ida
RECENZJE | 25.11.2013

Rudy rydz i wycieczka po tożsamość (,,Ida”)

Muszę przyznać, że współczesne polskie kino zawsze przysparzało mi wiele kłopotu. Ostatnia dekada (podczas której kształtowała się moja świadomość jako widza) obfitowała w kiepskie, wprawiające w zażenowanie komedie (mniej lub bardziej romantyczne) albo ciężkie i nie zawsze dobre dramaty. Jeśli już jakiś film zaintrygował mnie scenariuszem i obsadą, to skala jego popularności była tak wielka, że ze świecą można było szukać kina, które miałoby go w swoim repertuarze dłużej niż przez tydzień (tak, tak, z kinami studyjnymi włącznie). Jednak ostatnio w polskiej kinematografii wyczuwa się pewne poruszenie. Reżyserzy i producenci dalej trzymają się dramatyczno- społecznego entourage’u, z lubością grzebią w naszej historii, pławiąc się niekiedy w patriotycznej martyrologii i doszukując się patosu tam, gdzie go nie ma (Obława, bardzo zła Syberiada polska, nie wspominając o żenującej Bitwie warszawskiej 1920). Zdarza się jednak, że te flirty z przeszłością i opowieści o ludzkim nieszczęściu odnoszą sukcesy nie tylko kasowe – zaskakują dojrzałą estetyką, unikając przy tym (całkiem zresztą zgrabnie) komercjalizacji.

Na Idę, najnowszy film Pawła Pawlikowskiego, reżysera znanego z Lata miłości czy Kobiety z piątej dzielnicy, czekałam od chwili ogłoszenia listy kandydatów do prestiżowej nagrody Złotych Lwów Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni (choć Gdynia Wenecją nigdy nie będzie, i tak robimy znaczące postępy). Po pierwsze, ze względu na obsadę, po drugie – zaintrygował mnie oszczędny, choć zawierający pożądane ostatnio słowa-klucze (czyli: rozrachunek z przeszłością, PRL, II wojna światowa, Holocaust) opis fabuły. Byłam bardzo zaskoczona, kiedy po projekcji okazało się, że powyższe wątki nie stanowią sedna filmu, będąc (jedynie?) tłem, pretekstem do opowiedzenia pewnej intymnej historii.

Fabuła Idy oscyluje wokół sylwetek dwóch kobiet: dziewiętnastoletniej nowicjuszki Anny (debiut aktorski Agaty Trzebuchowskiej), sieroty wychowywanej przez zakonnice, która lada chwila ma przyjąć śluby i pozostać w klasztorze do końca życia, oraz Wandy Gruz (Agata Kulesza), zatwardziałej komunistki, bezwzględnej prokuratorki z czasów stalinowskich, obecnie wyzutej z uczuć sędziny – jej jedynej żyjącej krewnej. A to wszystko w peerelowskiej Polsce, Polsce szarej, pogmatwanej, smętnej, ogarniętej kolejnym totalitaryzmem, Polsce, w której stałym atrybutem jest kieliszek czystej i tlący się (przy kultowych dźwiękach Miłości z Portofino, Nie płacz kiedy odjadę, Rudego rydza, Serduszko puka w rytmie cha-cha) papieros.

Przyszła siostra zakonna zostaje wysłana na zapoznawcze spotkanie z ciotką. W zamyśle matki przełożonej ta uświadamiająca wizyta zapewne miała być kluczem do poznania prawdy, niezbędnej przed całkowitym oddaniem się Bogu. Dlatego Anna opuszcza ponury klasztor położony na prowincjonalnym pustkowiu (dogorywający Pałac Zamoyskich w Klemensowie sprawdził się pierwszorzędnie) i udaje się w zupełnie inną przestrzeń, aby dowiedzieć się, kim naprawdę jest. Miasto wita ją całą swoją dynamicznością i gwarem, doskonale kontrastując z przejmującą pustką i ascetycznością klasztoru. Stanowi preludium do nowego życiowego rozdziału, zaczynającego się wraz z przestąpieniem progu mieszkania nieznanej ciotki. To tu niewinna i „śnieżnobiała” Anna dowie się, że jest Żydówką (nie powiedziały Ci?), nazywa się Ida Lebenstein, a jej rodzice nie są wcale pochowani na cmentarzu w rodzinnej miejscowości. To właśnie tutaj rozpocznie się podwójna podróż – Idy, kompletującej kawałek po kawałku swoją tożsamość, poznającej historię swojej rodziny, i Wandy Gruz, stopniowo wracającej do coraz to głębszych, bardziej bolesnych i wypieranych, a także regularnie podlewanych alkoholem wspomnień i ran. Obie kobiety, których poza więzami krwi nie łączy zupełnie nic, ruszają we wspólną (a jednak osobną, bo przede wszystkim wewnętrzną) wędrówkę do przeszłości, groteskową wycieczkę w przybrudzonej białej syrence pędzącej po dziurawych polskich drogach.

A co będzie, jeśli tam pojedziesz i okaże się, że Boga nie ma? – Wanda nie należy do grona subtelnych i delikatnych osób, które nadgorliwie chronią bliskich przed złym światem (co nie powinno nikogo zaskakiwać, biorąc pod uwagę jej doświadczenia). Wręcz przeciwnie – chce wydobyć z siostrzenicy w habicie tę długo skrywaną, kształtującą się ludzką postać, chce, aby Ida dotknęła przyziemnej codzienności i mocno ją odczuła (Miewasz czasami grzeszne myśli?). Wanda Gruz to złamana przez życie kobieta, walcząca ze swoimi wewnętrznymi demonami, separująca się od rzeczywistości za pomocą dystansu, chłodu i pozornej siły. Pod maską ironii, władczości i despotyzmu kryje się zupełnie nagi, bezbronny i nieszczęśliwy człowiek, dla którego (pusta) egzystencja jest już tylko zbędnym ciężarem. Wiem, wiem, Bóg jest wszędzie – dla Wandy Boga nie ma od dawna, a przybycie nigdy niewidzianej siostrzenicy staje się dla niej pretekstem do rozprawy z własną przeszłością. Pretekstem do zamknięcia swojej historii na zawsze.

Dla Idy wyprawa z ciotką jest nie tylko trudną misją odszukania ciał zamordowanych w lesie rodziców i pożegnania ich w sposób, na jaki zasługiwali. Odwiedzając kolejne miejsca, Ida zapisuje, słowo po słowie, pewną pustą do tej pory kartę. Nieskazitelna tabula rasa krok po kroku zaczyna się wypełniać. Ida poznaje „prawdziwy świat”, którego nigdy nie zaznała, żyjąc pod klasztornym kloszem. Dowiaduje się, że był czas, kiedy Boga naprawdę mogło nie być, kiedy słowo „miłosierdzie” stało się wyświechtanym frazesem, a to, że żyje, zawdzięcza tylko „dobremu wyglądowi” i resztkom litości chłopa-oprawcy (Byłaś taka malutka…). Już wie, że prawda rzadko jest wartością nadrzędną, a bliźni nie zawsze są dobrzy. I mimo tej całej stopniowo zdobywanej wiedzy o życiu, to ona pozostaje silną i twardą kobietą, która próbuje pozbierać w całość porozrywaną wspomnieniami ciotkę  –  krwawą Wandę Gruz, rozpaczliwie płaczącą przede wszystkim nad samą sobą.

Podróż Idy to także odkrywanie tych dobrych stron pozaklasztornej rzeczywistości. Poznawanie własnej cielesności, intymności, pożądania, miłości nie tylko do Boga, smaku pierwszego papierosa, goryczy alkoholu. Okazuje się, że istnieje muzyka inna niż kościelna, muzyka, do której można tańczyć z młodym saksofonistą (Dawid Ogrodnik) i nawet zakończyć tę znajomość marzeniami o wspólnej przyszłości (notabene, Pawlikowski udowadnia, że subtelność, delikatność i tajemniczość są sednem perfekcyjnej sceny erotycznej). Ida nie opiera się prawom młodości, zachłannie próbuje wszystkich jej uroków, zanim podejmie tę ostateczną, najtrudniejszą decyzję o tym, jak właściwie ma wyglądać jej życie. Po namiętnej nocy ubiera habit i z zaciętą miną maszeruje podmiejską drogą, idąc w kierunku przeciwnym do mijających ją samochodów (na przekór młodości, na przekór ciotce, na przekór innemu niż zakonne życiu).

Nie było jeszcze w polskiej kinematografii filmu opowiadającego o podróży do wnętrza siebie w taki sposób – w szarej, peerelowskiej scenerii, przy kojących dźwiękach jazzu i kultowych piosenkach tamtej epoki. Mimo (subtelnego i nienachalnego) poruszania niewygodnych wątków historycznych, Ida Pawlikowskiego, w opozycji do Pokłosia Władysława Pasikowskiego, nie wywołała skandalu i sprzeciwu oburzonej publiczności. Wręcz przeciwnie – zbiera kolejne nagrody (Warszawa, Londyn, Toronto) i pełne zachwytów recenzje. Być może właśnie dlatego, że reżyser nie skupił się w swojej opowieści tylko na Polsce, na rozliczeniach z przeszłością i moralizatorskim kategoryzowaniu. Udało mu się opowiedzieć (całkiem uniwersalną i pozbawioną patosu) historię dwóch kobiet, których dramat zdeterminowany jest przez doświadczenie życia w dotkniętym patologią totalitaryzmów kraju.

[UWAGA, SPOILER] W Idzie nawet samobójstwo jest estetyczne, subtelne i pełne klasy. Przemilczane, przy akompaniamencie 41. Symfonii Mozarta, w perłach, czarnej sukience i ubranym w ostatniej chwili płaszczu – jest zakończeniem nędznego życia, desperacką nagrodą za przymus męczącej egzystencji. Bo film Pawlikowskiego właśnie taki jest – przesiąknięty estetyką, której zdecydowanie brakuje w polskich produkcjach, oszczędny w słowach i zmuszający do myślenia (chapeau bas dla scenarzystów – Pawlikowskiego i Rebecci Lenkiewicz). Być może w tym właśnie tkwi jego fenomen – w doskonale obudowanej prostocie i uderzająco dobrych biało-czarnych kadrach, w telewizyjnym formacie, w odsyłającej do klimatu lat sześćdziesiątych muzyce i zachwycających kreacjach aktorskich (przypadkowo „znaleziona” w warszawskiej knajpie Trzebuchowska stworzyła wraz z Agatą Kuleszą naprawdę wyjątkowy duet).

Cóż. Mam tylko nadzieję, że Paweł Pawlikowski zechce dalej wspierać polskie kino swoją twórczością, detronizując w miażdżący sposób takie nazwiska jak Kasia Rosłaniec czy Barbara Białowąs. Póki co, nie pozbędę się lęku przed premierą każdej polskiej produkcji.

Ida, reż. Paweł Pawlikowski, Dania, Polska (2013)