twarze depresji
RECENZJE | 30.11.2015

Smutne rozmowy o smutku (A. Morawska „Twarze depresji”)

Ludzie z depresją łatwo znikają – z pola widzenia, z towarzystwa, a w końcu i z życia. Gorzej, jeśli w dryfowaniu ku nicości pomagają im inni ludzie, najczęściej z powodu niewiedzy i stereotypów (bo deprecha to taki większy #smuteczek). I wtedy niezręcznie uśmiechają się do siebie: chory na depresję, bo tak wypada, oraz Miły Człowiek, odganiający smutki zaklęciem Don’t worry, be happy. Póki któregoś cholera nie weźmie. Jednak dzięki kampaniom informacyjnym, powolnemu słabnięciu tabu chorób psychicznych, dostępowi do wiedzy i nieprzeliczalnym aktom Dobrych Ludzi (nie mylić z Miłymi) depresja zaczyna być powszechniej rozpoznawana jako choroba, którą można i trzeba leczyć, a nie osładzać i wypierać na śmierć.

W ten nurt włącza się też książka Anny Morawskiej Twarze depresji – złożona z osobistych rozmów autorki z chorymi i ich bliskimi, z psychiatrami, psychoterapeutami, osobami zaangażowanymi w akcje poruszające temat choroby, a także z tekstów prezentujących różne aspekty depresji. Powiedzieć, że w tych dialogach zawiera się wiele ludzkich dramatów, to jak nazwać cmentarz zakątkiem zadumy. Są w nich nieprzebrane pokłady bezradności, zagubienia, lęku i rozczarowań. Ale także wspomnienia prób samobójczych, długich okresów beznadziei, odrzucenia przez środowisko i innych życiowych tragedii, które depresja wzmacnia i na których żeruje.

Bohaterowie książki znajdują się w bardzo różnych momentach choroby. Niekiedy mimo smutku potrafią już zachować specyficzny spokój, a nawet zdobyć się na wisielczy humor, jak Tomasz Jastrun: Przed laty, kiedy mieszkałem sam, chodziłem po domu i zastanawiałem się, gdzie się powiesić. Co za idiotyczna sytuacja i jakaś tragikomiczna, już wtedy to doceniałem. Uratowało mnie chyba, że usiadłem do komputera, by opisać ten stan. Zaangażowanie w „opisywanie tego stanu” pojawia się w każdej rozmowie. U bohaterów widać ogromną potrzebę zabrania głosu w „normalnym” kontakcie z drugim, słuchającym człowiekiem. Zastanawiające, jak bardzo muszą czuć się niewidzialni. Świadczą o tym szczególnie rozmowy, których Morawska na początku nie planowała. Dotarła nie tylko do osób znanych, ale także tych z najbliższego otoczenia, znajomych, których nie podejrzewała o problemy z depresją.

Często powraca też wątek bezradności – również jako poczucia braku przygotowania, wiedzy i niepewności co do skutecznych dróg walki z chorobą. Niektórzy biorą leki, inni przestali. Wybierają medycynę alternatywną. Chodzą do psychoterapeutów albo już nie, bo uznali, jak jeden z bohaterów: Byłem u kilku i chcieli ze mną pomilczeć przez kilka lat za duże pieniądze. […] Może jestem za mądry, może za głupi, ale mnie milczenie psychoterapeuty nie pomaga. Niejeden czytelnik oceni krytycznie wiele postaw bohaterów, ale nie da się ukryć, że rozmowy oddają polską rzeczywistość, w której można usłyszeć (sprawdzone info) ostrzeżenia przed zażywaniem leków, bo zmieniają osobowość, a w ogóle to tłumią i uzależniają, a rozróżnienie między psychiatrą, psychologiem i psychoterapeutą to wiedza ezoteryczna. Potencjał krytyczny książki jest zresztą o wiele większy, bo sięga ona do innych problemów społeczno-kulturowych. Na przykład słusznie w opowieściach chorych obrywa się szkole „zimnego chowu”, specjalności niekoniecznie tylko polskiej, ale tak umiłowanej i powszechnej w kraju opływającym w klapsy i ich obrońców.

Autorka Twarzy depresji jest dziennikarką i psycholożką (pierwszą praktykę odbywała na oddziale psychiatrycznym Szpitala Bródnowskiego w Warszawie). Wydawałoby się, że ma wszystko, co potrzebne, by pomóc chorym na depresję się wypowiedzieć, a jednocześnie dotknąć tego, co najistotniejsze. Z jednej strony udało się jej pokazać, że ta choroba to problem szeroki – bohaterami rozmów są zarówno znani i rozpoznawani, jak wspomniany Tomasz Jastrun oraz jego żona, Ewa Jasińska-Jastrun, czy Olga Bończyk i Kamil Sipowicz, jak i anonimowi – „Anna”, „pan Arkadiusz” albo „pani A.”. Z drugiej strony, mimo wszystko książka skłania się raczej ku skupieniu na losie znanych i sławnych, przez co paradoksalnie realizuje stereotyp, któremu na okładce zaprzecza: Depresja nie jest wymysłem gwiazd z pierwszych stron gazet. To choroba, która może dotknąć każdego. Ten zarzut odnosi się najbardziej do rozdziału „O krok od depresji”, w którym możemy przekonać się głównie, że Patrycji Markowskiej, Stanisławowi Soyce czy Ewie Kuklińskiej bywa bardzo smutno, ale nie aż tak.

Przygotowanie merytoryczne Morawskiej ma jednak też swoją negatywną stronę. W wielu miejscach pytająca zaskakuje brakiem elastyczności i z rozwijającego się wątku osobistego dramatu nagle przeskakuje na przykład do tematu leków (który bez względu na kontekst uporczywie „wyskakuje” w którymś momencie we wszystkich wywiadach). Takich stałych punktów, niepotrzebnie narzucających ramy rozmowie biegnącej własnym rytmem, jest więcej. Morawską wyraźnie ogranicza również własny język. Niejednokrotnie w jej ustach pojawiają się zwroty żywcem przeniesione z żargonu psychologicznego – a to poucza, że Zgodnie z pięciopoziomową piramidą potrzeb Abrahama Maslowa potrzeby seksualne znajdują się na pierwszym, podstawowym poziomie potrzeb fizjologicznych człowieka, a to informuje, że Anhedonia – tak nazywa się stan wyprania z emocji, czyli poczucia ich braku. W czasie depresji człowiek traci zdolność odczuwania przyjemności. Te objaśnienia może i mają walor edukacyjny, ale w nieoczekiwanych momentach burzą nastrój bliskości i osobistego wyznania.

Systematyczna wiedza psychologiczna jest natomiast o wiele bardziej na miejscu w rozdziałach „opisowych”, poświęconych wytłumaczeniu w przystępny sposób, jak wygląda stan wiedzy naukowej na temat depresji, leków antydepresyjnych, psychoterapii czy polskich uwarunkowań pomocy dla chorych. Wielką zaletą książki jest obecność rozdziału poświęconego problemowi depresji u dzieci. O ile w kontekście dorosłych problem jakoś przebija się do powszechniejszej świadomości, o tyle temat depresji jako choroby dziecięcej pozostaje całkowicie nieznany. Nieco enigmatyczna jest rola rozdziału o „kosztach leczenia depresji w Polsce”, który dla przeciętnego czytelnika raczej nie będzie miał wielkiego znaczenia (i tak mnogość poruszanych wątków sprawia, że książka traci swoją wyrazistość i miejscami nuży). Tym bardziej, że Twarze depresji są adresowane przede wszystkim do ludzi szukających pomocy i udzielających jej w codziennych, bliskich relacjach – stąd zakończenie pt. „Jak zwiększać poczucie szczęścia?”. Ponieważ pytanie postawione w tytule tego rozdzialiku fascynuje od tysiącleci, nie będę psuł niespodzianki informacją, czy Morawskiej udało się rozwiązać postawiony problem.

Mimo pokusy, żeby jeszcze poznęcać się nad literacką stroną tekstu, wolę podkreślić, że takich przestrzeni dla głosów o depresji powinno być coraz więcej. Że dobrze, że takie książki się ukazują. Nie chodzi przy tym o głośne nazwiska. Wręcz przeciwnie, po przeczytaniu Twarzy czuję, że projekt pokazania powszechnego zasięgu tej choroby dalej czeka na realizację. Brakuje tutaj przede wszystkim tych, którzy wcale nie zdają sobie sprawy z tego, że spotykające ich cierpienia to depresja. Jest wielu ludzi, którzy pozostają wykluczeni z samego języka, jakim mówi się o chorobie – języka jeszcze mocno osadzonego w profesjonalnym dyskursie psychologii. To słaba strona upowszechnienia medycznego aspektu ich cierpienia, a jednocześnie problem, z którym Twarze depresji próbują sobie poradzić, ale bez przekonującego sukcesu.

Wymienione braki świadczą mimo wszystko o poszukiwaniach najlepszej formy dla opowiedzenia tego doświadczenia, co w polskiej rzeczywistości wciąż dzieje się wśród napięć. O wiele bardziej ekscytują nas opowieści, które wypychają cierpienie wołające o międzyludzką solidarność poza horyzont. Ich pochodzenie jest bardzo różnorodne, ale wszystkie skłaniają, żeby zacisnąć zęby i pocieszać się wizją osiągnięcia następnego szczebla na drabince rozwoju – ideologia self-made, neoliberalizm, lukrowany świat coachingu czy nawet wrośnięte głęboko w naszą kulturę przekonania o zaświatowej nagrodzie za cierpienie. Ich wspólną cechą jest odebranie sensu, twarzy i głosu jednostkowemu, istniejącemu tu-i-teraz cierpieniu, a jednocześnie systemowe tłumienie frustracji, by utrzymać czystość zewnętrznej konstrukcji. Niestety wciąż cierpią na tym jednostki, chorzy na depresję – w których tłumione oczekiwania, rozczarowania i wkurw zaczynają w końcu pożerać ich samych.

Twarze depresji wciąż trzymają się blisko bezpiecznego, medyczno-instytucjonalnego horyzontu, jednak mimo wszystko są ważnym krokiem na drodze do przełamania tabu depresji. Zwłaszcza przedstawiając osoby z najbliższego otoczenia, lepiej lub gorzej radzące sobie z problemem, Morawska przyczynia się do osadzenia problemu w codzienności i wskazuje jednocześnie, gdzie skierować pierwsze kroki, szukając pomocy. Mimo niedosytu krytycznego spojrzenia na systemowe i kulturowe mechanizmy wypierania choroby lektura na pewno sprawi, że łatwiej będzie depresję rozpoznać, oswoić się z rozmiarami problemu i lepiej zrozumieć życie z czarnym słońcem na horyzoncie.

 

Twarze depresji

Anna Morawska

Świat Książki, 2015

Liczba stron: 447

Michał Koza

Michał Koza

(ur. 1987) – redaktor internetowego czasopisma naukowego „Polisemia”. Doktorant polonistyki na UJ, gdzie im dalej w teorię, tym jest mu lepiej. Lubi oglądać to, co niepokoi albo nie jest zbyt poważne, słucha rzeczy przewiercających, często dryfuje w nerdowe strony. Najczęściej i tak czyta. Siewcoentuzjasta memów, batmanów i Twin Peaks.