popmoderna-zawieszenie

Popmoderna | „Skandal nigdy nie był wliczony w ryzyko”. Wywiad z Joanną Lech
jl2
ROZMOWY, WYWIADY | 30.05.2016

„Skandal nigdy nie był wliczony w ryzyko”. Wywiad z Joanną Lech

 Po ostatnim koncercie The Stubs przypomniało mi się, że mam umówiony wywiad. Znając życie, przełożyłbym to, bo po dobrym koncercie rockowym zawsze maluje się tyle wspaniałych perspektyw… Ale ponieważ przeprowadzić miałem wywiad z piękną poetką, nie mogłem sobie odmówić tej przyjemności i udałem się prędko do Pięknego Psa, gdzie poetka czekała już na mnie przy wejściu (wraz ze zgrają swoich fanów). Usiedliśmy przy stoliku, zamówiliśmy piwo i zaczęliśmy, ekhm, krakowską rozmowę.

Konrad Janczura: Droga Joanno, twoi czytelnicy dostają w tym roku dwa literackie figle: swoisty b-side z twórczości poetyckiej, czyli tomik Trans, oraz pierwszą w karierze powieść Sztuczki. W ten sposób wynagradzasz im kilka lat przerwy w publikowaniu dłuższych form. Skąd to przebudzenie?

Joanna Lech: Proszę, nie nazywaj moich dzieci figlami.

To prawda, było kilka lat obsuwy. Nie nazwałabym tego jednak przebudzeniem, bo wcale nie zasnęłam. Zwyczajnie: książki długo kurzyły mi się na dysku, ciągle coś poprawiałam, potem krążyły po wielu redakcjach, zanim w końcu doczekały się druku. To zupełny przypadek, że pojawiają się naraz. I to też nie było tak, że po nominacji Nawrotów do Nike niczego nie pisałam. Inaczej: nie pisałam niczego na siłę, ta forma trochę mi się wyczerpała, dwupak książek zamknął cały temat
i czekałam z nadzieją, że może wybije nowe źródełko. A w międzyczasie pisało się dużo prozy, cały czas publikowałam w pismach literackich i antologiach krótkie formy, opowiadania, no i oczywiście wiersze. To nie była „dziewczynka na nieustających wakacjach”, to raczej pech wydawniczy.

Jak to, wydawnictwa nie chciały trwałej współpracy z tak utytułowaną poetką?

Chciały. Było kilka poważnych ofert, nawet od wielkich oficyn, ale z różnych względów nie wynikła z tego publikacja. Ostatecznie miałam jednak to szczęście, że mogłam wybrać wydawnictwo, które dba o swoich autorów i o poziom publikacji, które wydaje, a nie tylko o liczenie srebrników.

13124523_966852116697415_4237079068030668553_n

No dobra, wróćmy zatem do teraźniejszości. Sztuczki dopiero wchodzą na literacki rynek, tymczasem Trans zebrał już kilka pozytywnych recenzji. Mówi się o odważnie wyrażonej intymności, którą też podkreśliłaś świetnie dobraną, rockandrollową playlistą. Można by powiedzieć, że napisałaś coś ultra młodzieńczego. Miłość, muzyka, ostre przełamywanie tabu. Czy tak to właśnie było? Trans jest wyrafinowanym, młodzieńczym zrywem?

„Miłość, wiersze & rock and roll” brzmi fajnie, jednak nie wydaje mi się, żebym wyraziła w ten sposób coś szczególnie odważnego i odkrywczego. Stawiam na szczerość – tak, ale nie sądzę, żeby było to specjalnie odkrywcze. Nie ma w tym, moim zdaniem, specjalnego szaleństwa, które mogłabym sobie przypisać, ani tym bardziej zawartej w nim metody. Najprościej rzecz ujmując: poszło wszystko, co leżało na wątrobie, a co trzeba było z siebie wypisać. A nad skutkami się raczej nie zastanawiałam. Pewna bezczelność wynika tu bardziej z głodu, niż z jakichkolwiek porywów. Po prostu wiersze piszą się same, to wszystko.

To chyba po prostu ten wyjątkowo sugestywny „język miłości”, poetyka zbliżenia. Coś, co w polskiej poezji rzadko się udaje, bo sam polski język nosi w sobie znamiona wielu lat śmiesznej, sielskiej pruderii. No i zero zapachu prowincjonalnych bibliotek, z którymi często kojarzy mi się rodzima poezja.

Chyba nie czytamy tych samych książek, bo ja znam co najmniej kilka, jak to określiłeś, „odważniejszych” w porywach. Zażartowałam kiedyś, że tak naprawdę napisałam książkę o polskich współczesnych tańcach towarzyskich. Samo tak wyszło. A i w tańcu, i w miłości nie ma miejsca na skromność. Zwłaszcza, jak już się zatracimy w transie. Poza tym, jeśli nie możemy być uczciwi względem samych siebie i w swoich tekstach, to gdzie indziej możemy żyć? Tak to widzę. A poezja taka powinna być: zachłanna i intensywna, i tak właściwie to nie rozumiem, dlaczego miałabym się czegokolwiek wstydzić. Skandal nie był nigdy wliczony w ryzyko, o!

Wydaje się, że polskie środowisko poetyckie po prostu jeszcze nie obudziło się po śmierci Brulionu i wypełnione jest całą masą, z jednej strony, pruderii, z drugiej, konwencyjnych anachronizmów. Jakimś wyrazem tego jest życie na twoim fejsbukowym profilu, który komentują zarówno wyrafinowani „puryści”, wulgarni „burzyciele i po prostu zwykłe „chłopki-roztropki”. Stał się on zresztą dla ciebie świetnym narzędziem promocyjnym. Jak udało ci się to osiągnąć? Tyle lajków, tylu znajomych, tylu followersów.

Boże mój, nie wiem. Przecież nie mam większego wpływu na to, kto i gdzie mnie obserwuje. Fajnie jest, gdy ktoś mi czasem napisze, że śledzi mnie ze względu na dobre rzeczy, które tam puszczam. Ale też prawda, że jakoś specjalnie o to nie zabiegam. Zwyczajnie nie mam czasu. Nie siedzę, nie znam się, nie bywam. Trzymam kontakt z garstką znajomych, bliższy lub dalszy, na główną stronę fejsbuka zapuszczam się z rzadka.

Lubię myśleć, że wrzucam to, co uważam za warte szerowania, spamuję fajnymi piosenkami itd., ludzie to łapią, roznosi się.

Ale co do followersów, do dziś pamiętam, jak znajomy, który zresztą m.in. namówił mnie na social media, powiedział: „A teraz pomyśl, że siedzimy tu przy stoliku, pijemy sobie, gadamy, jest miło, a tymczasem za tymi szklanymi drzwiami stoją jacyś obcy ludzie i pokazują uniesione kciuki. Zaraz pójdziesz do domu, a wyobraź to sobie: sto tysięcy ludzi pójdzie za tobą ulicą”. Czy to nie jest przerażające? Otóż: jest to wszystko dla mnie głęboko przerażające.

jl1

No właśnie, mówisz, że nie byłaś biegła „w internetach”, a teraz chyba stały się one zasadniczym elementem twojej codzienności?

Tak, wciąż pamiętam, jak bardzo opierałam się przed założeniem profilu. Zrobiłam to w końcu tylko dlatego, że wszyscy znajomi i życie literackie przeniosło się już dawno z portali literackich na te fejsowe tablice, ale wcale nie uważam tego za dobre miejsce do osiedlenia. Jest to jednak pewna konieczność, jeśli chce się jakoś w tym życiu społecznym uczestniczyć. Tak samo, jak posiadanie komórki. Chorobliwie boję się dźwięku dzwoniącego telefonu i zdarza mi się go raz na jakiś czas wyłączać. Tak samo jest z fejsbukiem. Staram się ograniczać sobie dostęp, odcinać, nie szastać prywatnością. Jednakże teraz już nie pamiętam, jak wyglądało życie bez zasięgu wi-fi.

Jesteśmy z pokolenia, które musiało się tego nauczyć. Dzielenie się tą intymnością, zwłaszcza w necie, na taką skalę, to wszystko w pewnym punkcie wciąż było nowe, ale całkiem łatwo w to wsiąkliśmy. Zaczynam się zastanawiać, jak się czują ludzie, którzy od urodzenia niemal poruszają się w rzeczywistości, w której bariery całkiem zanikły.

Oprócz niezwykle popularnego profilu fejsbukowego, powszechnie znana jest twoja aktywność na Tinderze (Shit people say to Joanna), a także obszernie komentowany przez męską publiczność profil na Instagramie. Często są to dosyć ordynarne komentarze, których nie zbywasz jakoś szczególnie ostro. Powiedziałbym, że wielu twoich fanów nawet nie wie, że jesteś poetką. Jak to odbierasz? Cieszy cię to czy też załamuje?

Ależ Instagram to zupełnie inna bajka. Jest tam, z założenia, zbieranina mniej lub bardziej przypadkowych użytkowników, którzy lajkują kolorowe obrazki, które akurat gdzieś im się tam wyświetliły. Nie określiłabym ich mianem „fanów”. Zresztą, wrzucam tam głównie tzw. fotografie miejskie, więc nie rozumiem, skąd ludzie mieliby wiedzieć, kim jest osoba, która je zrobiła. Po co? Tinder jest za to miejscem, które niebywale mnie fascynuje. Nie tylko pod względem jakichś tam amatorsko-terenowych badań socjologicznych. Ale w tym, jeśli chodzi o prywatność,  już dawno z niej zrezygnowałam. Nie ma sensu. Bardzo łatwo jest wyguglować czyjeś zdjęcie. Spora część użytkowników, zaczynając rozmowę, dokładnie wie, kim jestem. Reakcje są różne. Najczęściej zdziwienie. Najciekawiej jest, gdy ktoś z miejsca prosi, żeby nie publikować go na Shicie, jakby za bardzo nie łapał sensu robienia tych zrzutów.

Ilość tych pomyj, które wylano już na moją głowę, przeszła tyle granic absurdu, że stała się po prostu śmieszna. Myślę, że śmiech to właściwa reakcja na tego typu nieudolny podryw. Można by o tym długo, ale w sumie myślę, że sprowadza się do takiego banału: trzeba trenować w sobie dystans i sprawnie oddzielać różne sfery życia. Wiadomo, to dotyczy już nie tylko internetu.

Wróćmy zatem do literatury. Doświadczenia, które wynosisz z życia, były świetnym materiałem dla twojej dotychczasowej twórczości. Jak to będzie wyglądało dalej? Czy „tańce towarzyskie” wciąż będą absorbowały twoją uwagę, czy też włączysz w obszar swoich zainteresowań chociażby rzeczywistość wirtualną? Wiadomo, już poświęciłaś jej trochę tekstu, ale czy po tegorocznych premierach będzie więcej o internecie? A może w ogóle zainteresujesz się np. literaturą elektroniczną? Cyberpoezją?

Raczej się na to nie zanosi. Jedynym szaleństwem, na jakie mnie stać, pozostaną remiksy i to jest wystarczająco wyczerpująca zabawa. Ale i bardzo inspirująca. Kiedy się miesza ze sobą zupełnie dwa różne kosmosy w kilku wersach, powstają nowe światy – bardzo polecam tę zabawę, zwłaszcza na aftery. Mój pierwszy wiersz remiksowy to, zdaje się, Marta Podgórnik spotyka Marię Konopnicką i idą razem na wódkę. Napisałam też w życiu jeden jedyny wiersz slamowy, nazywał się: Gdy odmawiasz seksu pandzie, gdzieś na świecie twój chłopak zabija hipstera. Dotyczył działalności moich znajomych na różnych fejsbukowych grupach, najwyraźniej zrzeszających miłośników pand i/albo seksu. Był strasznie śmieszny, nawet coś nim wygrałam, ale nie pamiętam, co. Mam nadzieję, że nie wódkę.

jl3

Jeśli chodzi o poezję, nie mogę niczego zadeklarować. Niestety, znów się coś we mnie wyczerpało. Cały czas pisze się kolejna powieść, książka, względem której nie mam już nawet weny, tylko czystą kompulsję. Powinnam to może autoredagować, ale jakoś grafomańsko nie umiem. To kontynuacja Sztuczek, notatki z frontu tego strzępka człowieczka, który po nich został. Nie ruszę dalej, dopóki nie skończę, a że idzie opornie… cóż, nie robię planów na dalszą resztę życia.

Opowiedz może na koniec o swoich czytaniach, bo to dosyć ciekawa sprawa. Miałaś przecież recital poetycki w zakładzie karnym. Czy w planach masz jakieś inne, nietuzinkowe miejsca?

Areszt śledczy robi niesamowite wrażenie. Na początku myślisz, że to w sumie takie normalne miejsce, miejsce pracy, odsiadki, atmosfera jak na poczcie, w sumie żaden wielki stres. Spotkanie jak spotkanie, tylko publiczność bardziej skupiona. Wymagająca. Zadają dużo pytań, przygotowują się. Zdecydowanie jest to wyzwanie.

Ale potem wychodzisz i widzisz ten malusieńki spacerniak, za którego murem jest ruchliwa ulica w centrum miasta, widzisz krew w zlewie izolatki i wiersz, który ktoś wydrapał w ścianie nad pryczą. Serio, coś cię aż w środku ściska. Polecam każdemu takie doświadczenie. Uczy pokory i… klaustrofobii.

Z ciekawych anegdot: czytałam także dla ochrony na lotnisku w Bangkoku. Mieliśmy rewizję. Był stres, bo wiadomo, Tajlandia i jej przepisy, a na dodatek zawieruszyła się jedna recepta – zresztą, na zupełnie powszechny lek, ale trzeba się było tłumaczyć. Pojawiło się też podejrzenie, że robimy przekręt z kartami kredytowymi. Na taśmę wypadły książki i ktoś zauważył, że jest na nich takie samo nazwisko, jak w dokumencie. No tak, przecież my tu jesteśmy kulturalni, nie żadni tam szmuglowcy, o proszę bardzo, wiersze: i jak przeczytałam ze dwa kawałki, bardzo szybko nas wypuścili. Do dziś znajomi lubią żartować, że znają jedyną polską poetkę, która nie tylko była w pierdlu, ale i szmuglowała dragi w Tajlandii (ale podejrzewam, że znają tylko tę jedną, więc…).

Najbardziej przerażające było jednak czytanie dla klasy gimnazjum, pamiętam do dziś: zestresowani poeci zaciągani kolejno do odpowiedzi przez organizatorów i biedne dzieciaki przytargane tu przez panie polonistki. Wszyscy bardzo się nudzili, tylko jeden chłopiec z jakiegoś powodu nie pstrykał w komórkę, tylko czujnie patrzył, Patrzył, słuchał i żarł czipsy. Straszne to było, naprawdę. Chrupanie. Zerkanie. Do dziś mam traumę przy zapachu serowych chipsów.

Świetnie. Tym miłym akcentem możemy zakończyć i udać się do baru.

Konrad Janczura

Konrad Janczura

(ur.1988) - akademicki rozbijaka o różnorakiej opinii. Lubi książki i muzykę, pisze naraz o jednym i o drugim. Autor opowiadań, w Ha!arcie prowadzi cykl "Kresy nie istnieją".