popmoderna-zawieszenie

Popmoderna | Rzecz jest tym, czym jest („Birdman”)
img387 (1)
RECENZJE | 02.02.2015

Rzecz jest tym, czym jest („Birdman”)

Kino_Pod_Baranami_zaprasza (1)

Na skraju wiary we własne możliwości Riggan pije kolejnego drinka, podchodzi do wpływowej krytyczki teatralnej, wydziera jej notatnik i szydzi z zapisków: „Nieopierzony” – to tylko etykieta,bez wyrazu” – kolejna etykieta,marginalny” – żartujesz? To kolejna etykieta. Same etykiety! Etykietujesz wszystko, jesteś tak kurewsko leniwa. Sięga po kwiat z wazonu na kontuarze i pyta: Czy wiesz, co to za kwiat? Nie potrafisz go nawet zobaczyć bez oceniania. Mylisz te dźwięki w swojej głowie z prawdziwą wiedzą.

Ta dosadna scena ma działanie immunologiczne, jest czerwonym światłem, które każe dwukrotnie przemyśleć każde słowo pisanej właśnie recenzji. Ale warto podjąć tę grę z poirytowanym Rigganem. Umówmy się – jego gniew ma mocne uzasadnienie. Oto aktor, celebryta, uwięziony od lat w swojej masce tytułowego człowieka-ptaka. Jego życie to ciągły wywiad (trochę o Barcie, trochę o świńskiej spermie rzekomo wstrzykniętej w żyły), a także niekończąca się seria selfies w roli superbohatera nieznanego młodszym pokoleniom. Riggan ma prawo do depresji i do nagłego gniewu, przysługuje mu również przywilej lewitacji i telekinezy. To w końcu przebrzmiały superhero. Ale teraz jego ambicją jest sukces na Broadwayu, czyli to, co zapewni mu miejsce w zbiorowej świadomości, a na wypadek śmierci – także w kolektywnej pamięci, z której obecnie wygryzłby go pewnie George Clooney. O realizację tego na wskroś ludzkiego marzenia domaga się ego, rozpieszczone lata temu hollywoodzką superprodukcją, po której została już tylko niezbywalna gęba i wpływy z tantiem. Riggan, grany przez Michaela Keatona, emerytowanego Batmana (uwaga, etykieta!) oraz jego teatralne show, desperacko domagające się dobrych recenzji – to w dużym uproszczeniu główni bohaterowie Birdmana.

Podejmując pijackie wyzwanie Riggana, przetestuję kolejną zużytą etykietę: Birdman ma zadatki na „film kultowy”. Mam wrażenie, że Iñárritu, znany głównie z pokręconego fabularnie Amores Perros, późniejszego autoplagiatu 21 gramów i przesadnie melodramatycznego Babel, stworzył właśnie dzieło wizjonerskie, które uplasuje się na liście klasyków mocno poniżej Obywatela Kane’a, ale gdzieś w okolicach Donnie Darko i, kto wie, może nawet Fightclubu. To jeden z tych filmów, które na poziomie estetycznym i semantycznym po prostu dystansują konkurencję, wzbudzając podziw lub nienawiść, pozostawiając niewielką tylko część widzów w stanie obojętności.

Mówiąc o technikaliach, należy niezwłocznie oddać hołd Emmanuelowi Lubezkiemu, autorowi zdjęć, który posiadł dar przemieniania kamery w żywą istotę – jego długie, płynne ujęcia, znane z Grawitacji czy wcześniejszych Ludzkich dzieci, w Birdmanie stają się estetyczną dominantą: film skutecznie udaje jedno dwugodzinne ujęcie, w którym precyzyjnie wyreżyserowana choreografia staje się czymś w rodzaju tańca. A to nie koniec fajerwerków – tempo akcji podkręca frenetyczny soundtrack, rozpisany na perkusję przez Antonia Sancheza.

W tym charakterystycznym audiowizualnym rytmie, na tle surowych ścian i ciasnego labiryntu teatralnych korytarzy, obserwujemy zmagania Riggana i jego ekipy, pracujących nad adaptacją dramatu Raymonda Carvera O czym mówimy, kiedy mówimy o miłości. Jak łatwo się domyślić, nie na teatralnej scenie urzeczywistniają się prawdziwe konflikty – tu aktorzy jedynie grają, że grają, choć i to może być stwierdzeniem na wyrost, co zdaje się sugerować postać Mike’a (znakomity Edward Norton). W filmie Iñárritu po prostu nie sposób wierzyć w prawdziwość jakichkolwiek granic. Teatralna fikcja przenika się z realnymi dramatami postaci, które za kulisami, w krótkich chwilach charakteryzacji przed kolejną sceną, próbują sprostać własnym wyobrażeniom na temat samych siebie. Ale i tę imitację „prawdziwego życia” reżyser demaskuje, rozsadzając filmową narrację mieszanką rejestrów, stylów i mniej lub bardziej oczywistych cytatów. Szaleniec na ulicy recytuje Makbeta, Mike w podziemiach teatru opala się w solarium z Labiryntami Borgesa w ręku, a sławna strzelba Czechowa otrzymuje należyty hołd.

Przeplatanka wydarzeń i warstw nie sprowadza się jednak tylko do efektownej gry intertekstów albo popisu technicznych możliwości. Birdman aspiruje (uwaga, etykieta!) do miana „filmu totalnego”, dającego się interpretować na nieskończoną liczbę sposobów, ale równocześnie broniącego się przed wyczerpującą egzegezą. Być może tę wieloznaczność Iñárritu osiąga poprzez opanowanie sztuki dystansu – jego bohaterowie, choć charyzmatyczni i autentyczni, są równocześnie niewolnikami filmowych klisz, odtwórcami stereotypowych ról jak w komedii dell’arte. Hipnotyczny ruch kamer Lubezkiego towarzyszy ciągłemu przenikaniu się tych dwóch porządków – prawdziwego ludzkiego doświadczenia i (pop)kulturowych, utartych schematów, poza którymi nie sposób go wyrazić. Schematów, które działają nawet wtedy, gdy zostaną zdemaskowane i wyszydzone – bo czy można się oprzeć błyskotliwym, choć pretensjonalnym słowom Edwarda Nortona: Jesteś w rozsypce, jak świeca paląca się z obu stron, i jest to piękne? Nie można, odpowiadam głosem Emmy Stone; szydzę, ale ulegam.

Więc może spod panowania ptasiej maski tytułowego Birdmana po prostu nie można się wyzwolić? Być może pod nią czeka inna twarz, wciąż nie do końca własna, wciąż skrojona na potrzeby jakiejś konwencji – teatralnego wizjonera, dobrego ojca, uciekiniera z Hollywood? Riggan, „hollywoodzki klaun w kostiumie ptaka”, walczy o swoją podmiotowość na każdym froncie, w ruch idą słowa i pięści – bo z każdej strony działa obca siła twórcza, charyzmatyczny, niepokorny Mike, pełna nienawiści krytyczka teatralna w barze na Broadwayu, tłum nowojorczyków na Times Square. Czy można obejrzeć zmagania Riggana jak historię z celebryckiej rzeczywistości, dylemat pierwszego świata obcy zwykłemu śmiertelnikowi? Nie można, kiedy w tle natarczywie swoją obecność zaznacza Twitter i YouTube, z którymi nieporadnie mierzy się Riggan, nieświadomie stawiając znak równości pomiędzy sobą a pokoleniem, które, jak twierdzi aktor, dba tylko o własny viralowy potencjał w sieci. Etykieta: „ironia”.

Ale również: „wymiar uniwersalny”. Bo wszyscy jesteśmy niewolnikami własnego ego, zdaje się mówić głębokim, perwersyjnym głosem opierzona postać Birdmana. A równocześnie w lustrze wciąż widzimy twarz Riggana oraz motto zatknięte za ramę: Rzecz jest tym, czym jest, nie tym, co zostanie o niej powiedziane. O tej wskazówce zapominają tłumy zapalonych interpretatorów, dzięki którym fraza „realizm magiczny” stała się dominującym trendem na forach filmowych – tymczasem w filmie Iñárritu rzeczy po prostu się dzieją, a motywy nierealne ważą tyle samo, co wątki realistyczne (ot, kolejna granica, której nie ma). I znów, jest w tym głęboki (lub płytki) sens: nie sposób zmierzyć, w jakim stopniu jesteśmy infantylni, a w jakim genialni, gdzie kończą się niskie, a zaczynają szlachetne pobudki, w którym punkcie porażka okazuje się zwycięstwem, a głosy w naszych głowach naprawdę stają się wiedzą. Ostatecznie wszystkim się dostaje, sugeruje Birdman, ale być może wszystkim zostało także wybaczone.

Birdman, reż. Alejandro González Iñárritu, USA (2014)

Lech Dulian

Lech Dulian

(ur. 1987) – absolwent bohemistyki. Za dnia kolaboruje z oficjalnym obiegiem kultury. Po godzinach ogląda walki MMA i udaje Rolanda Barthes’a w okresach nasilonych ataków gruźliczych. Uzależniony od narracji w każdej formie i o dowolnej jakości. Sympatyzuje z ruchem wolnej kultury.