gauger
RECENZJE | 24.11.2014

„Smak krewetki był wyjątkowo mdły” (S. Gauger „Nie to/nie tamto”)

Z ręką na sercu przyznaję, że to najciekawszy debiut, jaki ostatnio czytałem. I chcąc nie chcąc, już w trakcie lektury zastanawiałem się, jak zareaguje na niego krytyka. Do głowy przyszedł mi przemiły obrazek, właściwie to wspomnienie Wacława Grubińskiego, który o obradach jury mającego przyznać nagrodę „Wiadomości” dla najlepszej polskiej książki wydanej na emigracji w 1958 r., pisał: Kiedy Kazio Wierzyński zawołał bachicznie, że „Hłasko nie wypadł sroce spod ogona!”, kiedy się do mnie zwrócił z chevalierowskim uśmiechem i orgiastycznie zakrzyknął, żebym z nim razem głosował na Hłaskę, czyliż mogłem odmówić przyjacielowi z lat dawnych, jego prawie dziecięcych, moich solidnie młodzieńczych?

Pomogło, bo ostatecznie Hłasko zgarnął te 100 gwinei (lub, zamiennie, 250 funtów szterlingów). Wyobraźmy sobie podobną scenkę (godząc się na fakt, że Wierzyńskiego może i nie zawsze powinno się traktować poważnie), w której w roku 2015 za kulisami wielkiej nagrody literackiej – dajmy na to – Dariusz Nowacki, z werwą, sztubackim gestem, wymachując rękami, wykrzykuje do – powiedzmy – Przemysława Czaplińskiego, by ten razem z nim oddał swój głos nie na Julię Hartwig lub – bo nie wiadomo, co gorsze – Patrycję Pustkowiak, ale na tę skromną książeczkę Gaugera, wydaną ubiegłej jesieni w niszowym wydawnictwie. Publiczności czytającej byłoby równie miło jak Grubińskiemu przed pięćdziesięcioma laty.

Nie to/nie tamto, jak zapewnia nas wydawca, jest debiutem  Gaugera „po polsku”. Pierwotnie opowiadania zostały napisane po angielsku i następnie z pomocą tłumacza – co podkreśla z kolei autor – nie tyle co je przełożono, ale napisano na nowo.

Mam wrażenie, że Gauger nieco się kryguje, bo sam zaciekle tłumaczy na angielski polskie – według niego niesłusznie zapomniane, niemalże światowego formatu – teksty: do tej pory były to m.in. dzieła Jasieńskiego i Ficowskiego. Dlatego też podejrzenie o przesadną skromność wydaje mi się jak najbardziej na miejscu. Tym bardziej że opowiadania ze zbioru Nie to/nie tamto pozbawione są jakiejś przesadnej i męczącej, skądinąd chyba charakterystycznej m.in. dla polszczyzny (a z pewnością dla naszych prozaików) rozwlekłości. Tutaj mamy precyzyjną językową żyletę, podaną z wystudiowaną, nierzadko papierową elegancją, i – co cieszy szczególnie – świetne (a przecież banalne), wciągające fabuły, np. opowieść o odwadze w stawianiu spraw jasno, w której poznajemy profesora Calvina Ruthersa, zamierzającego dowieść, że bujdą jest, jakoby historia miała kołem się toczyć, lub przypadek bezprecedensowego, trwającego już trzeci rok procesu, w którym niejaki McQuade pozywa nieżyjącego już przyjaciela, Leroya Ginleya, o gorszącą nierozważność – Ginley, popełniając samobójstwo, postąpił niezwykle pochopnie, bo koleżeńskie, ale nie zażyłe stosunki z McQuade’em powinny go od tego nieszczęsnego pomysłu odwieść lub przynajmniej pomóc w podjęciu głębokiej refleksji nad tym, co też ostatecznie może znaczyć odebranie sobie życia.

Opowiadania z pierwszej części książki, przeplatając się, domykają nam całą historię i w gruncie rzeczy czytelnik bawi się przy tym świetnie, a jednocześnie – że się tak wyrażę – w żywiole metafory nie domyka się tu nic, a raczej jedynie to enigmatyczne NIC nam pozostaje, z czego, jak przypuszczam, jest o wiele więcej pożytku niż z niejednej traumy, posttraumy, postpamięci i czegokolwiek jeszcze, w czym babra się nasza proza (a przy czym, co gorsze, cholernie nudzi). W Nie to/nie tamto zostajemy z tym skromnym naddatkiem, bez którego książka, ze wszystkimi swoimi fajerwerkami, byłaby jak wata. Moja książka jest czarną komedią, ale absolutnie poważną – dobry przykład rzetelnego i prawdomównego blurba (o ile może nim być zdanie samego autora wydrukowane na okładce jego własnej książki).

To NIC, z którym pozostawia czytelnika Gauger, ma jasno wytyczone granice i, jak sądzę, wpisuje się w projekt, który (w) naszej literaturze kreśli nie kto inny, jak Michał Paweł Markowski, wywodząc ją z/wiodąc do egzystencji. W karykaturalnych postaciach Gaugera przede wszystkim pulsuje krew, a przeróżne rekwizyty, jakimi się posługują i niedorzeczności, jakim stawiają czoła, mają za zadanie bronić tezy, że książek nie powinno kończyć się zdaniami typu jedyne, co nam pozostaje, to próby odnalezienia jakiegoś sensu we wszystkich naszych cierpieniach, ale raczej ujmować sprawę tak, jak narrator, który w finale skreśla powyższe i zastępuje je prostym smak krewetki był wyjątkowo mdły.

Wracając do sceny zza kulis – wyobraźmy sobie, jak któryś z krytyków – może Franaszek? – teraz namawiany już przez Nowackiego, rozciera spocone dłonie, bo czuje na sobie wściekłe, karcące spojrzenia – na przykład – Mariana Stali, ale jednak, mimo wszystko, mlaska z uznaniem i od czasu do czasu rzuca: No tak, znać, że to dobry fechtmistrz, niezwykle osłuchany z polszczyzną, choć Kanadyjczyk.

I następnie grono krytyków mogłoby zacząć analizować pierwsze zdanie z Gaugera, przypominając sobie którąś z wypowiedzi Jerzego Pilcha, przekonującego, że to właśnie pierwsze zdanie jest dla książki kluczowe. Kto w naszej prozie – myślałby Czapliński – odważyłby się rozpocząć książkę w ten oto sposób: W sobotę rano wybrałem się z żoną do parku, który obydwoje lubimy z powodu białych kwiatów i okazjonalnych wiewiórek? Więcej: kto by dalej tkał niedorzeczną fabułę, w której podczas niedzielnego spaceru żona dostrzega niepokojącą narośl na szyi męża, a ten, zakłopotany, już w publicznej toalecie, wygłasza kwestię: Odgłosy wystrzałów nagle ustały [nieopodal znajduje się strzelnica], dało się słyszeć brzęczenie jarzeniówek, i tam, w tej łazience, zrobiło się niesamowicie cicho, powiedziałbym nawet, z ł o w i e s z c z o a w kolejnych partiach opowieści jest już tylko zdolny rejestrować postępujący rozpad małżeńskiej więzi (Podczas posiłków, którym w tamtym czasie towarzyszyła krępująca cisza, chichotałem czasami do siebie i stwierdzałem: to niedorzeczne, diablo niedorzeczne!) i zdawać relację ze swoich lekturowych fascynacji: kolejno Deformacjami twarzy i szyi oraz Holokaustem na koloryzowanych fotografiach.

Znęcam się nad naszą biedną, niemalże z brązu odlaną krytyką, ponieważ szkoda mi tej książki, która prawdopodobnie nie wzbudzi żywego zainteresowania, bo żadna tuza krytyki literackiej nie wspomni o niej choćby słowem. A jeśli nawet z poczucia obowiązku przejrzy kilka kartek, to się do tego nie przyzna.

Ziemowit Szczerek w nośny sposób porównuje opowiadania Gaugera ze światem, jaki znamy z piosenek Nicka Cave’a i z naszych „anglosaskich wyobrażeń”, jakie wysnuwamy na jego temat. I może rzeczywiście, gdyby szukać sieci odniesień i pierwowzorów, należałoby zacząć gdzieś od opowiadań Henry’ego Jamesa, z pasją zaglądającego pod podszewkę międzyludzkich relacji. Z drugiej strony, lepiej niż XIX-wieczny realizm bostończyka, posłużyć mógłby… barok, ze wszystkim dekoracjami, konceptami i skrajnościami. Wszystko to oczywiście z mocnym postmodernistycznym sznytem, pisane w pełni świadomie i kipiące od przeróżnych smaczków, np. intertekstualnych: tytułem i formą Gauger odsyła do Kierkegaarda; druga część książki przywodzi na myśl Matkę Joannę od Aniołów, choć trudno tu o jakąś paralelę, sięgającą dalej niż poza fabułę; stylistycznie tych kilka tekstów stanowi elektryzującą mieszankę przeróżnych rejestrów i mnóstwo tu perełek, o które trudno posądzać kogoś, kto nie jest na dobre zanurzony w polskiej kulturze. Z drugiej strony, pomysłowa opowieść, ujęta w klamry, nie rozsypuje się i nie razi tandetą. I może najważniejsze: Gaugerowi daleko od cynicznych egzemplifikacji jakiegokolwiek projektu (społecznego, artystycznego etc.). Jedyne założenie, jakie zdaje się mu przyświecać, ogranicza się do przypadłości, jakiej poddawani są/poddają się jego bohaterowie, a na którą zapadają wszyscy ci, którym od literatury do egzystencji jest niezwykle blisko.

W finale pierwszej części książki bohater, który szczęśliwe pozbył się szyjnego defektu, zaczyna czytać jedną z Legend polskich, której lekturę, w kolejce do lekarza, zaleciła mu tajemnicza wariatka, Pani Krasińska. W przedmowie do Ojca Mrowczyka i diabła, angielski tłumacz tej baśniowej historii, Vernon Duckworth, przekonuje, że W Polsce na sto sposobów można powiedzieć „poczekajmy cierpliwie, aż to się skończy”, przy czym istnieje tylko jedno, zapożyczone oczywiście z angielskiego, określenie happy endu. A i to przeważnie wypowiadane jest z szyderczym uśmiechem. Nawet jeśli u Gaugera rzecz nie kończy się happy endem, to nie ma powodu, by optymizm, towarzyszący wydaniu jego książki, jeździł na czarnym koniu. Krytyka krytyką, bo zdrowe poczucie humoru, którym Gauger zachęca do dobrej zabawy, ale i zmusza do wysiłku, broni go dzielnie.

 

Nie to/nie tamto

Soren Gauger

Korporacja Ha!art, 2014

Liczba stron: 256