popmoderna_HATE_2
ROZMOWY, WYWIADY | 10.02.2014

Smog, smutek, płomienie („Smutne Miasto Kraków”)

Dwa krwawe światła na morzu. Dwa krwawe słońca, w których dwie

wieczności się stopiły: – to Twoje oczy…

(S. Przybyszewski, Rapsod pierwszy)

To podejrzane, jeśli tekst o popmodernowym sznycie zaczyna się od cytatu z Przybyszewskiego, a w dalszej jego części niesie się tylko gorycz, płacz i cierpienie. A przede wszystkim: Kraków – smogiem spowite miasto smutku, niespełnienia, melancholii… Tak, to na pewno zaboli (by krwawo zrymować), wyrwie serce czytelnikowi, kiedy zobaczy on, jak straszliwym jest świat między mariacką wieżą a nowohuckimi kominami. I wcale nie malutki jak jajko w listowiu wyjęte z rondla farby na Wielkanoc, jak w Miłosza Pięknych  czasach, choć czasem jeszcze tędy wciąż w pelerynach kroczą poeci, których nazwisk nikt nie będzie pamiętał. Bo ostatecznie wygrywa zawsze rozpacz, lament i kurtyna mroku, która przysłania wszelką nadzieję. Dziś nie będzie inaczej – piszą samotne panie, zimą, o poranku, w swoim fejsbukowym raptularzu.

Już ponad cztery tysiące serc spowitych bezsensem udało się podbić dwóm dziewczętom, które założyły przesycony szarością fanpejdż Smutne Miasto Kraków. A działalność ich jest skromna i subtelna, bo ogranicza się (póki co) jedynie do wklejania zdjęć, udostępniania utworów muzycznych oraz, przede wszystkim, opatrywania ich mrocznymi, skrajnie pesymistycznymi komentarzami. Autorki fanpage’a, które bez głębszych motywacji (za to w głęboko fatalnym nastroju) stworzyły sobie taki oto mroczny zaułek internetu, wolały pozostać anonimowe, choć ich personalia mogą być znane stałym czytelnikom naszego portalu.

smutnemiasto4

fot. Mateusz Martyna

K.J.: Przybliżcie, drogie panie, czytelnikom Popmoderny, czym jest Smutne Miasto Kraków?

E.K.: To bardzo proste. Myślałam o tym od bardzo dawna. W ogóle, nawiasem mówiąc, byłam zdziwiona, że w przestrzeni Facebooka nie istnieje coś takiego jak Smutne Miasto Kraków. Odkąd tu studiuję, nazywałam to miasto smutnym miastem albo miastem smutku. I myślę, że jest to świat na tyle melancholijny, przesiąknięty jakąś taką… blazą?… czy też rezygnacją, a nawet być może specyficzną ciemnością płynącą z głębi ludzi. Nie ma chyba drugiego takiego miejsca. Jest ono nie tyle konwencjonalnie mroczne, co po prostu zrezygnowane.

U.P.: Zdecydowanie zawsze miałam podobne odczucia, nawet gorsze, ponieważ mieszkam tu od urodzenia, i to zwyczajnie się we mnie kumulowało przez te dwadzieścia kilka lat. Ten hermetyzm, ciągłe spotkania z tymi samymi ludźmi, w tych samych miejscach, rozmowy na powtarzające się po wielokroć tematy…

E.K.: …i ogólna stałość miejsc, które się ciągle powtarzają…

U.P.: …i nic z tego nie wynika, prócz stałości.

[W tym momencie w głośniku poeta Świetlicki rzekł: któregoś dnia rzeką Wisłą przypłynie statek piratów o pięciu masztach, dwudziestu armatach i rozmówcy napełnili szklanki rumem z colą czarną jak sadza. Jako redaktor siedziałem, pytałem i piłem, a panie, niczym szkarłatne syreny, opowiadały]

E.K.: To wszystko tak naprawdę wynikało z mojej osobowości, mi ogólnie zawsze jest smutno, a na Facebooku denerwują mnie fanpejdże, które zupełnie tym się nie zajmują. Brakowało mi po prostu czegoś takiego, bym rankiem, logując się, pomyślała z rozkoszą: no, w Krakowie to jest smutno.

U.P.: Kiedy Ewa napisała do mnie dwa tygodnie temu z ową wizją, pomyślałam, że podobna działalność może być świetną okazją do odparcia stereotypu Krakowa jako miasta kultury, miasta, gdzie coś się dzieje, raju dla turystów.

E.K.: W oczach turystów Kraków w ogóle jest cyrkiem na kółkach, z Wawelem i Kościołem Mariackim na czele, takie kolorowe miasteczko, z którego zawsze można czmychnąć do równie kolorowych krain, typu Wieliczka, Zakopane i, niestety, Auschwitz-Birkenau. Nie ma się co okłamywać – oni tak to kolorowo widzą. A przecież to po prostu [przechyla szklankę, łyka rumik duszkiem] smutne miasto.

U.P.: Dokładnie, wystarczy przejść się po knajpach, w których czas spędzają aktorzy, studenci, jacyś ludzie starszego pokolenia, biznesmeni, wykładowcy uczelni. Wszyscy są tak samo smutni! [przechyla szklankę również, również duszkiem łykając]

smutnemiasto2

fot. Jakub Włodek

K.J.: [z opróżnioną szklanką] Osobiście pomyślałem, że powodzenie waszego fanpejdża polega na tym, że kompromitujecie Kraków jako konwencję. [polewa wszystkim]

E.K.: Trochę tak jest, to znaczy sama idea, która w nas wyrosła, nie była tyle krytyczna, ile performatywna. Podchodzimy do naszego profilu ironicznie pod tym względem, że jest on skrajnie wtórną kalką, ale również karykaturą odwiecznej opinii Krakowa jako miasta artystów, Przybyszewskich, Boyów-Żeleńskich etc.

U.P.: Oni zresztą też mieli bekę z tego.

E.K.: No tak, po prostu podchodzimy do wszystkiego bardzo sceptycznie.

K.J.: Ale w estetyce przesytu albo raczej przesady.

Obie: Tak, zdecydowanie. [sącząc rum powolutku, aczkolwiek coraz szybciej]

K.J.: Skoro, drogie panie, dotarliśmy do wątku przesytu, przyznam szczerze, że kiedy pierwszy raz zobaczyłem wasz profil, pomyślałem: w końcu jakiś barok na fejsie. Domyślam się, że w waszej perspektywie mocniej figuruje (nawiązująca do baroku) stylistyka młodopolska, jednakże czytając notki, identyfikowałbym wasz styl jako postbarokowo-secesyjny, co oczywiście jest taką przesadą, jaką lubicie.

E.K.: Rzeczywiście, chodzi o to, by kultywować wyświechtany pesymizm, który nie nadaje się zupełnie do prezentacji publicznej. Nie do końca go ośmieszamy, na pewno dużo z niego czerpiemy.

U.P.: Zauważyłyśmy jednak, że dużą karierę wśród zdjęć robią uwiecznione gołębie. One muszą mieć w sobie największy ładunek melancholii. [śmiejąc się, popija rum]

E.K.: I ta mroczna architektura!

U.P.: Wręcz bardzo mroczna architektura, która sama w sobie jest przerysowaniem.

K.J.: Owszem, sam kiedyś ułożyłem z kolegami piosenkę o refrenie małopolskie gołębie żyją w swoim tempie… [zadowolony z siebie wypija rum duszkiem, po czym zerka po szklankach]

E.K.: Na pewno nie da się zupełnie odejść od stylistyki młodopolskiej, gdyż sam centralny Kraków właśnie taki jest. Nasza działalność jest w 40% młodopolska, zwłaszcza kiedy wpisujemy w Google „Kraków mgła” czy „Kraków bohema”.

K.J.: Ale chyba czujecie w tym wszystkim silną autoironię? [leje rum do szklanek, stukając szyjką o krawędzie]

U.P.: Oczywiście, ale to jest na tyle nośne w tym mieście…

K.J.: …że być może nie do końca widzą ją inni?

E.K.: Tak, bo przecież Kraków jest do bólu młodopolski.

[Podczas krótkiej przerwy, gdy panie nabrały chęci na papieros, zacząłem snuć rozmyślania o wszystkich zapuszczonych krakowskich pokojach, w których co chwilę pada westchnienie adresowane w stronę Wawelu, westchnienie tak subtelne, że niewątpliwie rozrzedzające mgłę zanieczyszczonej atmosfery miasta. Myśli krakowianina są niczym rosa przedzierająca się przez warstwę ołowiu. Ubrane w znoszoną elegancję, przypominają światu o zapomnianej perspektywie wdzięku. Słysząc stukot damskich obcasów, wróciłem do doczesnego świata]

smutnemiasto3

fot. Artur Adamiec

K.J.: Czyli właściwie uważacie własną działalność za działalność literacką?

U.P.: Przemycamy tam różne akcenty, to jest bardziej kwestia odbiorcy, jak to uchwyci. Na pewno literatura najbardziej nas inspiruje.

K.J.: No właśnie, pamiętam nawet, że czytając wasze wpisy, pomyślałem o jednym fragmencie z Gombrowicza, z jego Wspomnień polskich, gdy mówił o Krakowie jako cennym sygnecie strzeżonym w chłopskiej chacie z pokolenia na pokolenie i już nie wiadomo w ogóle, skąd on się tam wziął. Dlatego w Smutnym Mieście Krakowie bardzo interesuje mnie Nowa Huta, a wiem też, że autorka Ula pochodzi stamtąd.

E.K.: Nowa Huta jest wysypiskiem naszych inspiracji, tylko musimy ją dawkować. Gołębie oraz zabytki Krakowa wzbudzają wciąż, o dziwo, największe zainteresowanie. Chociaż gdy zamieściłam zdjęcie z Nowej Huty z ptakami, wszyscy się zachwycili. Może to dobre połączenie?

U.P.: Ja, z racji tego, że się tu urodziłam, mam wrażenie, że znam całe miasto i nie mam ochoty poznawać go na nowo [z nutą agresji wypija pełną szklankę rumu, zostawiając maleńką ilość na dnie].

E.K.: Ale na przykład bardzo ciekawym i przez wielu nieznanym miejscem jest choćby Pałac Łobzowski [podobnie dopija rum, jakby dusza jej przygrywała akord duszy Uli].

[W tym momencie nastąpiło ogólne rozprężenie. Z głośników wybrzmiewał Joy Division, a całe towarzystwo skupiło się na komentowaniu wspaniałości poszczególnych piosenek. Rum powoli się kończył. Za oknem biała łuna przypominała o nadchodzącej katastrofie].

U.P.: Nowa Huta wydaje mi się podwójnie smutna jako niezrealizowana utopia. Wiele jej budynków aspirowało do rozmaitych estetyk, które miały pomieścić się w głębokim worku socrealizmu.

K.J.: Tu też mieści się swoisty przesyt, ale właśnie przesyt socrealistyczny… Bardzo ciekawe są u was te postapokaliptyczne wątki, często splatające się z Nową Hutą i innymi mrocznymi miejscami Krakowa. Można odnieść wrażenie, że ten mniej znany Kraków byłby świetnym materiałem na kasowy film science fiction!

E.K.: Ależ oczywiście! [dopija resztkę rumu na dnie] Aż dziwne, że nikt dotąd się tego nie podjął. W ogóle obcowanie z Nową Hutą jest specyficznym przeżyciem, to przecież zupełnie inne miasto, zupełnie odmienne.

K.J.: Jakie jeszcze inne zakątki Krakowa mogłybyście polecić?

U.P.: Na pewno Prokocim i rejony Płaszowa.

E.K.: Tak, to jedne z najmroczniejszych dzielnic Krakowa!

U.P.: Na Prokocimiu znajdziemy ponoć nawiedzony dom…

E.K.: Tam w ogóle jest strasznie. Nie tylko dlatego, że roztacza się nad wszystkim aura przygnębienia, która dopada każdego, kto tam przyjedzie. Te blokowiska i poustawiane peryferyjnie domy wyglądają jak wymarłe, opuszczone miasto… ale nie do końca! Kojarzę to nieco z kafkowskim uwikłaniem w instytucję. Domy wokół szpitali i bloków są po prostu zagubione jak ludzie wobec systemu. Bronią się wręcz ostatnim tchnieniem, choć wiadomo, że z czasem zostaną zburzone.

K.J.: Podobne Prokocimowi rejony chyba ogólnie są efektem chaotycznego rozwoju miejskiej aglomeracji?

U.P.: Zdecydowanie tak. Analogiczny los spotkał Zakrzówek, miejsce zakorzenione w tradycji życia krakowskiego jako… po prostu kąpielisko, teren wypoczynkowy. Jest to jednakże teren wojskowy, gdzie nikt i nic nie jest chronione, wobec czego sama przyroda ulega zwyczajnemu zapuszczeniu. A wokół rozrastają się blokowiska.

smutnemiasto1

fot. Katarzyna Zielińska

[Kiedy pierwsza butelka rumu poszła w zapomnienie, trójgłos o Krakowie zaczął nabierać coraz bardziej emocjonalnych akcentów. Z każdą minutą tradycyjny płaszcz wzniosłości, w jaki odziewa się na ogół to miasto, tracił na uroku na rzecz kosmo-ortalionowej kurtki nowohucko-prokocimskiej nowoczesności, na której błyszczał napis HATE, choć nie wiadomo, w jakim kolorze. Już nieco zbyt wiele uwagi poświęcałem najmniejszej cząstce, jaką przedstawiały mi rozmówczynie, przez co składałem wszystko w trochę tandetny, połyskliwy melanż. Niewątpliwie Nowa Huta pożerała maleńkie, lecz monumentalne oblicze Krakowa właściwego oraz Kazimierza. Myśląc o nadchodzącej butelce rumu, słuchając zimnofalowej muzyki, nasza dyskusja stawała się coraz bardziej poszukiwaniem skrycie podszeptującego, krakowskiego industrialu. Analizowaliśmy paradoks mieszkańców peryferii smutnego miasta, którzy w poszukiwaniu odrobiny radości jadą do śmiesznej, koloryzowanej kolebki. Zupełnie nie po drodze był nam rynek z Sukiennicami, w aurze naszego trójporozumienia leżała całkowita transformacja tego skansenu, każdym skojarzeniem staraliśmy się po prostu pożreć tę czerwoną dżdżownicę z cegły…

Wracając do świata, zapytałem na koniec]

K.J.: Jakie są wasze dalsze plany w związku z tą działalnością?

E.K.: Myślałyśmy [śmieje się] o „pododdziale” naszej głównej strony, czyli o stworzeniu Spotted: Smutek. Przyszło nam również do głowy stworzenie cyklów tematycznych dla fotografii, ponieważ dostajemy ich bardzo dużo.

U.P.: Na razie kariera strony zaskoczyła nas tak bardzo, że nie wiemy do końca, co z tym zrobić. Jesteśmy jednak otwarte na różne propozycje.

K.J.: Doskonale, dziękuję zatem za miłą rozmowę, a raczej kontemplację smutku, i życzę powodzenia w rozprowadzaniu rozpaczy po ludzkich duszach. Tymczasem, trzeba iść po ratunek.

E.K.: Racja.

U.P.: No to w drogę…

W tym podłym mieście rozpaczy, nie pozostaje nic innego niż poddać się bez walki defetyzmowi i rozgoryczeniu. Melancholijne refleksje przy kieliszku pełnym procentów są jedyną iluzją ratunku, z której pozostaje nam skorzystać w dzisiejszym dniu. Wszystkie drogi prowadzą do Końca.

Konrad Janczura

Konrad Janczura

(ur.1988) - akademicki rozbijaka o różnorakiej opinii. Lubi książki i muzykę, pisze naraz o jednym i o drugim. Autor opowiadań, w Ha!arcie prowadzi cykl "Kresy nie istnieją".