EDDO-LODGE, Dlaczego - okładka
Nowości wydawnicze | 16.04.2018

Reni Eddo-Lodge „Dlaczego nie rozmawiam już z białymi o kolorze skóry” (fragment)

Reni Eddo-Lodge Dlaczego nie rozmawiam już z białymi o kolorze skóry, tłum. Anna Sak

Karakter, 2018

[fragment]

 

Fotografia autorki: Amaal Said

 

Wstęp

 

22 lutego 2014 roku zamieściłam wpis na moim blogu. Dałam mu tytuł: „Dlaczego nie rozmawiam już z białymi o kolorze skóry”.

Oto on:

 „Przestałam wdawać się w dyskusje z białymi na temat rasy. Nie wszystkimi białymi, lecz tylko z ogromną większością, która nie chce przyjąć do wiadomości istnienia rasizmu strukturalnego i jego symptomów. Nie mogę dłużej przerzucać mostów nad otchłanią emocjonalnego zobojętnienia okazywanego przez białych, gdy osoba o innym kolorze skóry dzieli się swoim doświadczeniem. Nie mogę patrzeć, jak zaciskają powieki i przestają nas słyszeć, jakby ktoś sączył im do uszu melasę i zatykał przewody słuchowe.

To, że odłączają się emocjonalnie, jest skutkiem życia w nieuświadomionym poczuciu, że ich kolor skóry jest normą, a wszystkie inne – odstępstwem od niej. W najlepszym wypadku biali uczą się nie wspominać o tym, że kolorowi są «inni», żeby przypadkiem nas nie urazić. Naprawdę myślą, że ich doświadczenia życiowe wynikłe z takiego, a nie innego koloru skóry są i powinny być uniwersalne. Nie mogę dłużej patrzeć na to zdumienie i niechęć, z jakimi przyjmują fakt, że nie każdy doświadcza świata tak samo jak oni. Nigdy nie musieli namyślać się nad tym, jak bycie białym łączy się z władzą, więc ilekroć ktoś delikatnie im o tym przypomina, przyjmują to jako afront. Oczy zachodzą im mgiełką (nuda) albo szeroko się otwierają (oburzenie). Usta drżą lekko, szykują się do obrony. Już, już chcą ci przerwać, zagadać cię, a nie uczciwie wysłuchać, bo przecież coś ci się pomyliło.

Chcąc zrozumieć rasizm strukturalny, nadal musimy przyznawać pierwszeństwo uczuciom białych. Ci zaś, nawet jeśli nas słyszą, to naprawdę nie słuchają. Jak gdyby coś działo się ze słowami po wydobyciu się z naszych gardeł, zanim dotrą do ich uszu. Napotykają barykadę i tam się zatrzymują.

W ten sposób dochodzi do emocjonalnego odłączenia. Nie jest to wielka niespodzianka, bo przecież nigdy nie mieli pojęcia, co znaczy traktować osobę o innym kolorze skóry jak równego sobie, kogoś, kto ma równie wartościowe myśli i uczucia jak oni. W dokumencie Lee Mun Waha The Color of Fear zobaczyłam, jak ludzie o ciemnej skórze, bliscy płaczu, usiłują przekonać aroganckiego białego, że to, co mówi, narzuca im i powiela białe rasistowskie stereotypy. Patrzy on niewidzącym wzrokiem, kompletnie zbity z tropu przez ten ból, w najlepszym razie bagatelizując go, w najgorszym – wyśmiewając.

Pisałam już kiedyś o tym białym wyparciu jako o wszechobecnej polityce, która w swoim funkcjonowaniu opiera się na immanentnej niewidzialności rasy. Nie mogę dłużej rozmawiać z białymi o rasie, bo gdy się im zwróci na nią uwagę, zaczynają się wszystkiego wypierać, wykonują niezdarne mentalne wygibasy i akrobacje. No bo kto chce, by przypominano mu o instytucjonalnym systemie, który przynosi mu korzyści kosztem innych?

Nie mogę kontynuować tej rozmowy, ponieważ często przystępujemy do niej z bardzo różnych poziomów. Nie mogę omawiać szczegółów problemu z kimś, kto nie dostrzega jego istnienia. Jeszcze gorzej, gdy osoba biała może i byłaby skłonna rozważyć możliwość istnienia tegoż rasizmu, ale uważa, że rozmawiamy jak równy z równym. Otóż nie.

Nie mówiąc już o tym, jak niebezpieczne jest dla mnie wchodzenie w dyskusję z polemicznie nastawionymi białymi. Gdy podnosi się szmer dezaprobaty i narasta przekora, muszę mieć się na baczności, bo jeśli okażę złość, frustrację albo rozdrażnienie brakiem zrozumienia z ich strony, natychmiast przywołają z pamięci rasistowskie figury złych czarnych, którzy dybią na nich i na ich bezpieczeństwo. I z dużym prawdopodobieństwem pomyślą, że ich zadręczam albo zastraszam. Biali przyjaciele przypuszczalnie staną za nimi murem i będą się wzajemnie zapewniać o prawdziwości własnej wersji historii. Próby nawiązywania z nimi porozumienia i sterowania ich rasizmem nie są warte wysiłku.

W każdej rozmowie o tym, jak to Mili Biali Ludzie czują, że odbiera im się głos, gdy mowa o rasie, pojawia się paradoksalny, totalny brak zrozumienia czy empatii dla tych z nas, którzy zostali w widoczny sposób naznaczeni jako inni i ponoszą tego konsekwencje przez całe życie. Ludzie o odmiennym kolorze skóry są skazani na prawdziwą dożywotnią autocenzurę. Mamy do wyboru – wypowiadać swoją prawdę i szykować się na odwet albo trzymać język za zębami i udawać, że nic się nie stało. Swoją drogą dziwne musi to być życie: zawsze mieć prawo głosu i wpadać w oburzenie, kiedy proszą, żebyś wreszcie, dla odmiany, posłuchał. Wynika to chyba, jak sądzę, z nigdy niepodważanego przeświadczenia białych o własnym uprzywilejowaniu.

Nie mogę dłużej zamęczać się psychicznie, próbując komunikować mój punkt widzenia, jednocześnie balansując na bardzo rozhuśtanej linie, aby przypadkiem nie zarzucić żadnemu białemu współudziału w utrwalaniu rasizmu strukturalnego i nie narazić się na ostracyzm.

Tak więc nie rozmawiam już z białymi o rasie. Nie mogę zmienić świata, nie mam tak wielkiej siły przebicia, ale mogę wyznaczyć granice. Mogę przeciwstawić się ich poczuciu uprzywilejowania wobec mnie. Zacznę od przerwania rozmowy. Szala jest zanadto przechylona na ich korzyść. Często wcale nie chcą słuchać i się uczyć; jedyne, czego pragną, to egzekwować swoją siłę, udowodnić, że nie mam racji, wyczerpać mnie emocjonalnie i potwierdzić status quo. Nie rozmawiam z białymi o rasie, jeśli nie jest to absolutnie konieczne. Jeśli zostanę poproszona o występ w mediach czy na konferencji, co będzie oznaczało, że ktoś może usłyszeć, co mam do powiedzenia i poczuć się mniej samotny, nie odmówię udziału. Ale nie zadaję się już z tymi, którzy zamiast słuchać, chcą mnie wyśmiać i szczerze mówiąc, nie zasługują na uwagę”.

 

Kliknęłam „publikuj” i wpis na blogu zaczął żyć własnym życiem. Po latach nadal spotykam, w różnych krajach i sytuacjach, nowe osoby, które mówią mi, że go czytały. W 2014 roku, kiedy linkowano go w całym internecie, szykowałam się na niechybną lawinę rasistowskich komentarzy. Odzew okazał się zupełnie inny, tak bardzo, że nie wierzyłam własnym oczom.

W odpowiedziach wyraźnie zarysował się podział według ras. Dostałam mnóstwo wiadomości od czarnych i brązowych. Całą masę podziękowań i uwag typu „wyraziłaś moje doświadczenie”. Donoszono mi o łzach wzruszenia, dyskutowano trochę o tym, jak podejść do problemu, często wysoko ceniąc działania edukacyjne jako sposób na osiągnięcie porozumienia. Te wiadomości dodawały mi otuchy. Wiedziałam, jak trudno jest ubrać w słowa to poczucie frustracji, dlatego gdy różne osoby kontaktowały się ze mną i dziękowały za objaśnienie tego, z czego wytłumaczeniem borykały się przez całe swoje życie, cieszyłam się, że dopomogłam. Wiedziałam, że jeśli ja czuję się mniej samotna, to oni zapewne też.

Nie spodziewałam się natomiast wybuchu emocji ludzi białych, którym zdawało się, że moje postanowienie o nierozmawianiu z białymi o rasizmie umniejsza jakoś ten świat, i że to absolutna tragedia. Ich odczucia najlepiej chyba opisać słowami: „Dobijasz nas”.

 „Nie masz pojęcia, jak strasznie mi przykro, że tak się przez nas czujesz – napisał ktoś w komentarzu. – Jako biały, jestem boleśnie zażenowany systemowym przywilejem, którego istnienia nie uznajemy, a cieszymy się nim na co dzień. Wstyd mi tym bardziej, że sam uświadomiłem to sobie dopiero jakieś dziesięć lat temu”.

Inny komentator apelował: „Nie przestawaj rozmawiać z białymi, mówisz jasno i o ważnych rzeczach, istnieją przecież sposoby na dotarcie ze swoim przesłaniem”. Jeszcze ktoś inny, tym razem czarny, napisał: „To okropnie żmudne zadanie, przekonywanie ludzi, ale nie powinniśmy dawać za wygraną”. Na koniec usłyszałam po prostu: „Proszę, nie spisuj białych na straty”.

Te odpowiedzi, choć pełne sympatii, potwierdzały istnienie tej samej otchłani niezrozumienia, o której pisałam na blogu. Wydawało się, że pomylono adresata mojego tekstu. Nie pisałam go wcale z zamiarem obudzenia wyrzutów sumienia u białych albo objawienia im jakiejś prawdy. Wtedy nie miałam pojęcia, że niechcący ogłosiłam, że zrywam romans z białością. Nie spodziewałam się też, że biali czytelnicy zrobią w internecie coś w rodzaju wirtualnego czuwania pod oknem mojej sypialni z głośnikiem i bukietami kwiatów, będą wyznawać swoje grzeszki i błagać, bym nie odchodziła. Wszystko to wydawało mi się jakieś dziwne i kłopotliwe. Sądziłam, że pisząc tamten post, mówię tylko tyle, że mam dość. Nie było to wołanie o pomoc ani pokorne błaganie o zrozumienie i współczucie u białych. Nie była to też zachęta dla białych, by oddali się samobiczowaniu. Przestałam rozmawiać z nimi o kolorze skóry, ponieważ wcale nie uważam, że rezygnacja to oznaka słabości. Czasem tak każe instynkt samozachowawczy.

Rozwinęłam post „Dlaczego nie rozmawiam już z białymi o kolorze skóry” w książkę, aby – i tu paradoks – kontynuować rozmowę. Odkąd postawiłam granicę, nie robię już prawie nic oprócz mówienia o rasizmie – na festiwalach muzycznych, w studiach telewizyjnych, do licealistów, na zjazdach partii politycznych – i widzę, że zapotrzebowanie na tego rodzaju wymianę poglądów nie słabnie. Ludzie chcą rozmawiać. Ta książka jest pokłosiem pięciu lat wzburzenia, frustracji, męczących wyjaśnień i sążnistych komentarzy na Facebooku. Opowiada nie tylko o tym, co w rasizmie oczywiste, ale też o tym, jak łatwo się w niego ześlizgnąć – o tych drobiazgach, które trudno doprecyzować, i tych, które każą nam wątpić w swoje człowieczeństwo. Wielka Brytania jest ciągle mocno zakłopotana rasą i różnicą.

Od napisania tamtego blogowego postu w 2014 roku moja sytuacja znacznie się zmieniła. Teraz przez większość czasu rozmawiam z białymi o rasie. Branża wydawnicza jest zdominowana przez białych, więc na pewno nie opublikowałabym tej książki bez rozmowy na temat rasizmu z przynajmniej kilkorgiem z nich. Byli też biali, o których nigdy bym nie pomyślała, że kiedykolwiek zamienię z nimi więcej niż słowo – na przykład były lider Brytyjskiej Partii Narodowej, Nick Griffin. Wiem, że zdaniem wielu osób nie powinno się udostępniać mu trybuny do głoszenia poglądów, dlatego miałam dylemat w związku z wywiadem, który znalazł się na stronie 153. Nie jestem pierwszą osobą, która daje Griffinowi możliwość wypowiedzenia się publicznie, mam tylko nadzieję, że posłużyłam się jego słowami w sposób odpowiedzialny.

 

Krótka uwaga na temat definicji: w tej książce określenie „kolorowy” odnosi się do osób o innym kolorze skóry niż biały. Używam go, ponieważ brzmi dla mnie o niebo lepiej niż „niebiały” – wyraz, który niesie z sobą sugestię jakiegoś braku czy deficytu. Słowa „czarny” używam na określenie osób pochodzenia afrykańskiego i karaibskiego, w tym osób mieszanego pochodzenia. A że przytaczam sporo wyników badań naukowych, od czasu do czasu pojawi się tu wyrażenie „czarni i pochodzący z mniejszości etnicznych”. Nie przepadam za tym terminem, bo kojarzy się z rozdawanymi pacjentom służby zdrowia ankietami „kontroli różnorodności”, ale postanowiłam przy nim pozostać w trosce o precyzję w odczytywaniu wyników badań.

 

Piszę – i czytam – żeby przekonać samą siebie, że inni myślą podobnie, że nie jestem w tym odosobniona, że to, co czuję, jest realne, wiarygodne, prawdziwe. Jestem boleśnie świadoma rasy tylko dlatego, że odkąd sięgam pamięcią, byłam przez mój świat wyraźnie piętnowana jako inna. Choć często analizuję niewidzialną białość i roztrząsam jej wykluczającą naturę, patrzę jako outsiderka. Zdaję sobie sprawę, że nie dotyczy to większości białych, którzy idą przez życie błogo nieświadomi własnej rasy, dopóki ktoś nie poda w wątpliwość jej dominacji. Kiedy biali biorą do ręki kolorowe pismo, przeglądają internet, czytają gazetę albo włączają telewizor, widok ludzi, którzy wyglądają tak samo jak oni, u szczytów władzy albo egzekwujących swój autorytet, nie jest rzadki ani dziwny. Zwłaszcza w kulturze afirmacja białości jako cechy pozytywnej jest tak rozpowszechniona, że przeciętny biały nawet jej nie zauważa i konsumuje ją bez sprzeciwu. Być białym znaczy być człowiekiem; biel jest uniwersalna. Wiem to tylko dlatego, że nie jestem biała.

Napisałam tę książkę, aby dać wyraz temu, co czuję, gdy w imię utrzymania status quo bezczelnie kradnie mi się mój głos i wiarę w siebie. Napisałam ją, żeby przeciwdziałać brakom w zakresie wiedzy historycznej i nieznajomości tła politycznego, dostarczyć ci punkt zaczepienia potrzebny w sprzeciwie wobec rasizmu. Mam nadzieję, że użyjesz jej jako narzędzia.

Nic już mnie nie powstrzyma przed mówieniem o rasie. Każdy głos przeciwko rasizmowi stopniowo odbiera mu moc. Nie stać nas na luksus milczenia. Ta książka jest próbą zabrania głosu.