dziwkimorderczynie
RECENZJE | 07.01.2014

Spacer z B (R. Bolaño „Dziwki, morderczynie”)

Wedle legendy to bitnik więziony z powodu chilijskiego puczu z 1973. Potępiony i terroryzowany przez wojskową juntę Pinocheta lewicowy wywrotowiec. Włóczęga po Francji i Belgii, zmarły wskutek młodzieńczego zamiłowania do narkotyków. Roberto Bolaño: mistrz konfabulacji i na pewno świetny pisarz.

Wierzę, że zatracił granicę między literaturą i rzeczywistością. Z tej perspektywy jego proza, gestem paluszka w koronkowej rękawiczce, pięknie kusi. Zmarł w roku 2003 i od tego momentu możemy już do woli bawić się w detektywa i mistyfikować. Możliwe więc, że – jak w omawianym zbiorze opowiadań – spakował drugi, monograficzny numer pisma „Luna Park”, antologię La Poésie contemporaine de langue française depuis 1945 i usadowił się gdzieś na Czarnym Lądzie, gdzie wertuje tę cegłę, w której poezja francuska składa hołd samej sobie, odpala fajkę i mruczy pod nosem: co za sukinsyny.

Dziwki morderczynie (w oryginale nośne Putas asesinas) to drugi przełożony na język polski zbiór opowiadań Chilijczyka. Wydawnictwo MUZA S.A. zadbało, by książka nie umknęła nikomu w natłoku nowości – zdobi ją paraliżująca okładka. Pod pierwszym skrzydełkiem (trzeba je rozłożyć) notka reklamowa o 2666 – powieści uważanej za opus magnum pisarza. Wydaje się, że wydawca – niczym Bolaño piszący właśnie 2666 w trakcie swojego wyścigu ze śmiercią – chwycił byka za rogi. W ciągu trzech ostatnich lat ukazuje się u nas kolejno pięć powieści i dwa zbiory opowiadań pisarza. W roku ubiegłym trzy pozycje. Łącznie w rajdzie brało udział sześcioro tłumaczy.

Fabularnie na dobrą sprawę nic się nie dzieje. Jednostajna, retrospektywna narracja sunie mozolnie strona za stroną. Akcja jest tu raczej relacjonowana niż opowiadana. Zapis poświadczający ciąg zdarzeń to zdawanie sprawy z uczestnictwa w minionym. Ot, samo życie: narrator podejmuje pracę przy warsztatach literackich w prowincjonalnym meksykańskim miasteczku; w Barcelonie (protagonista pisarza) z jakiejś okazji uczestniczy w imprezie u Chilijczyków, a we Francji przeszukuje antykwariaty, natrafia na nazwisko Henriego Lefebvre’a i, wiedziony instynktem, jedzie do Brukseli w poszukiwaniu domu poety. Temu wszystkiemu przyglądamy się zza zaparowanej, knajpianej szyby. Bolaño odpala fajki jedną od drugiej, dużo pije, zagryza iguaną (tak, iguaną) i opowiada o indyjskich burdelach, czarnym koniu podziemnej branży porno początku lat 80. i spotkaniu z Enrique Lihnem. Otacza nas woń przepoconych ciał i jakiś lepki, mięsisty urok. Słowem – nuda okraszona egzotycznym rokendrolem.

Trudno wydobyć kościec z tej kleistej tuszy. Niekiedy, w geście bezsilności, przychodzi bezradnie rozłożyć ręce. Być może taka byłaby intencja Bolaño, który życzyłby sobie, by jego proza nie wabiła możliwością „odkrywania znaczeń”, ale – wedle słów Sontag – przyciągała środkami i istotą.

Dlatego, gdy któryś z kumpli (przypadkiem zauważając okładkę) z przekąsem, z jawnym zadowoleniem zada ci to – w jego mniemaniu – sarkastyczne, choć z pozoru niewinne pytanie: co czytasz?, pozostaje tylko nieśmiało podsunąć mu tekst pod nos i półgębkiem wycedzić: opowiadania, trochę porno. Kapitulacja okaże się zbawienna, bo oto, machając białą chorągiewką, przybijesz Bolaño piątkę.

Trochę porno – ta niefortunna, skonwencjonalizowana zbitka słów okaże się zarówno bzdurnym frazesem, jak i jego antytezą. W Prefiguracji Lalo Cury Bolaño przywołuje rodzinną historię amatorskiej wytwórni pornograficznej i trawestuje przy tym prozę referencyjną w tekst poetycki. Bawi się językiem lirycznym, wyzyskuje go dla opowieści o niskobudżetowych produkcjach i czy na serio podejmuje tę grę, czy kpi (i z czego kpi), trudno powiedzieć (cura po hiszpańsku znaczy tyle, co lekarstwo i… ksiądz; locuraszaleństwo).

Podobnie pisarz pogrywa sobie z kilkoma innymi rejestrami, które przywołuje z nieszczerym pietyzmem, co w konfrontacji z biegnącą równoległe do nich fabułą wymyka się próbom zbornego ujęcia opowiadań w karby krytycznych czy okołokrytycznych ustaleń. Wyzyskuje realizm magiczny, by opowiedzieć, jak pewien hiszpański klub z Barcelony pnie się w ligowej tabeli dzięki jednemu z zawodników, który za pomocą voodoo zapewnia drużynie kolejne zwycięstwa (nie ma pewności co do tego, czy chodzi o zespół z Camp Nou, a poetyka realizmu magicznego potraktowana jest tu z czymś, co z rezerwą określiłbym jako „frywolne mrugnięcie okiem”). W surrealistycznym Powrocie (szyderczy ukłon w stronę Poego?) bohater – niczym Patrick Swayze w Uwierz w ducha – po swojej śmierci jest świadkiem transakcji, której przedmiotem jest jego ciało (zdradzę, że trup z kostnicy wędruje do domu francuskiego projektanta mody).

Przykłady można mnożyć. Bajkowe Oko Silva to ponura i zarazem pastelowa historyjka, w której tytułowy Oko uprowadza dwóch chłopców z indyjskiego domu publicznego, co dla jednego z nich stanowi ratunek przed obrzędową kastracją. Oka stać było na taki gest, bo, jak mówi, poczuł się „matką”. Uciekł więc z przywłaszczonymi dziećmi na odludzie, został rolnikiem i uprawiał mały ogródek. Resztę czasu poświęcał na uczenie chłopców angielskiego, trochę matematyki i patrzenie, jak się bawią. […] Czasami widział, że przerywają zabawę i nagle zaczynają iść polem, jak lunatycy. Wtedy ich wołał. A potem? Potem do wioski przyszła zaraza i obaj chłopcy umarli, natomiast w burdelu, w którym kastrowano kilkuletnich chłopców, pokoje zostały zamienione w mieszkania, gnieździły się w nich całe rodziny. Korytarzami, które zapamiętał jako samotne i ponure, biegały dzieci, takie, co dopiero nauczyły się chodzić, oraz snuli się ledwie poruszający się staruszkowie. Wyglądało to jak obrazek z raju.

Tego typu chwyty można skwitować jednogłośnie: fantastyczność (z fantastyką byłbym tu ostrożny). Oczywiście, ale konieczne jest drobne dopowiedzenie, bo kapitulacja, o której wspomniałem na początku, bez tego uściślenia stałaby się dowodem aporii, a i Bolaño nie byłby znowu takim świetnym pisarzem.

Weźmy Ostatnie zachody słońca na ziemi. Banalna i prawdopodobnie najnudniejsza rzecz, jaką ostatnio miałem w rękach, z pozoru nieruchoma, wypłowiała klisza, podniszczony celuloid, ni to proza drogi, ni kpina w żywe oczy, a przeczytałem raz, drugi…

Paluszek w koronkowej rękawiczce pracuje wolno: raz za razem – to zsuwa ramiączko ze smukłego obojczyka, to znów zakrywa, co przed momentem zdążył odsłonić. Na gruncie literackim Bolaño jest o tyle wywrotowcem, o ile ceni sobie konwencje. Zachęca czytelnika do zabawy, ale nie pozwala mu na konsumpcję. Próba wyjścia poza pewne formuły jest z góry zawieszona, bo istota gatunkowa – czy szerzej: istota konkretnych figur, modeli literackich – mimo wszystko jest w Dziwkach morderczyniach zachowana. Oszczędza się ją po to, by dany wzorzec mógł być ponownie wyzyskiwany i obalany – ale nigdy obalony. Jedynie nieco się go nadszarpuje – tak, że koronki rwą się oczko po oczku, ale siateczka dalej zdobi to, co ma zakrywać. Ktoś powie: blackout, tandetne winietowanie. Bolaño zaśmieje się po barthesowsku: transgresja, domknięcie – to by dopiero była nuda!

Zatrzymana w tym rezerwuarze zostaje także latynoska tożsamość, bo Dziwki morderczynie to przerzucona przez własną biografię literacka kładka. Stąd myślenie podróżującego po Europie inteligenta z Ameryki Łacińskiej stale determinuje chilijska rzeczywistości lat 70. Bohater, mimo żartów tyczących się frakcji „chilijskich bojowników-tułaczy”, zbiorowiska tworzonego przez sieroty tułające się i obycia w świecie zachodniej kultury, mówi wprost: od przemocy, od prawdziwej przemocy, nie możemy uciec, w każdym razie nie my, urodzeni w Ameryce Łacińskiej, w dekadzie lat pięćdziesiątych, którzy mieliśmy koło dwudziestki, kiedy umarł Salvador Allende.

Na ile nie byłby to oklepany konik, tak rzecz ma się u Bolaño. Opowiadania wydane na dwa lata przed śmiercią to dokument schyłku. Pisarz nieuchronnie zmierza ku końcowi. W koronkach, naturalnie, wabi go śmierć, wobec czego B – opieszale, ale konsekwentnie – prowadzi nas do mety. Odsłania karty i zdaje się, że blednie z każdym opowiadaniem, by na ostatniej stronie wylądować w dzielnicy, w której już tylko zmarli wychodzą na spacery.

Roberto Bolaño

Dziwki morderczynie

Tłum. Tomasz Pindel

MUZA S.A., 2013

Liczba stron: 216