę. Zapomina się również, że prawdziwy świat takiej zasady nie zna.

Tonya Harding, amerykańska łyżwiarka figurowa i bohaterka filmu Craiga Gillespie, żeby zostać mistrzynią, musi walczyć nie tylko z rywalkami, ale i z uprzedzeniami sędziów. Jest zbyt nieokrzesana, zadziorna, pochodzi ze społecznych nizin. Jej rzekomo agresywny i ryzykowny styl jazdy nie wpasowuje się w klasistowskie i seksistowskie wyobrażenia na temat idealnej reprezentantki USA.

Równoległą historię opowiada jeden z odcinków Przegranych Netfliksa, w reżyserii Mickey’ego Duzyja. Surya Bonaly na lodowisku reprezentuje Francję i zdarza jej się rywalizować z Harding. Podobnie jak jej amerykańska przeciwniczka, musi mierzyć się z uprzedzeniami sędziów, jest bowiem jedną z pierwszych czarnoskórych łyżwiarek, która osiąga poziom międzynarodowy. Zakłopotani komentatorzy używają wobec niej takich określeń jak „egzotyczna”, „zagadkowa”, „idąca inną ścieżką”, „nietypowa pod każdym względem”, których rasistowski wydźwięk dziś łatwo zidentyfikować.

Obie historie ukazują łyżwiarstwo figurowe jako bardzo konserwatywną dyscyplinę, w której należy podporządkować się panującym zasadom. To sport dla białych z klasy średniej i wyższej, gdzie niezależnie od faktycznych umiejętności można po prostu nie spodobać się sędziom, którzy wywodzą się z innego miejsca drabiny społecznej. Reguły tu panujące nie są egalitarnym sposobem na wspięcie się po jej szczeblach, a zależą od konkretnej sytuacji finansowej, rasowej i klasowej.

Zresztą zarówno Harding, jak i Bonaly mając dość walki z niesprawiedliwymi ocenami, pożegnały się z dyscypliną w bardzo efektowny sposób. Francuzka – zakazanym przez Międzynarodową Unię Łyżwiarską saltem w tył, za co dostała ujemne punkty i zajęła odległe miejsce na igrzyskach w Nagano. Amerykanka bardziej tragicznie, głośnym incydentem – atakiem na swoją rywalkę Nancy Kerrigan, wokół którego rozgrywa się akcja filmu Gillespie.

Sławna/Niesławna („Jestem najlepsza. Ja, Tonya”)

Przemoc doskonałości

Słynne łyżwiarki łączyło jeszcze jedno – obie do świata profesjonalnego sportu trafiły za sprawą presji ze strony swoich rodziców. Trudno się jednak dziwić – osiągnięcie mistrzowskiego poziomu wymaga lat treningów i wyrzeczeń. W wielu sportach maksimum możliwości ludzkiego ciała przypada na relatywnie młody wiek (kilkanaście-dwadzieścia parę lat), co sprawia, że surowy reżim treningowy staje się codziennością już w przypadku kilkuletnich dzieci.

To, jakim obciążaniem dla człowieka jest kariera sportowa, udało się doskonale uchwycić Marcie Prus w Over the Limit. Dokument jest zapisem przygotowań Margarity Mamun, rosyjskiej gimnastyczki artystycznej, do igrzysk olimpijskich w Rio de Janeiro. Wymagające treningi wykańczają młodą dziewczynę na poziomie fizycznym, jednak najbardziej szokuje obciążenie psychiczne nakładane przez sztab szkoleniowy.

Gimnastyczki przebywają na co dzień w specjalnym ośrodku, gdzie pozbawione są normalnego kontaktu z rodziną. Nad całą reprezentacją pieczę sprawuje Irina Viner, była mistrzyni, obecnie szefowa rosyjskiego związku gimnastyki i główna trenerka. Nazwanie jej metod motywowania zawodniczek „kontrowersyjnymi” to duży eufemizm. Viner niszczy ich samoocenę, obraża i szantażuje. One natomiast pokornie i milcząco znoszą połajanki, po czym wracają do treningu. Trudno także dostrzec u nich zwykłą radość z uprawiania swojej dyscypliny, a nawet ze zwycięstwa, które liczy się o tyle, że daje parę chwil wolnego od kolejnych treningów. Ostatecznie Mamun zdobywa olimpijskie złoto, jednak zaraz po tym kończy karierę w wieku zaledwie 20 lat. I trudno oprzeć się wrażeniu, że jej cały trud miał na celu wyrwanie się z niszczącego systemu, w którym znalazła się chyba nie do końca z własnej woli.

Film Prus budzi niedające się odpędzić skojarzenia z głośnym Whiplash Damiena Chazelle’a (który też – w związku z wieloma absurdalnymi z punktu widzenia edukacji muzycznej scenami – ma więcej wspólnego z filmem sportowym niż muzycznym), jednak ze względu na dokumentalną i wycofaną formę robi jeszcze większe wrażenie. Oba filmy zadają pytania o cenę i sens perfekcyjności, opresji wobec młodych ludzi oraz zbyt wygórowanych oczekiwań. Choć dotykają bardzo konkretnych dziedzin życia, w których zjawiska te widać najwyraźniej, to podobne tendencje można zauważyć obecnie w całym nastawionym na sukces świecie.

Na Wschodzie bez zmian

Zdaje się, że polska reżyserka nieprzypadkowo postanowiła sportretować akurat rosyjski model szkolenia sportowców. Nieuczciwe praktyki dopingowe tamtejszych federacji doprowadziły ostatecznie do dyskwalifikacji rosyjskich sportowców podczas zimowych igrzysk olimpijskich w Pjongczang. Jednak jest to tylko objaw głębszego problemu, z jakim światowy sport ma do czynienia w krajach, gdzie nieprzestrzegane są prawa człowieka. Władimirowi Putinowi udało się przecież zorganizować igrzyska w Soczi w 2014 roku oraz zeszłoroczne mistrzostwa świata w piłce nożnej. Wydaje się więc, że był to najmniejszy wymiar kary, którą tylko resztki przyzwoitości kazały Międzynarodowemu Komitetowi Olimpijskiemu nałożyć na naszego wschodniego sąsiada. Igrzyska zimowe są wszak mniej popularne i prestiżowe niż ich letni odpowiednik czy rozgrywki piłkarskie, a sami Rosjanie nie mają w nich tak wielu szans medalowych.

W każdym razie Rosja jest świetnym przykładem tego, jak sport jest traktowany w krajach autorytarnych, gdzie staje się przede wszystkim bronią w politycznej walce. Z jednej strony odciąga uwagę międzynarodowej opinii od nadużyć wobec własnych obywateli i agresywnej polityki zagranicznej (i pozwala dosłownie kupić przychylność międzynarodowych organizacji sportowych), z drugiej zaś jest paliwem dla podsycania nastrojów nacjonalistycznych wewnątrz kraju, które ułatwiają utrzymanie władzy. Łączy się to oczywiście z hojnym mecenatem państwa dla najlepszych zawodników, jednak Over the Limit pokazuje, że nie jest to transakcja dla obu stron równie korzystna.

O samej słynnej aferze dopingowej opowiada brawurowo Ikar Bryana Fogela. Choć punktem wyjścia jest śledztwo dotyczące dopingu w świecie amatorskiego kolarstwa szosowego (to zawodowe i tak jest już ostatecznie skompromitowane na tym polu), to reżyser trafia na trop zorganizowanego przez Rosjan procederu nielegalnego wspomagania swoich sportowców, którym kieruje Grigorij Rodczenkow. Ten z kolei postanawia współpracować z amerykańskim filmowcem, aby zdemaskować sponsorowany przez państwo system dopingowy.

Akcja dokumentu Fogela, w przeciwieństwie do Over the Limit, jest niezwykle wartka i dynamiczna. Wynika to z barwności postaci Rodczenkowa, który o tym, jak uniknąć dopingu, opowiada topless przez Skype’a, głaszcząc jednocześnie swojego psa. Sama zaś nieudolność rosyjskiego przekrętu przypomina momentami skoki gangu Olsena, co świadczy z kolei o nieporadności międzynarodowych organizacji antydopingowych. Bądź o panującej w nich korupcji.

Zakończenie filmu jest jednak znacznie poważniejsze. Rodczenkow został zmuszony do opuszczenia Rosji, gdzie stał się wrogiem publicznym, i ukrywa się obecnie w Stanach Zjednoczonych. Jego rodzinę, która pozostała w kraju, spotkały represje, natomiast Władimir Putin zanegował całą aferę. Nawet mimo braku sukcesów na sportowych arenach, zwycięzcą pozostaje rosyjska władza.

Poza stadionem

Czy jednak nie ma wyjścia z sytuacji, w której wygrywa wielki kapitał i powiązani z nim politycy? Jan Sowa i Kazimierz Wolański w książce Sport nie istnieje wskazują, że jednym z większych problemów współczesnego, późnokapitalistycznego sportu jest brak zewnętrznej wobec niego alternatywy. Przywołują przykład piłkarskiej drużyny FC United of Manchester, która powstała jako protest fanów przeciwko zakupowi słynnego klubu z Old Trafford przez amerykańskich miliarderów. Kierujący się zasadami DIY, działający jako spółdzielnia FCUM, mimo obiecujących początków, wraz ze wspinaniem się po drabinie rozgrywek (wymagającym coraz większych nakładów finansowych), musiał w końcu uwikłać się w różnego typu ekonomiczne zależności, co zostało odebrane przez kibiców jako zdrada ideałów. Jak pisze Sowa i Wolański: Sport, rozumiany jako czyste sportowe współzawodnictwo i towarzyszące mu niekonsumpcyjne formy zaangażowania, może zaistnieć wyłącznie jako ideowy horyzont, zawsze w końcu przesłonięty przez logikę podporządkowania regułom akumulacji kapitału.

Don’t mess with Serena!

Trudno nie przyznać autorom racji, ale w poszukiwaniu tego czystego sportowego współzawodnictwa warto spróbować wyjść poza najpopularniejsze – i w związku z tym zglobalizowane – rozgrywki piłkarskie. Choć łatwo wówczas zawędrować w rejony „szlachetnego” sportu amatorskiego (czyli de facto takiego, na którego uprawianie stać tych, których kapitał to umożliwia), to ciekawą ścieżką wydaje się odnajdywanie w sporcie lokalności.

Ślady takiego myślenia można napotkać we wspomnianych wcześniej Przegranych Mike’a Dyzuja. Poza odcinkiem poświęconym Bonaly, najlepsze wrażenie robią te podejmujące temat dwóch lokalnych rozgrywek z północnych krańców Ameryki, czyli wyścigów psich zaprzęgów na Alasce oraz mistrzostw Kanady w curlingu. Oba sporty są niszowe i ważne przede wszystkim dla niewielkich społeczności, stąd presja ze strony sponsorów i organizatorów jest mniejsza i najwięcej do powiedzenia na temat kształtu dyscypliny mają sami zawodnicy oraz kibice (i to ci zgromadzeni na trybunach, a nie przed telewizorami na całym świecie), a i sama infrastruktura nie generuje takich kosztów jak piłka nożna czy lekkoatletyka.

Ponadto opowieść o przemianach we współczesnym curlingu (okraszona świetnymi, absurdalnymi animacjami) doskonale obrazuje koszty, które wiążą się z profesjonalizacją dyscypliny. Pat Ryan zrewolucjonizował ten sport dzięki nowatorskiej taktyce i poważnemu podejściu do treningu (w przeciwieństwie do swoich rywali nie raczył się po, a i w trakcie meczu piwem). Jego gra spotkała się jednak z protestami kibiców, ponieważ rozgrywki stały się nudne i przewidywalne, co ostatecznie doprowadziło do zmiany przepisów, po której nie udało się już Ryanowi wrócić na najwyższy poziom.

Supersportowcy są zmęczeni

Gwałtowne przemiany sportu, które rozpoczęły się w latach 90. XX wieku, sprawiły, że zamiast podziwiać rywalizację wybitnych sportowców, otrzymujemy specjalnie skrojony w tabelach Excela produkt z odpowiednią liczbą przerw reklamowych. Kibicowanie Górnikowi Łęczna lub Podbeskidziu Bielsko-Biała zostawiamy tzw. kibolom, a sami wolimy obejrzeć przed telewizorem sponsorowane przez Gazprom zmagania Realu Madryt i Juventusu, wydających na kontrakty z piłkarzami gigantyczne sumy, jakich nikt z nas nie zarobi przez całe życie.

Zbliżający się finał piłkarskiej Ligii Mistrzów na pewno będzie lepszym widowiskiem niż niejedna tegoroczna premiera kinowa. Jednak sport, ze względu na swoje uwikłanie w kapitał i politykę, nie ma siły na to, by uczciwie opowiedzieć o sobie. Jednocześnie nie sposób pozostać obojętnym na tak ważną dla wielu ludzi sferę życia. Dlatego krytyczny głos, który wyłania się z takich filmów jak Over the Limit czy Ikar, jest niezwykle ważny w uświadomieniu sobie, że łzy piłkarzy po przegranym finale, które zobaczymy na zbliżeniach w rozdzielczości HD, to jedynie wzruszenie i złość, a pod spodem, w strukturze całego systemu, powodów do płaczu i gniewu jest znacznie więcej.

Zwłaszcza że problemów ze sportem będzie przybywać. Sportowe newsroomy żyją ostatnio sprawą Caster Semenyi, południowoafrykańskiej biegaczki, której Sportowy Sąd Arbitrażowy nakazał obniżać wyjątkowo wysoki jak na kobietę poziom testosteronu. Parę lat temu wszyscy żyli startem Oscara Pistoriusa, niepełnosprawnego biegacza korzystającego z protez, na igrzyskach w Londynie. Ciała sportowców stają się zakładnikami międzynarodowych organizacji i coraz bardziej uświadamiamy sobie, że uczciwa rywalizacja i równość szans w tak mocno skomercjalizowanym i zbiurokratyzowanym świecie sportu to mit. Można się spodziewać, że wraz z postępem ludzkiej wiedzy i słuszną przecież emancypacją grup dotychczas wykluczonych, wątpliwości wokół sportu będą się mnożyć. I jeżeli pytamy o etykę na poziomie bieżni, to stawiajmy też pytania o moralność na trybunie VIP: działaczy, polityków i prezesów klubów.