wenus
RECENZJE | 18.11.2013

Shiny, shiny, shiny boots of leather (,,Wenus w futrze”)

 Kino_Pod_Baranami_zaprasza

Wenus w futrze jest filmem, bez którego nie obyłoby się ani kino europejskie, ani Emmanuelle Seigner (jedna z najlepszych ról w jej karierze), ani reżyser. Gdybym wierzyła w to, że Roman Polański naprawdę ma osiemdziesiąt lat i nie czekają go kolejne dziesięciolecia twórczości, musiałabym powiedzieć, że to dzieło, które wieńczyć może reżyserską karierę. W Wenus w futrze Polański zawarł bowiem większość najbardziej charakterystycznych i najbardziej pociągających właściwości swojego kina – zresztą, nie tylko swojego. Stop – przecież tego nie powiem. Wszyscy wiemy, że wiek Polańskiego jest czystą fikcją.

wenusobrazek1O samej Wenus… – tekście mającym już pewną tradycję – przed samym seansem widz wie prawdopodobnie więcej, niż jest tego świadomy. Autor powieści, która staje się inspiracją dla reżysera spektaklu (po nieudanym castingu pojawia się Wanda – jej przesłuchanie składa się na film Polańskiego), to XIX-wieczny austriacki pisarz o (i tu zaczyna się nieuświadomiona wiedza) wiele mówiącym nazwisku. Leopold von Sacher-Masoch, bo o nim mowa, zainspirował swoim powieściowym pomysłem nie tylko reżysera Lokatora, ale także chociażby The Velvet Underground. Tych, których natchnęły seksualne preferencje artysty, a którzy nie szukają ich – nazwijmy to – pierwowzoru, znajdziemy w kulturze bez liku. Ich wyliczania byłoby tu zbędne.

Whiplash girlchild in the dark

Dwa pojęcia, które zarówno podczas kinowego seansu, jak i już po pierwszych podsumowaniach wydobywały się dla mnie na plan pierwszy, zasadniczo określają to, jak zapisze się w mojej pamięci Wenus w futrze. Pierwsze to ,,całość”, drugie – ,,zasłanianie”, które, jeśli pozwolimy sobie na pewną swobodę, czasem przeradza się w rozmaite formy zapośredniczenia. Pierwsza kwestia ściśle łączy się z niewiarygodną chłonnością filmu Polańskiego – w scenariuszu rozpisanym na dialog dwóch aktorów odgrywających go w teatralnej przestrzeni przegląda się pół kina europejskiego z Bergmanem włącznie. Kino Polańskiego stanowi tu jednak kluczowy punkt odniesienia. Jeżeli w pamięci ma się chociażby Gorzkie gody albo Wstręt – nie sposób pozbyć się silnych skojarzeń. A jeżeli początkową i końcową jazdę kamery po nieprzyjemnej ulicy odniesie się do Dziecka Rosemary, to naprawdę Wenus w futrze nie ucierpi i nie stanie się krzyżówką z wiedzy o Polańskim. Mówiąc o całości, miałam przede wszystkim na myśli to, że reżyser konstruuje swój film w taki sposób, że nie tylko pozostawia widza z wrażeniem, że dzieło jest kompletne i wszystko znalazło swoje właściwe miejsce w misternie konstruowanych dialogach, ale także, że film nie zaczyna się z opóźnieniem i kończy dokładnie tam, gdzie powinien.

Clubs and bells, your servant, don’t forsake him

wenusobrazek2Niezwykła (naprawdę niezwykła) gra aktorska Seigner budowana jest w moim przekonaniu na dwóch skrajnych (bo też Wenus… zdaje się takiej gotowości żądać) strategiach. Po pierwsze – na nonszalancji, która nie wytraca się w nadmiarowych gestach, po drugie – na tym, co nazwałabym poczuciem ostateczności. Mówiąc inaczej, Seigner gra tak, jakby to była gra, po której nie ma już nic – żadnej innej roli. To rola do końca, bez zachowawczych gestów. Seigner sprawia wrażenie, że bez niej zniknie nie tylko jeden z elementów filmowego świata wykreowanego przez Polańskiego, ale upadnie cała konstrukcja – razem z tekstem, gorsetem i Thomasem (w tej roli niepokojąco przypominający Polańskiego Mathieu Amalric). Psychoanalityczna interpretacja tego filmu wydaje się pierwszą, którą wymieniałoby się na liście obowiązkowej – może obok kwestii genderowych, ściśle z nią zresztą związanych. Wydaje mi się to jednak lektura w pełni zaprogramowana jako absolutnie podstawowa, której referowanie w tym miejscu nie byłoby szczególnie ekscytujące.

Strike, dear mistress, and cure his heart

wenusOBRAZEK3Druga kwestia, którą wymieniłam, zdaje się z tą strategią istotnie połączona. Postaram się jednak określić to w nieco inny sposób. Tym, na czym opiera się zamysł estetyczny, ale też narracyjny Polańskiego, wydaje mi się gra zasłaniania i odsłaniania. Poza komplementem, który należy tu wyrazić w recenzenckiej kliszy, a więc: ,,film trzyma w napięciu!”, warto powiedzieć o geście, który za tym stoi – zarówno główna bohaterka Wanda, jak i jej partner nie dają się uwieść ekshibicjonistycznej pokusie. Sądzę, że jest wręcz przeciwnie – ich gra w dominację, w wymienność ról dominacji, dla której seksualność staje się pewnego rodzaju podstawowym, obowiązkowym językiem, budowana jest przede wszystkim na przesłanianiu (często chwilowym albo umownym) własnego pożądania tym, co dostępne na scenie: światłem, błyskotliwą ripostą czy ćwiczeniami głosowymi. Wszystko to funduje erotyczną grę, na którą (nie) decydują się Wanda i Thomas. Właściwie każdy ich gest przecinany jest przez swego rodzaju ingerencję rzeczywistości. Czy to telefon narzeczonej reżysera, czy to w pewien sposób nadmiarową ekspozycję ciała kobiety, czy problemy z włożeniem męskiej stopy w damską szpilkę. Polański z uporem każe swoim postaciom oscylować pomiędzy biegunami zasłaniania i odsłaniania aż do samego końca filmu – to właśnie zasada uwodzenia wydaje się dla Wenus w futrze kluczowa. W finale o pożądaniu wiemy dokładnie tyle samo, ile wiedzieliśmy wcześniej, o przemianach ról w relacjach damsko-męskich (i nie tylko) – również. Nic więc się nie wydarzyło? Stawka tego filmu jest zupełnie gdzie indziej.

Wenus w futrze (La Vénus à la fourrure), reż. Roman Polański, Francja, Polska (2013)

Olga Szmidt

Olga Szmidt

(ur. 1989) redaktor naczelna portalu „Popmoderna”. Regularnie pisuje również dla „Czasu Kultury” oraz „Miesięcznika Znak”. Autorka monografii naukowej „Korespondent Witkacy” (Universitas, 2014) oraz biografii „Kownacka. Ta od Plastusia” (Czarne, 2016). Na Wydziale Polonistyki UJ przygotowuje rozprawę doktorską na temat autentyczności w XXI wieku. Pisze literaturę faktu.