wielkieoczy
RECENZJE | 09.02.2015

Sekretne życie Waltera Keane’a („Big Eyes”)

Recenzenci nie potrafią się nawet zgodzić, o czym naprawdę jest ten film. O największym kłamstwie w świecie artystycznym? O przebudzeniu malarki i jej walce o prawa autorskie z własnym mężem? O tym, jak komuś udało się zdobyć sławę i pieniądze na obrazach? O przemocy domowej? A może o tym wszystkim naraz i to jest właśnie problem, bo wielki Tim Burton nie umie się zdecydować, o czym właściwie opowiada. Jedni powiedzą, że Tim Burton się skończył, bo film nie ma ani w połowie tej magii i mroku, co poprzednie. Inni – że Tim Burton wziął prawdziwą opowieść o przemocy i zrobił z niej uroczą bajkę.

Co do jednej rzeczy możemy się chyba zgodzić wszyscy – reżyser Edwarda Nożycorękiego nie jest raczej znany z przywiązania do rzeczywistości. Jego decyzja, by sfilmować prawdziwą historię, była dla mnie zaskoczeniem, nawet jeśli jest to historia, jak można przeczytać na oficjalnej stronie filmu, prawdziwa skandalicznie. W latach 60. żył sobie bowiem Walter Keane, którego zagadkowe obrazy przedstawiające dzieci z wielkimi oczami odniosły wielki komercyjny sukces i były jednym z kamieni milowych popkultury. Już samo to stanowi materiał na pełnometrażowy film o sztuce marketingu i spotkaniu artysty i PR-owca. Po latach jednak wyszła na jaw szokująca prawda – to nie Walter malował dzieci z wielkimi oczami, ale Margaret Keane, jego żona; Walter zaś (tylko?) je sprzedawał. Artysta i PR-owiec okazali się dwiema różnymi osobami.

Jest to więc też opowieść o dwóch Walterach (w tej roli jak zawsze intrygująco odstręczający Christoph Waltz) – publicznym i prywatnym. Publicznym, czyli o Walterze-celebrycie, Walterze brylującym na salonach, Walterze, który sprzedaje obrazy i opowiada w wywiadach najróżniejsze historie, tłumaczące, dlaczego maluje te biedne dzieci właśnie z takimi wielkimi oczami i dlaczego te obrazy są dla niego takie ważne. Prywatnym, czyli o Walterze czarującym, Walterze troskliwym, Walterze ambitnym, ale także Walterze – kompulsywnym kłamcy, notorycznym manipulatorze, Walterze porywczym i nieobliczalnym. W końcu sam Walter zaczyna mylić, co było kiedyś jego marzeniem, a co teraz dzieje się naprawdę, i traci kontrolę nad historią, którą sam zmyślił.

Dodać trzeba – zmyślił przez przypadek i z dobrymi intencjami, bo Wielkie oczy to też, a może przede wszystkim, opowieść o roli przypadku w naszym życiu. Nawet spotkanie i małżeństwo Waltera i Margaret są dosyć przypadkowe, najbardziej jednak zagadkowa jest historia ich sukcesu. W końcu malarka (w którą wciela się niesamowita Amy Adams) maluje dzieci z wielkimi oczami na długo przed poznaniem Waltera i to nie jest tak, że trzyma je w tajemnicy – jednak jako uliczna artystka cienko przędzie i jej twórczość nie cieszy się zbytnią popularnością. Walter jest pośrednikiem nieruchomości, ale w wolnym czasie lubi malować ulice Paryża i sprzedawać je przechodniom i właścicielom knajpek. Po ich ślubie Walter zaczyna pokazywać obrazy Margaret wraz ze swoimi w różnych miejscach, także w galerii, gdzie zaprzyjaźniony handlarz dziełami sztuki – Ruben (świetny Jason Schwartzman) każe mu je zabrać, zanim przyjedzie policja dobrego smaku. Wciąż nic się nie dzieje, by w końcu wszystko potoczyło się bardzo szybko – ktoś w końcu dostrzega obrazy Margaret w jednej z knajpek, pyta, czy to Walter jest ich autorem i nim się obejrzą, oboje tkwią w tym wielkim kłamstwie. Kłamstwie totalnym, któremu ulegają wszyscy, włącznie z Walterem, który broni „wielkich oczu” jak własnych dzieci, a nawet staje się zazdrosny o twórczość żony po tym, jak pozwala jej na firmowanie niektórych obrazów własnym imieniem. Udaje im się nawet długo zwodzić córkę Margaret z poprzedniego małżeństwa – Jane, która rozpoznaje się na jednym z obrazów, i starą przyjaciółkę malarki – Dee-Ann (Krysten Ritter).

Kłamstwo rozrasta się wraz ze wzrostem popularności „wielkich oczu” i samego Waltera, nabiera szczegółów, coraz większej wiarygodności, tak, że jego obalenie przestaje się wydawać możliwe. Walter staje się nie do zniesienia, a cała sytuacja doprowadza do szaleństwa w końcu i samą Margaret, niepozorną, skrytą kobietę, której całym życiem pozostaje Jane i te dzieci z wielkimi oczami, które maluje. Wychodzi za Waltera w dużej mierze dlatego, by poprzedni mąż nie zabrał jej córki, nowy jednak zabiera jej dzieci z wielkimi oczami i udaje, że są jego. Margaret mu pozwala, chociaż nie chce, ale nie umie się przeciwstawić, długo nie potrafi zawalczyć o tę ważną część jej życia, o to, co postrzega jako element swojej tożsamości, a co wszyscy wokół uważają za własność jej męża. Margaret to jednak, jak na tamte czasy, kobieta odważna: ucieczka od pierwszego męża kosztuje ją wiele siły, ucieczka od drugiego prawdopodobnie jeszcze więcej. To opowieść oparta na faktach, więc trudno tu o zaskoczenie rozwojem wydarzeń, łatwo jednak o wzruszenie tym małym kobiecym zwycięstwem. Tim Burton zabrał się za prawdziwą historię, ale wyszło mu jak zwykle – trochę dziwnie i bajkowo. Z happy endem.

Wielkie oczy (Big Eyes), reż. Tim Burton, USA, 2014