zakonnice-odchodza-15
RECENZJE | 16.05.2016

Rozwódki w habicie (M. Abramowicz „Zakonnice odchodzą po cichu”)

Większość z nas zna pewnie jakiegoś byłego księdza, który zrzucił habit i wrócił do życia sprzed posługi. Bardzo niewiele mówi się jednak w analogicznym kontekście o zakonnicach. Straciły powołanie? Przespały się z księdzem? Nie dotrzymały ślubów? Przyczyna opuszczenia wspólnoty i wina zawsze leżą po ich stronie. Marta Abramowicz, dziennikarka szlifująca warsztat pod okiem mistrzyni reportażu Hanny Krall, zbadała problem i stara się odpowiedzieć na te pytania w swojej najnowszej książce o znamiennym tytule Zakonnice odchodzą po cichu.

Tytuł ten już na początku prowadzi czytelnika na odpowiedni tor interpretacji. Jeszcze za czasów Polski Ludowej rozwódki wstydziły się swojego statusu społecznego. Opiekunki ogniska domowego powinny przy nim czuwać i podsycać ogień rodzinnego ciepła mimo wszelkich przeciwności. Te, które temu nie podołały, bo nie odnalazły się w swojej roli lub sytuacja w związku małżeńskim nie pozwalała na kontynuowanie sielskich tradycji, skazywane były na społeczną banicję. Podobnie traktowane są dziś zakonnice, które wzięły rozwód z Bogiem i zakonem.

Książka Abramowicz to nie tylko reportaż. Nie jest to także wywiad ani kompendium wiedzy na temat życia w żeńskim zakonie, mimo że znaczna część książki opisuje obiektywną historię przemian wybranych kongregacji. To przede wszystkim studium o bezmyślnej pobożności, która wzniecana jest przez totalny brak krytycznego myślenia. Ofiarami tego systemu są zwykle młode kobiety, a właściwie jeszcze dziewczęta, które nie poznały jeszcze dorosłego życia i nie wykształciły w sobie odwagi do stawiania własnych osądów. Izolacja od świata i życie w niewielkim gronie sióstr sprawiają, że młode adeptki skazane są na rozumowanie wedle schematów narzuconych im przez wspólnotę. Brak formacji moralnej i intelektualnej, spowodowany niechęcią wysyłania sióstr na wyższe uczelnie, prowadzą do fanatyzmu, gdzie wszelkie formy samodzielnego myślenia uznawane są za brak posłuszeństwa wobec Boga i wspólnoty. Jedna z bohaterek tak komentuje panujące za murami nastroje:

Religia nie pozostawia żadnej przestrzeni na twoje myśli, decyzje, na twoją wolność. Jeśli masz wątpliwości, zawsze wytłumaczą ci: „Oto wielka tajemnica wiary”. Oddajesz mózg wspólnocie parafialnej i dostosowujesz się do listów, kazań, czytań. Mówią ci, w co masz wierzyć, kiedy masz się smucić, a kiedy cieszyć. To jest tak uproszczone i infantylne, jak kolędy.

Autorka doskonale podkreśla ten aspekt, umieszczając przed każdym rozdziałem książki cytaty z autentycznej księgi Savoir-vivre siostry zakonnej z początku XX wieku.

Pierwsza część Zakonnic odchodzących po cichu składa się ze wspomnień kobiet, którym narzucono reżim sztywnych reguł i konwenansów, oraz ukazuje, jak nowicjuszki nie potrafiły im podołać. Czynności błahe, jak spożywanie ulubionych posiłków czy przyjmowanie wygodnej pozy podczas siedzenia przy stole, uznawane były za murami zakonów za grzeszne i godne potępienia. Bo jedynym celem i jednocześnie drogą ku świętości we wspólnotach żeńskich jest umartwianie się. A większość dziewczyn wybrało zakon głównie ze względu na możliwość uczestnictwa w posłudze biednym i chorym. Jednak regulaminy zgromadzeń pozwalają wspierać bliźnich dopiero, gdy wykonane zostaną wszystkie obowiązki względem zakonu. I zwykle wtedy nie wystarcza już czasu na pomoc innym, bo są to zazwyczaj wyczerpujące, syzyfowe prace. Natomiast wyścig w plebiscycie o to, która z sióstr zgotowała sobie większe cierpienie, wydaje się kuriozalny nawet dla zakonników męskich, wśród których reguły postępowania są znacznie bardziej swobodne. Podczas gdy u dominikanów panuje ustrój demokratyczny, angażujący wszystkich członków do podejmowania zbiorowych decyzji dotyczących wspólnoty, u sióstr mamy do czynienia z nadużyciami władzy przez Matki Generalne, które są nieomylne i w oczach niektórych nowicjuszek reprezentują Boga w skali 1:1.

To, co uderza w książce, to plastikowe relacje panujące w żeńskich oddziałach. Wszelkie przyjaźnie, głębsze rozmowy czy wzajemna pomoc traktowane są jako odejście sióstr od Boga ku profanacji. We wspomnieniach byłych zakonnic, Magdaleny i Joanny, pada stwierdzenie:

Mistrzyni przestrzega: żadnych indywidualnych przyjaźni. Więzi mają być wspólne, bo jesteśmy wspólnotą. Jeśli chcesz w niedzielę pójść na spacer ze współsiostrą, to za każdym razem z inną. Rozmawiaj ze wszystkimi, z żadną częściej, z żadną dłużej.

Jedyną formą relacji pozostaje relacja z Bogiem. Większość kobiet wchodzi w nią jak w relację damsko-męską, co skutkuje po pewnym czasie niewątpliwym rozczarowaniem. Chęć jej pogłębienia kończy się zawsze uświadomieniem, że jest to byt nieuchwytny, w miejscu którego z czasem pojawia się pustka.

Reakcją na powyższe działania jest druga część książki Abramowicz. Znajdują się w niej wypowiedzi kobiet dotyczące ich życia „po zakonie” oraz krytyczne wypowiedzi na temat praktyk panujących za murami wspólnoty. Po tytułowym cichym odejściu kobiety zaczynają spełniać się w życiu prywatnym i religijnym. Budowanie rodziny, opieka nad dziećmi czy prace na rzecz stowarzyszeń zrzeszających osoby wykluczone i dyskryminowane pozwalają im poczuć moc prawdziwego powołania i realizować cele, jakie przyświecają ich wierze.

Dlaczego jednak tak trudno namierzyć byłą zakonnicę i z nią porozmawiać? Mimo że udało im się grubą kreską oddzielić to, co za murami od tego, co jest teraz, jakaś lojalność wobec wspólnoty zamyka im usta. Wszelkie negatywne komentarze narażają integralność takich zgromadzeń. Zakony opierają się nie tylko krytyce, ale i kulturowym przekształceniom. Pomimo że rola kobiet w społeczeństwie na przestrzeni wieków ulegała wielokrotnym reformacjom, ich kondycja w kościele utrzymuje skostniałą formułę. Wciąż nie posiadają przywilejów równorzędnych z uprawnieniami księży i zakonników, choć na Zachodzie powoli zaczyna to ulegać zmianie. Po części może to wynikać z przywiązania do tradycji. Z drugiej strony może stanowić ochronę dogmatów, które stałyby się zagrożone podczas interwencji tego, co nowe. W męskich zgromadzeniach zmiany kulturowe przebiegają zdecydowanie bardziej płynnie. A dzięki naciskowi męskich wspolnot na kształcenie swoich podopiecznych, zyskują wiele światłych umysłów. Tym samym mogą służyć innym nie swoim cierpieniem, ale poprzez kształcenie.

Abramowicz nie poprzestaje jednak na krytyce. Oprócz wywiadów i wspomnień otrzymujemy również dane na temat życia zakonnego za granicą. To dość wyraźny kontrapunkt dla prowadzonych w pierwszej części książki narracji. Kraje Zachodu dotknięte postępującym zjawiskiem sekularyzacji, nie są tak silnie osadzone w tradycji, dzięki czemu są bardziej podatne na zmiany. Dotyczy to także zgromadzeń. Tamtejsze zakony odchodzą powoli od modelu kontemplacyjnego na rzecz posługi wiernym i potrzebującym. Nie wiadomo jednak, czy zmiany te dotrą do naszych rodzimych wspólnot.

Z pewnością pojawią się krytyczne komentarze na temat książki i jej autorki, która z pomocą byłych służebnic kościoła demaskuje naiwną pobożność i dziecinny bezkrytycyzm zgromadzeń. Niewątpliwie należy jednak tę pozycję umieścić w szeregu tekstów poruszających problem kobiecej tożsamości zniewolonej przez konwenanse. Pozbawiona akademizmu i nadmiernego teoretyzowania, staje się wiarygodnym i przystępnym opracowaniem problemu, który nie był jeszcze tak szeroko podejmowany.

 

Marta Abramowicz

Zakonnice odchodzą po cichu

Krytyka Polityczna, 2016

Liczba stron: 213