obja
Nowości wydawnicze | 15.10.2017

REBECCA SOLNIT „MĘŻCZYŹNI OBJAŚNIAJĄ MI ŚWIAT” (FRAGMENT)

Babka pająk

2014

I

Kobieta rozwiesza pranie. Dzieje się wszystko i nic. Z całego jej ciała widzimy tylko kilka palców dłoni, dwie mocne, ciemne łydki i stopy. Białe prześcieradło, które wiesza, przyciśnięte przez wiatr do jej ciała, ujawnia jego zarysy. Choć to jedna z najzwyklejszych czynności – rozwieszanie rzeczy, żeby wyschły – kobieta nosi czarne szpilki, jak gdyby szykując się na coś więcej niż domowe zajęcia, jak gdyby zajęcia domowe były rodzajem tańca. Jej skrzyżowane nogi zdają się wykonywać taneczny krok. Słońce sprawia, że jej ciało i białe prześcieradło rzucają na ziemię mroczny cień, który wygląda jak długonogi, ciemny ptak, istota innego gatunku, rozciągająca się pod jej stopami. Prześcieradło ulatuje na wietrze, cień ulatuje, a wszystko to – na tle krajobrazu tak nagiego i surowego i tak rozległego, że niemal daje się dojrzeć krzywiznę Ziemi na horyzoncie. Oto najzwyczajniejsza i najbardziej niezwykła czynność, wieszanie prania – i malowanie. To drugie robi tyle, ile można zrobić bez słów, przywołując wszystko i nie mówiąc niczego, zapraszając znaczenia, ale nie przywiązując się do żadnego z nich szczególnie, raczej stawiając pytania, niż dając odpowiedź. Tu, na obrazie Any Teresy Fernández, kobieta istnieje i zostaje zarazem wymazana.

II

Myślę o tym wymazaniu. Czy też raczej o tym, że wymazywanie nie ustaje. W rodzinie mojej przyjaciółki odtworzono drzewo genealogiczne sięgające tysiąca lat wstecz, w którym nie ma ani jednej kobiety. Niedawno odkryła, że ona sama nie istniała, choć istniał jej brat. Nie istniała jej matka ani matka jej ojca. Ani ojciec jej matki. Nie było babek. Ojcowie mieli synów i wnuków i tak wygląda cały rodowód, w którym nazwisko przechodzi między kolejnymi gałęziami, a im głębiej sięga się w przeszłość, tym więcej osób znika – siostry, matki, babki, praprababki – ogromny lud kobiecy, usunięty z zapisów i z historii. Rodzina mojej przyjaciółki pochodzi z Indii, my na Zachodzie znamy jednak podobne rodowody choćby z Biblii, w której długie listy filiacji łączą ojców z synami. Niesamowita wyliczanka czternastu pokoleń, która otwiera w Nowym Testamencie Ewangelię według świętego Mateusza, zaczyna się od Abrahama i dochodzi do Józefa (nie ma tam żadnej wzmianki o tym, że to Boga, a nie Józefa, uważa się za ojca Jezusa). Drzewo Jessego – rodzaj słupa totemicznego z męską linią rodu Jezusa, taką, jaka podana jest w Ewangelii Mateusza – które w średniowieczu często przedstawiano na witrażach i portalach, uważa się za prawzór wszelkich drzew genealogicznych. Tak oto spójność – patriarchatu, rodowodu, opowieści – osiąga się za pomocą wymazywania i wykluczenia.

III

Usuń swoją matkę, potem swoje dwie babki, a następnie cztery prababki. Cofnij się o kolejnych kilka pokoleń, a znikną setki i tysiące kobiet. Matki znikają, a wraz z nimi znikają ojcowie i matki matek. Jeszcze więcej żyć zniknie – jak gdyby nigdy nie zostały przeżyte – jeśli zawęzisz las do drzewa, sieć do linii. A to właśnie trzeba zrobić, by skonstruować linearną opowieść o krwi, o wpływie lub o znaczeniu. Dostrzegałam to w historii sztuki, kiedy mówiono nam, że Picasso spłodził Pollocka, a Pollock spłodził Warhola i tak to szło – jak gdyby wpływ na artystę wywierać mogli tylko inni artyści. Lata temu Robert Irwin, artysta z Los Angeles, zasłynął tym, że porzucił na poboczu autostrady krytyka sztuki z Nowego Jorku, który nie chciał uznać, że praca młodego majstra, przerabiającego hot-rody (stylowe auta z podrasowanym silnikiem), jest sztuką. Sam Irwin także zajmował się przerabianiem samochodów, a kultura hot-rodów miała wielki wpływ na jego twórczość. Pamiętam pewną współczesną artystkę, która zareagowała nieco grzeczniej, ale była równie wkurzona jak Irwin, kiedy w katalogu źródła inspiracji jej prac zostały określone w linii ojcowskiej: orzeczono mianowicie, że pochodzi wprost od Kurta Schwittersa i Johna Heartfielda. Ona sama wiedziała doskonale, że wywodzi się ze świata robótek i prac ręcznych, z tkactwa, ze wszystkich praktycznych aktów wytwarzania czegoś, ze wszystkich tych łączących się z sobą i powtarzających gestów, które fascynowały ją od dzieciństwa, kiedy w domu obserwowała pracę murarza. Na każdą i każdego z nas wpływ wywierają te rzeczy, które poprzedziły naszą formalną edukację, które pojawiły się znikąd, z codziennego życia. Te wykluczone wpływy nazywam babkami.

IV

Są także inne sposoby, za pomocą których usuwa się kobiety. Weźmy tę całą sprawę z nazwiskami. W niektórych kulturach mężatki zachowują swoje imiona i nazwiska, w większości jednak ich dzieci przyjmują nazwisko ojca; w anglojęzycznym świecie jeszcze do niedawna do kobiety zamężnej zwracano się, używając imienia jej męża poprzedzonego zwrotem „Mrs.” (Pani). Przestawałaś, na przykład, być Charlotte Brontë, by stać się panią Arthurową Nicholls. Pozostawało to w zgodzie z angielskim prawem, jak oznajmiał Blackstone w 1765 roku:

„W małżeństwie mąż i żona w obliczu prawa są jedną osobą: oznacza to, że w czasie małżeństwa sam byt czy też prawne istnienie kobiety zostaje zawieszone, czy też wcielone i scalone z istnieniem mężczyzny; pod jego skrzydłami, osłoną i ochroną prawną wykonuje ona wszystko; i co za tym idzie, w naszym prawniczym francuskim nazywana jest femme-couverte [kobietą chronioną, dosłownie – zakrytą] (…) czy też pozostającą pod opieką i pod wpływem męża, swojego barona, swojego pana; jej stan w małżeństwie określany jest jako couverture [ochrona]. Z tej racji mężczyzna nie może niczego zagwarantować żonie ani zawrzeć z nią ugody: ponieważ gwarancja oznaczałaby założenie, że ona istnieje jako osobny byt”.

Osłania ją jak prześcieradło, jak całun, jak okrycie. Ona nie ma osobnego bytu.

V

Kobiece nieistnienie przybiera tak wiele postaci. Na początku wojny w Afganistanie w niedzielnym wydaniu „New York Timesa” zamieszczono obszerny artykuł. Duże zdjęcie obok tekstu miało przedstawiać rodzinę, ale kiedy na nie spojrzałam, zobaczyłam jedynie mężczyznę i dzieci – póki nie uświadomiłam sobie, zaskoczona, że coś, co wzięłam za firankę albo mebel, jest w rzeczywistości całkowicie zasłoniętą kobietą. Znikała z pola widzenia i niezależnie od wszystkich innych argumentów za i przeciw, jakie można podać w sporze o zasłony na twarz albo burki, jedna i druga sprawia, że ludzie dosłownie znikają. Zasłony mają długą tradycję. Istniały w Asyrii ponad trzy tysiące lat temu, kiedy uznawano, że są dwa rodzaje kobiet – szacowne żony i wdowy, które musiały nosić zasłonę, oraz prostytutki i niewolnice, którym nie wolno było jej zakładać. Zasłona była czymś w rodzaju prywatnego muru, znakiem, że kobieta, która ją nosi, należy do jednego mężczyzny, była przenośną formą zamknięcia. Mniej przenośne formy utrzymywały kobiety zamknięte w domach, przywiązane do sfery prac domowych i opieki nad dziećmi, a co za tym idzie, z dala od spraw publicznych, niezdolne do swobodnego przemieszczania się. W zbyt wielu społeczeństwach zamykano kobiety w domach, by kontrolować ich erotyczną energię: w patrylinearnym świecie ojciec pragnął wiedzieć, którzy synowie są jego, i móc wykreślać linię własnych potomków. W społeczeństwach matrylinearnych ten rodzaj kontroli nie ma tak istotnego znaczenia.

VI

W Argentynie podczas „brudnej wojny”, między 1976 a 1983 rokiem, mówiono, że junta wojskowa „znika” ludzi. „Znikano” dysydentów, działaczy, lewicowców, Żydów – zarówno mężczyzn, jak i kobiety. Przeznaczonych do „zniknięcia” zabierano, o ile to było możliwe, w tajemnicy i nawet bliscy nie mogli poznać ich losu. Zgładzono w ten sposób od piętnastu do trzydziestu tysięcy Argentynek i Argentyńczyków. Ludzie przestawali rozmawiać z sąsiadami i przyjaciółmi, milczeli ze strachu, że dowolna osoba lub rzecz może ich zdradzić. Ich istnienie, które starali się uchronić przed niebytem, stawało się coraz mniej wyraziste. Czasownik „zniknąć” stawał się rzeczownikiem zbiorowym w miarę, jak tysiące ludzi zamieniało się w „znikniętych”, los desaparecidos; tymczasem dla osób, które ich kochały, wciąż żyli. Pierwsze głosy przeciwko zniknięciom, pierwsze, które przełamały lęk i wybrzmiały z mocą, należały do matek. Nazywano je Las Madres de Plaza de Mayo, Matki z Plaza de Mayo. Były matkami tych, które i którzy zniknęli, zaczęły gromadzić się na placu w samym sercu kraju – naprzeciw Casa Rosa, rezydencji prezydenta, na Plaza de Mayo w Buenos Aires – i zebrawszy się, nie chciały już odejść. Atakowane, zatrzymywane, przesłuchiwane, wyrzucane siłą z tego najbardziej publicznego z publicznych placów, powracały nieustannie, aby otwarcie świadczyć o swojej żałobie i swoim gniewie i domagać się, by zwrócono im dzieci i wnuki. Nosiły białe chustki, na których haftowały imiona swoich dzieci i daty ich zaginięcia. Macierzyństwo stanowiło emocjonalną i biologiczną więź, której rządzący krajem generałowie nie mogli przeciwstawić oskarżeń ani o lewicowość, ani o działalność przestępczą. Stanowiło osłonę dla polityki nowego typu, podobnie jak w przypadku amerykańskiej grupy Women Strike for Peace, założonej w 1961 roku, w mrocznych czasach zimnej wojny, kiedy wciąż jeszcze z dysydentów robiono złowrogich komunistów. Macierzyństwo i szacunek stały się kostiumem, zbroją, w której kobiety zaatakowały w jednym przypadku generałów, w drugim – program zbrojeń atomowych i samą wojnę. Rola stała się zasłoną; kobiety zyskały za nią rodzaj ograniczonej swobody poruszania się w systemie, w którym nikt nie był naprawdę wolny.

VII

Kiedy byłam młoda, na kampusie wielkiego uniwersytetu zgwałcono kilka kobiet. Władze poradziły wszystkim studentkom, żeby nie wychodziły po zmroku, a najlepiej, żeby nie wychodziły w ogóle. Idź do domu. (Jeśli jesteś kobietą, zamknięcie zawsze czeka, aby cię otoczyć). Jacyś żartownisie rozwiesili plakaty proponujące inny środek zaradczy: wykluczenie z kampusu po zmroku wszystkich mężczyzn. Było to równie logiczne rozwiązanie, mężczyzn jednak zaszokowała sugestia, że mieliby zniknąć, stracić swobodę ruchu i możliwość uczestnictwa, tylko z powodu przemocy dokonywanej przez jednego człowieka. Bardzo łatwo określić „zniknięcia” z czasów brudnej wojny jako przestępstwo, jak jednak mamy nazwać tysiąclecia znikania kobiet ze sfery publicznej, z genealogii, z prawa, z głosu, z życia? Według projektu Ferite a Morte (Śmiertelnie Ranne), organizowanego przez włoską aktorkę Serenę Dandini i jej koleżanki, co roku na świecie mniej więcej sześćdziesiąt sześć tysięcy kobiet zostaje zabitych przez mężczyzn w konkretnych okolicznościach: ten typ mordów zaczęto nazywać kobietobójstwem. Większość z tych kobiet ginie z rąk kochanków, mężów, byłych partnerów, którzy starają się narzucić im najskrajniejszą formę zamknięcia, ostateczną formę wymazania, uciszenia, zniknięcia. Śmierć tego rodzaju przychodzi zwykle po latach lub dekadach uciszania i wymazywania w domu, w życiu codziennym, z użyciem gróźb i przemocy. Niektóre kobiety wymazywane były po trochu, inne jednym gestem. Niektóre powróciły. Każda z powracających kobiet zmaga się z tymi samymi siłami, które starały się doprowadzić do jej zniknięcia. Walczy z siłami, które próbują opowiedzieć jej historię za nią, wypisać ją z historii, z genealogii, z praw człowieka, z zasady prawa. Możność opowiedzenia własnej historii za pomocą słów lub obrazów już jest zwycięstwem i już jest buntem.

VIII

Tak wiele można opowiedzieć o kobietach rozwieszających pranie – wieszanie ubrań na sznurze może być całkiem przyjemnym zajęciem, drogą ku światłu. Wiele historii można by snuć na temat tajemniczej postaci całkowicie spowitej pościelą na obrazie Any Teresy Fernández. Rozwieszanie prania może być najbardziej kojącą z prac domowych, taką, która łączy się z powietrzem i słońcem, i z chwilą, w której woda wyparowuje z czystych rzeczy. Dziś na ogół nie wykonują tej pracy osoby uprzywilejowane, chociaż, rzecz jasna, nie możemy stwierdzić, czy kobieta w czarnych szpilkach jest panią domu, pokojówką czy boginią, podobnie jak nie możemy odpowiedzieć na pytanie, jakie znaczenie ma to, że rozwiesza pościel – moje myśli popłynęły, jak gdyby wzdłuż własnego sznura do bielizny, strumieniem skojarzeń, dotyczących przypadków zapomnienia. Przed wynalezieniem suszarek suszenie prania na sznurku było codziennością, sama wciąż to robię. Podobnie jak robią to Latynoski i Azjatki, imigrantki mieszkające w Los Angeles; pranie wisi w oknach w Chinatown i na podwórkach w całym Mission District, powiewając jak szeregi modlitewnych chorągiewek. Jakie historie mają do opowiedzenia te sprane dżinsy, te dziecięce ubrania, te całkiem spore majtki, ta poszewka na poduszkę?

(fragment)

 

Rebecca Solnit,
Mężczyźni objaśniają mi świat

Przeł. Anna Dzierzgowska

Wydawnictwo Karakter, 2017

SOLNIT-Mezczyzni-objasniaja-mi-swiat-300-FRONT