popmoderna-zawieszenie

Popmoderna | Skalpel i kokaina, czyli fasady racjonalizmu w „The Knick”
skalplelikokaina
ARTYKUŁY | 03.11.2014

Skalpel i kokaina, czyli fasady racjonalizmu w „The Knick”

Słoniki i inne pozory

Moje jak dotąd najbliższe spotkanie z chirurgią miało miejsce u samego progu formalnej dojrzałości. Najpierw rosnący, nieznośny ból, później szpital, a po krótkim rozpoznaniu skierowanie na appendektomię. Z tego dziwnego wydarzenia utkwiły mi w pamięci uczucia szczególnego niepokoju i czujności związanych z obawą, że coś tu nie gra. Z jednej strony chciano mnie utwierdzić w przekonaniu, że czeka mnie profesjonalna opieka medyczna i wszystko będzie dobrze. W dodatku byłem na oddziale dziecięcym, więc oprócz bieli ścian i zieleni linoleum otaczały mnie jeszcze ścienne słoniki, krasnoludki i inne wariacje na temat dziecięcych fantazmatów, zdające się zapewniać: „to nic takiego, jesteś w dobrych rękach”. A jednak – kiedy w końcu przyszedł czas i przed salą operacyjną miałem zasnąć pod narkozą, to aż do zapadnięcia się świadomości w głąb narkotycznego odlotu nie mogłem pozbyć się myśli, że nikt, absolutnie nikt, nie jest w stanie mi zagwarantować, że obudzę się po drugiej stronie tej procedury.

A jednak. Przypominam sobie ten stan właśnie teraz, po zakończeniu pierwszego sezonu The Knick. W serialu wielokrotnie można zobaczyć bardzo podobne sytuacje, w których lekarze, z głównymi bohaterami na czele, wkładają wiele wysiłku w stworzenie wrażenia, że „wszystko będzie dobrze”. Z tą różnicą, że ciąg dalszy często realizuje pesymistyczny scenariusz, i to już od pierwszych scen. Jednak nawet wobec śmierci pacjenta doktor Jules M. Christiansen wyraża nadzieję, że dla oglądających całe wydarzenie będzie mimo wszystko „czymś pouczającym”. Traumatyczne wydarzenie zostaje od razu włączone w opowieść o medycznym postępie, jednej z głównych idei napędzających działanie bohaterów. I nawet mimo tego, że niedługo potem i już całkiem prywatnie Christiansen strzeli sobie w głowę, jego następca, John W. Thackery, będzie na pogrzebie przekonywał, że nie przestanie przeć naprzód ku przyszłości pełnej nadziei.

To jednak tylko punkt startowy. Tym, co czyni The Knick tak interesującym dziełem, jest fakt, że mitologia postępu, ściśle związana z kulturą nowoczesności (w czasie akcji serialu, latach przełomu XIX i XX w., przeżywająca rozkwit), zostaje poddana ciężkiej próbie. Z ideą postępu medycznego można było przecież spotkać się też w Ostrym dyżurze, który jednak przyjmował ją z całym dobrodziejstwem inwentarza, każąc uznawać instytucjonalny porządek szpitala i chirurgii za oczywisty. W najnowszym dziele Jacka Amiela i Michaela Beglera możemy obserwować, jak dopiero tworzą się zręby tego porządku, a co więcej – jak sceptycznie zostaje potraktowana mitologia rządząca rozwojem nowoczesnej nauki.

 

Laboratorium

Tym, co należy do tej mitologii, jest bez wątpienia wyobrażenie laboratorium – wydzielonego, sterylnego miejsca, w którym doskonalona jest procedura (słowo, które od początku pojawia się obsesyjnie u Thackery’ego) artystyczna, naukowa czy w tym przypadku – chirurgiczna. Ten układ w stanie czystym można zobaczyć na samym początku – wszechogarniająca biel, scena wypełniona chirurgicznymi narzędziami, a na niej profesjonaliści, którzy przeprowadzają słuchaczy przez cały proces. Jak się okazuje, to nie jest pierwsze podejście, ale dzięki temu, że zoptymalizowano czynności, skrócono czas zabiegu, aktorzy tego przedstawienia mają pewność, że wszystko będzie dobrze. Tym bardziej szokuje stopniowe, począwszy od pierwszego cięcia, zakłócanie tego sterylnego obrazu przez to, co kryje się we wnętrzu ludzkiego ciała i jest nieprzewidywalne – nad czym chirurg ma zapanować i jak najszybciej z powrotem schować w jego wnętrzu.

Dalsze odcinki pokażą, jak wiele rzeczy trzeba zamaskować i zepchnąć na margines, żeby zachować zewnętrzną czystość procedury i instytucji szpitala. Chirurgiczna sterylność staje się w The Knick figurą rządzącą nie tylko zachowaniem na operacyjnej scenie (trudno mówić o „sali”, skoro każdy zabieg odbywa się przed widownią), ale reguluje też relacje między bohaterami. Twórcy skutecznie przypominają nam o innych rodzajach cenzury obecnych w przedstawionych czasach. „Biała” scena (podobnie „biały” szpital) nie jest dla wszystkich, o czym przekonuje się czarnoskóry doktor Algernon Edwards. Kobiety natomiast mają na nią wstęp tylko w służebnej roli pielęgniarki albo w charakterze pacjentki. Serial imponująco wplata też w fabułę wątki społeczne (również w przypadku relacji erotycznych), pokazując tarcia na linii różnic ekonomicznych, i przesądy klasowe, łącznie z przeświadczeniem, że choroby „z natury” preferują tych, którzy zajmują niższe miejsce na drabinie społecznej. The Knick pokazuje, że zastany porządek i dotychczasowa „immunologia” systemu medycznego są kwestionowane przez to, co miały umożliwiać – czyli dążenie do medycznego postępu i walkę o ratowanie ludzkiego życia. To właśnie dzięki podziemnemu (dosłownie i w przenośni), zmarginalizowanemu laboratorium Edwardsa Thackery zdobywa narzędzia i cenną pomoc, dzięki czemu będzie mógł zrobić krok naprzód w doskonaleniu procedury.

Autonomia chirurgicznego laboratorium zostaje podważona również od strony ekonomii i interesów nie całkiem pasujących do ideałów służby na rzecz ludzkości. Kapitał potrzebny do funkcjonowania szpitala przepływa w niezbyt wolnorynkowy sposób i, jak wiele innych rzeczy, okazuje się rezultatem gry zupełnie nieracjonalnych czynników. Przy okazji The Knick doskonale pokazuje, głównie za sprawą wątku Hermana Barrowa, jak działa tendencja do odrywania się instytucji od interesów człowieka, któremu miała służyć – żeby działać i „naprawiać” jedynych, system szpitalny jednocześnie niszczy drugich, zaś „nadwyżka” dóbr z tego procesu służy zaspokojeniu chciwości zarządcy całego systemu.

 

(Nie)rozum

O czymś jednak zapomniałem. Pierwsza scena serialu nie rozgrywa się przecież w szpitalu, ale w chińskim burdelu, gdzie Thackery budzi się w delirycznej atmosferze wśród narkotycznych oparów. Dopiero stamtąd jedzie na operację, a w drodze wstrzykuje sobie jeszcze dawkę kokainy. Jest od niej uzależniony (co zresztą jest motywem wziętym z życiorysu Williama Stewarta Halsteda – na podstawie jego życia stworzono postać chirurga) i jak się okazuje, nie będzie to jego ostatni nałóg. Z dalszych odcinków można się też dowiedzieć, że zarówno w kokainizm, jak i w tajniki chirurgii został wtajemniczony przez Christiansena. Co ze szlachetnymi ideałami racjonalności? Tutaj również czystość naukowej metody zostaje „zanieczyszczona” z powodu ograniczeń ludzkiego ciała z jego pożądaniami i słabościami. Dopiero kokaina i odpływanie w oniryczny sen w chińskim domu rozkoszy umożliwiają Thackery’emu funkcjonowanie jako „systemowy” chirurg (warto zauważyć, że podobny układ, oczywiście w nieco innej wersji, pojawił się w Morfinie Szczepana Twardocha) – zatem to, co ma być ścisłe i rozumne, jest tak naprawdę zależne od tego, co nieracjonalne.

The Knick kwestionuje modernistyczny mit naukowego profesjonalizmu i swoistej ascezy koniecznej dla prowadzenia badań. Chociaż w pewnym momencie Thackery stwierdza, że każda z osób w szpitalu prowadzi różne życia, które nie powinny się krzyżować, to tak naprawdę jest to niemożliwe. Główny bohater stara się wyprzeć emocje, obwiniając Christiansena nie tylko o zbytnie kierowanie się własną ambicją, ale nawet o dostrzeganie pod skalpelem żywej osoby, a nie tylko anonimowego obiektu procedury. Jednak kiedy sam wikła się w ambicjonalny wyścig odkryć, co doprowadza do tragedii, oczywiste staje się, że „czysty rozum” ponosi porażkę.

 

Chirurgia nie zawsze była nauką

Surgery wasn’t always science – w świetle opowieści o chirurgach z The Knick hasło ze zwiastuna serialu nabiera podwójnego sensu. Po pierwsze, rzeczywiście seria prezentuje początki tej specjalizacji, zwracając uwagę na to, że towarzyszący jej system wiedzy musiał był rozwijany bardzo długo, przy sporym współudziale geniuszu i przypadku. Podobną strategię przyjął jakiś czas temu Dr House, przekonując nas, że podobnie dzieje się i dzisiaj – technika pozostaje techniką, ale dopiero wybitna osobowość (swoją drogą – w przypadku tego lekarza-socjopaty także niezbyt racjonalna) jest w stanie wykorzystać ją do granic możliwości, a nawet poza nimi.

Po drugie, wspomnianą frazę można odczytać jako próbę zmiany perspektywy na to, co nazywamy naukowością – jej źródła okazują się nie tak czyste, jak skłonna jest twierdzić kulturowa opowieść o postępie technologicznym. Chirurgia, której oczyszczony i sterylny (a jak dowodzą wspomniane na początku słoniki – również nieco osłodzony) obraz przenika do naszej świadomości, przy bliższym kontakcie i w nieco innej optyce nie jest już tak absolutnie i autonomicznie naukowa. Nie tylko nie można wyeliminować z niej niepewności, ale także irracjonalności kryjącej się w każdym człowieku – ta w The Knick, inaczej niż w Ostrym dyżurze, nie pozostaje dramatycznym dodatkiem do figury lekarza-profesjonalisty, ale wręcz go stwarza. Wreszcie, pokazane zostają społeczno-polityczne konteksty uprawiania wszelkiej „bezinteresownej” działalności, koszty jej instytucjonalizowania, a także próby krytyki towarzyszących jej mechanizmów wykluczenia. Dzięki serialowi pod fasadowym wyobrażeniem szpitala i dominującym porządkiem można odkryć całą złożoność relacji, które nowoczesność, a zwłaszcza system kapitalistyczny, starał się wypchnąć na marginesy. Nie bez przyczyny Thackery nazywa swój szpital „cyrkiem” – i właśnie przedstawiona wymienność, a jednocześnie głębokie skonfliktowanie nowoczesnej racjonalności i nierozumu czyni z The Knick jedną z najciekawszych realizacji tematyki medycznej na małym ekranie.

Czyli w skrócie – oglądanie tego serialu na pewno nie sprawi, że czekanie na operację będzie lżejsze.

Michał Koza

Michał Koza

(ur. 1987) – redaktor internetowego czasopisma naukowego „Polisemia”. Doktorant polonistyki na UJ, gdzie im dalej w teorię, tym jest mu lepiej. Lubi oglądać to, co niepokoi albo nie jest zbyt poważne, słucha rzeczy przewiercających, często dryfuje w nerdowe strony. Najczęściej i tak czyta. Siewcoentuzjasta memów, batmanów i Twin Peaks.