• Patronem wydania jest Kraków Miasto Literatury UNESCO
Recenzje | 16.12.2019
Remis („Historia małżeńska”)
Recenzje | 16.12.2019

Remis („Historia małżeńska”)

Nicole (Scarlett Johansson) i Charlie (Adam Driver) są parą od dekady. Razem z kilkuletnim synem, Henrym (Azhy Robertson), mieszkają w Nowym Jorku, razem pracują też w awangardowym teatrze. Choć ich Historia małżeńska rozpoczyna się od wzruszającego wyliczenia, co najbardziej cenią w sobie nawzajem, szybko wychodzi na jaw, że na tym etapie związku żadna z licznych zalet żony/męża nie jest już w stanie ich przy sobie zatrzymać. 

Fiasko terapii dla par zbiega się w czasie z otrzymaniem przez Nicole propozycji zawodowej – przyjmując ją, po latach bezowocnych rozmów na ten temat wreszcie może wrócić do rodzinnego Los Angeles na dłużej. W Kalifornii, gdzie na okres zdjęć przebywa wraz z synem, zatrzyma ją coś jeszcze: to właśnie tam postanowi – wbrew początkowym ustaleniom – skorzystać z pomocy bezwzględnej prawniczki, Nory Fanshaw (Laura Dern). Charlie, którego dotychczasowe życie toczyło się niemal wyłącznie w Nowym Jorku, zostanie więc postawiony w sytuacji bez wyjścia: chcąc dostosować się do zupełnie nowych reguł rozwodowej gry, będzie musiał sprostać całemu szeregowi wyzwań.

W swoim najnowszym i zarazem najdojrzalszym filmie Noah Baumbach umiejętnie dawkuje widzom emocje. Z charakterystyczną dla siebie lekkością przechodzi od scen komediowych do głęboko wzruszających; niekiedy wywołuje na twarzach widzów uśmiech, innym razem stawia ich w obliczu skrajnych przeżyć – gniewu, poczucia winy, krzywdy i niezrozumienia. Prowadzi swoje postaci z niezwykłym wyczuciem, bez pośpiechu, skrótów czy uproszczeń. Zamiast wrzucić nas w sam środek ekranowej walki na śmierć i życie, opowieść rozpoczyna spokojnie, bez fajerwerków. Daje nadzieję na to, że wszystko przebiegnie pokojowo, z klasą. Taką samą nadzieję początkowo żywią bohaterowie. Niemal niezauważalnie, kawałek po kawałku, odpadają kolejne elementy układanki zwanej „związkiem”. Im mniej z niej pozostaje, im bardziej realne i namacalne staje się rozstanie, tym trudniej Nicole i Charliemu zapanować nad sobą, nad językiem, nad emocjami i respektowaniem wytyczonych niegdyś granic przyzwoitości. 

Jedna z najmocniej zapadających w pamięć scen rozgrywa się w sądzie. Adwokaci małżonków, jak przystało na starych wyjadaczy, bez oporu zadają stronie przeciwnej ciosy poniżej pasa. Nakręcają spiralę wzajemnych zarzutów – mniej lub bardziej zgodnych z rzeczywistością – tak szybko i sprawnie, że główni zainteresowani wycofują się na drugi plan. Momentami spuszczają głowy, odwracają wzrok, powstrzymują łzy. To właśnie te drobne, pełne bezradności gesty najlepiej oddają ogarniające ich zmieszanie, smutek, żal, pretensje. A także jakiś rodzaj wstydu wywołanego uświadomieniem sobie, że sprawy zaszły za daleko, wymknęły się spod kontroli. Każde z nich wygląda, jakby chciało powiedzieć „dość”, a jednocześnie nie potrafiło, bo przecież na tym etapie o odwrocie nie może już być mowy.    

„Prawda cię wyzwoli, ale najpierw cię wkurzy” – popularne stwierdzenie Glorii Steinem przypomniałam sobie po seansie, kiedy w mojej głowie pojawił się szereg pytań: kto ma rację? Kogo łatwiej zrozumieć? Po czyjej stronie sama się opowiadam? Nicole, która od dawna czuła się niezauważana i niezaspokajana, ale występując o rozwód, wykorzystała swoją przewagę i całkowicie narzuciła warunki? Charlie, według którego żona zawdzięcza mu karierę, ale który w ferworze pochłaniającej praktycznie całą jego uwagę pracy twórczej wdał się w romans z koleżanką po fachu? Drążę, drążę i oto, do czego dochodzę: Baumbachowi znacznie bliżej do innego obiegowego stwierdzenia – o winie leżącej zawsze pośrodku. Reżyser zdaje się sugerować, że wcale nie wina któregoś z małżonków jest tym, nad czym trzeba się w tej historii pochylać. W filmowym pojedynku ogłasza remis; tak naprawdę interesuje go bolesny, choć nieunikniony proces rozłąki, rozpadania się jednego małżeńskiego ciała na dwa osobne, ponownie na nią i na niego. Jeśli stawką jest jakaś prawda, to ta życiowa – o związkach i o rozstaniach, o tym, że ani na jedno, ani na drugie nie ma jednej recepty, sprawdzonego scenariusza. Zawsze coś może pójść nie tak. I nikt nie daje gwarancji, że próby naprawienia wyrządzonych szkód nie doprowadzą, paradoksalnie, do powstania kolejnych. 

„Historia małżeńska”, fot. materiały prasowe

Historia małżeńska to film wzruszający, wielowymiarowy i wspaniale niehollywoodzki. Wielokrotnie zamiast zrobić o jeden krok za daleko, reżyser woli zrobić dwa w tył – wycofuje się w ostatniej chwili, wyciemnia ekran i pozostawia widza w zawieszeniu, z pewnego rodzaju niedopowiedzeniem. Efektem takiej strategii – niestawiania kropki nad i, unikania efekciarskich rozwiązań czy banalizujących podziałów na czarne i białe, urywania niektórych wątków, pozwalania, by jakaś część opowieści rozegrała się poza zasięgiem wzroku widza – jest rzadko spotykany we współczesnym kinie margines wolności, z którego czerpią wszyscy: bohaterowie, fabuła, odbiorcy. Baumbach nie tylko wie, że ma do czynienia z czymś niebywale delikatnym, intymnym – wie również, jak się z tym obchodzić. Johansson i Driver również to wiedzą – dają najlepsze aktorskie popisy w swoich karierach. Azhy Robertson w roli chłopca, który bez względu na okoliczności żyje w swoim dziecięcym świecie, potrzebuje zabawy, troski i wyrozumiałości, niemalże im dorównuje. Znacznie gorzej wypada drugi plan: Laura Dern kreuje postać bliźniaczo podobną do Renaty Klein z Wielkich kłamstewek, Julie Hagerty jako matka głównej bohaterki zbyt często ociera się o karykaturalność, a Ray Liotta (bezkompromisowy prawnik Jay) nie ma szans w starciu z Alanem Aldą i jego leciwym, rozbrajająco nieporadnym Bertem Spitzem. 

Jeszcze do niedawna najlepszą w moim mniemaniu opowieścią o rozstaniu pozostawało Blue Valentine Dereka Cianfrance’a z 2010 roku. Pomimo – albo właśnie dlatego – że za sprawą dramatu z Michelle Williams i Ryanem Goslingiem miałam ochotę wyłącznie położyć się plackiem na podłodze i tak doczekać kresu swoich dni. Fabularnie podobny, finał Historii małżeńskiej wywołał we mnie zupełnie inną, niespodziewaną reakcję – wzbudził nadzieję. Nikłą, ale jednak. Na co? Chociażby na to, że rozpad związku/rodziny nie zawsze jest końcem absolutnym, pochłaniającą wszystko czarną dziurą. Że jakiś kompromis musi być osiągalny, jakąś dozę wzajemnego szacunku i godności musi się dać ocalić. Bez względu na okoliczności.

Cztery statuetki Gotham, sześć nominacji do Złotych Globów i majaczące na horyzoncie Oscary pozwalają domniemywać, że pozycja Noah Baumbacha, jednego z najciekawszych współczesnych amerykańskich twórców filmowych, w najbliższym czasie tylko się w Hollywood umocni. Wspaniała to wiadomość, biorąc pod uwagę, jak wiele tematów czeka na opracowanie we właściwym dla niego stylu – łączącym dojrzałość z humorem, idealny dobór słów z wymownym (prze)milczeniem i wielkie kino z najintymniejszymi sferami życia człowieka.