WARSZAWA
RECENZJE | 14.04.2014

„Spokój ulega materializacji” (Michał Cichy „Zawsze jest dzisiaj”)

Chodź, pójdziemy na spacer. Będziemy patrzeć na przejazdy, które prowadzą donikąd. Na bazaltowy bruk przy Filtrowej 81 i 83 – gdy się nagrzeje, jest ciepły jak drewno. Ale ten najbardziej niesamowity jest na Świętojańskiej. Ciemnofioletowy. Będziemy chodzić nocą po mieście, w którym nigdy nie jest naprawdę cicho ani naprawdę ciemno. Po uboczach rzeczywistości.

Bo książeczka Michała Cichego tak naprawdę nie jest o Warszawie. Jest także o niej, to prawda. Jednak ten krótki, siedemdziesięciostronicowy utwór przede wszystkim traktuje o mieście osobistym. Przestrzeni, która mogłaby nazywać się jakkolwiek inaczej, lecz oswojona i poznana układa się w skonkretyzowaną topografię ulic, placów i przecznic. Do tego topografię literacką, czułą i synestezyjnie zmysłową, zapraszającą na medytacyjny spacer w ubocza rzeczywistości.

Ubocza mogą być chyba zresztą słowem-kluczem dla tej prozy. Michała Cichego nie interesuje tętniące życiem europejskie miasto, ale to wszystko, co w nim zapomniane, niedostrzeżone w bocznych ulicach, wytarte, złamane, pojedyncze, niewidzialne. Co odeszło w boczne odnogi nie tylko przestrzeni, ale i czasu.

Michał Cichy to trochę czarodziej. Zatrzymuje czas i w absolutnym skupieniu, najwyższej koncentracji, zaklina rzeczywistość wokół. Zaklęcia kolejnych ulic wirują nam w głowie, gdy on dalej tworzy swe miasto, wydziera sekrety, robi stopklatki uczuć, wrażeń i myśli, opowiadając równocześnie o fakturze bruku, grze świateł czy tykaniu kosmicznego zegara.

Rzeczywistość widziana z perspektywy „zatrzymania” to narkotyczne upajanie się przestrzenią, jej najdrobniejszymi fragmentami, oddane z fotograficzną czułością. To, co dla zwykłego przechodnia zazwyczaj pozostaje poza uwagą lub na jej marginesach, u Cichego zostaje wydobyte z całą siłą. Zapis powstańca na murach kościoła, które już za chwilę zostaną otynkowane. Ulotki agencji towarzyskich tańczące na wietrze pod wieżowcem na Chłodnej. Trylinka, bazalt i podkłady kolejowe. Fasady i ogrodzenia. Ogłoszenia na słupie przy parku Dreszera – ktoś sprzedaje ojcowiznę za trzysta osiemdziesiąt siedem tysięcy na miejskiej latarni. Chwasty zarastające torowiska, truchło gołębia, muszka owocówka zafoliowana w pudełku ciastek. Relacja natury i miasta jest zresztą dla Cichego szczególnie interesująca, przy czym jest to zawsze relacja zwrotna, ujęta w sprzężeniu: natura zagarnia niekochane (pozbawione uwagi), nadgryza mury, zarasta przejazdy, triumfuje w miejscach ominiętych spojrzeniem, a jednak jej nieokrzesana siła przegrywa z transformacyjnymi przemianami, industrialnym horyzontem czy przejeżdżającym 191 (krótka historia życia pewnego trzmiela). Awanse i degradacje z krainy natury do cywilizacji czasem jednak ustają i wtedy miasto zastyga w idealnej harmonii, pozwalając nam podziwiać odblaski światła na gałęziach, bawić się w pajęczynki lub oglądać transmisję na żywo ze spadania liści.

Spacer nie odbywa się w takt zwykłego miejskiego czasu. Ludzie, wieżowce i bloki pozostają obok, wzrok nieodmiennie kieruje się w rejony odrzucone lub ku ludziom, którzy podobnie jak narrator z czasu wypadli. Przyglądamy się rozsiewającej zapach mydła dziewczynie we wczorajszym stroju wracającej leniwym krokiem nad ranem do domu (Nie została na śniadanie, ale wzięła prysznic), podchmielonemu cieciowi (Mam emeryturę, ale tutaj się robi dla ludzi i Boga, nie?), kobiecie zbierającej puszki w parku, pani Wiesi w fartuchu w kropki sprzedającej ser wiejski w labiryntach Hali Banacha, panu Henrykowi, zastygłemu w bezczasie sprzedawcy książek. Po panu Tadku został już tylko znicz na przypisanej mu wcześniej ławce obok toru. Jesteśmy uważni i czuli, przypadkowość nie wyklucza miłości.

Cichy podarowuje nam nie tylko swe prozatorskie miniatury, ale oswaja nas ze swoją rzeczywistością, oddaje najskrytsze sekrety, zaprasza do podążania za bardzo prywatnym, intymnym spojrzeniem. W kontemplacyjnej postawie „tu i teraz” dzieli się swoim miastem i uczy nas uwagi, nie starając się jednak ani przesadnie uwodzić, ani nawet kokietować. Bo schemat prężnej, szalonej stolicy nie zostaje tu przełamany w sposób ostentacyjny, przesadnie liryczny czy sentymentalny. Choć pierwiastki te splatają się w lekturze, niebezpieczeństwo pretensjonalności czy płaskiej emocji zostaje skontrowane przez bardzo rzeczową, racjonalną, nierzadko ironiczną obserwację rzeczywistości. Jest w tej prozie też sporo radości, często niemal dziecięcego zachwytu nad danym nam miejscem. Łatwo zarazić się tym entuzjazmem, przyjemnie towarzyszyć w bezpretensjonalnej kontemplacji i poznawać wraz z Cichym kolejne zakręty czasu, przestrzeni i historii. Przede wszystkim jednak chodzi tu o uwagę. A uwaga jest trudną postacią miłości, jak zostajemy pouczeni.

 

Michał Cichy

Zawsze jest dzisiaj

Wydawnictwo Czarne, 2014

Liczba stron: 72