rec_jaskolka_dominiknawrocki
RECENZJE | 19.05.2014

Rapsod z wielkiej płyty („Jaskółka”)

Kino_Pod_Baranami_zaprasza (1)

Nie pamiętam występu Stana Borysa w Opolu. Nie pamiętam pierwszego wykonania tej smętnej i poetyckiej piosenki śpiewanej przez mężczyznę spowitego w czerń niczym muzyczny Hamlet. Nie pamiętam 21 czerwca 1973 roku i kształtującego się fenomenu Opola. Zawsze boli mnie ten okrutny przykład dziejowej niesprawiedliwości, czyli pojawienie się (moje) na świecie w nudnych czasach demokracji i kapitalizmu. Jaskółkę, siostrę burzy, na szczęście znam i pamiętam z bardziej lub mniej zdezelowanego radia czy Szansy na sukces, synonimu niedzielnych popołudni. I z różnych innych źródeł, których nie zdradzę, żeby uniknąć kompromitacji. Niestety, nie mogę powiedzieć, że kultowa ballada Stana Borysa determinowała w jakikolwiek sposób moje dzieciństwo czy inny etap życia (aczkolwiek jest zabarwiona swego rodzaju sentymentem, to prawda). No właśnie – czym może być piosenka tkwiąca na pozór niewinnie w zakamarkach wspomnień? Pretekstem do stworzenia niespodziewanie dobrego filmu (i jego fundamentem!) – na przykład.

Bartosz Warwas jest świeżo upieczonym absolwentem reżyserii w łódzkiej Szkole Filmowej. A – poza tym istotnym faktem biograficznym – jest także twórcą Jaskółki, która z dyplomowej etiudy rozwinęła skrzydła do rangi pełnometrażowego filmu. Podobnego zaszczytu doznał Rysopis Jerzego Skolimowskiego dobrych parę lat wcześniej. Taka ot, skromna anegdotka historyczna towarzysząca promocji łódzkiej „filmówki”. Po obejrzeniu debiutanckiego projektu Warwasa stwierdzam, że nie jest to jednak bezzasadna pijarowa przynęta.

Właściwą część fabularną filmu poprzedza apokaliptyczny dialog na traktorze pomiędzy panem Heniem (Bronisław Wrocławski) a znacznie młodszym Mariuszem (Dobromir Dymecki). W wyjątkowo patetycznej oprawie, w postaci kiełbasy i wódki, pan Henio orzeka proroctwo o destrukcji świata, która już nadeszła, już zbiera swoje żniwo. Niczym antyczna Sybilla recytująca biblijną Apokalipsę, pan Heniu, oddając mocz pod płotem, profetycznie głosi egzystencjalny upadek (w oddali widać znamienną słoneczną kulę zwiastująca zmierzch ludzkości). A potem jedziemy taksówką z Agnieszką Jaskółką (Ewa Kustusz) i jej małą córeczką, Niną (Nina Warwas), do anty-raju tętniącego „blokowiskością” i betonową mentalnością. Jest rok 2000. Agnieszka Jaskółka wraca po piętnastu latach do miejsca swojego dzieciństwa, które – jak się później okazuje – prowokuje ją do zmierzenia się nie tylko z pożądanymi przez selektywną pamięć wspomnieniami.

Tymczasem, przy nostalgicznym akompaniamencie Tyle słońca w całym mieście (słońca w nim raczej nie będzie), poznajemy ojca Agnieszki, pana Jaskółkę (Marcin Włodarski), starszego mężczyznę w czerni ze srebrnym krzyżykiem na piersi. Przekraczając próg mieszkania, wkraczamy w zakonserwowane peerelowskie wnętrze (ukłony dla scenografów i dekoratorów) – od tego momentu fabularna narracja będzie podwójna, a przestrzeń czasowa zostanie załamana przez powrót do doby polskiego komunizmu. Będziemy świadkami Ewangelii według Jaskółki (I Ostatnia Wieczerza, II Śmierć na krzyżu, III Złożenie do grobu, IV Zmartwychwstanie, V Lany Poniedziałek) i jednocześnie towarzyszami Agnieszki w jej podróżach po wspomnieniach z dzieciństwa. Przynajmniej tak nam się będzie wydawało.

Przeszłość głównej bohaterki, której rekonstrukcja przypomina coś na kształt poematu rozkwitającego (stopniowe przedzieranie się Agnieszki przez powierzchniową warstwę pamięci ku jej najgłębszym zakamarkom), to przede wszystkim interesujące ukazanie czasów PRL-u, które są od paru lat tematem szczególnie eksploatowanym przez naszych twórców (choćby Bilet na Księżyc, Wszystko, co kocham, Rewers, Ida, nie licząc typowo historycznych filmów spod znaku ostatniego dzieła Wajdy czy Pasikowskiego). Jednym powrót do złotych czasów komunizmu wychodzi lepiej, innym gorzej, ale przecież liczą się dobre chęci. Akurat Warwasowi udało się pod tym względem (jak i paroma innymi) zabłysnąć oryginalnością – w Jaskółce gierkowska rzeczywistość jest zgrabnie przejaskrawiona, z umiejętnym uwypukleniem peerelowskiego absurdu i przesady. Jest też oczywiście i wódka, i śledzik, i cała ścieżka dźwiękowa obfitująca w kultowe utwory Urszuli, Franka Kimono, Dwa Plus Jeden czy Karin Stanek (albo Vivaldiego, gdy swoją Ewangelię ciągnie stary Jaskółka).

Ale wróćmy jeszcze do fabuły (zaskakującej w ujęciu holistycznym, czego nie mogę do końca rozwinąć, ze względu na swoją nieznośną tendencją do spoilerowania). Dzieciństwo Agnieszki Jaskółki, mimo paradoksalnej barwności peerelowskiej scenerii, dalekie jest od beztroski. Apodyktyczny ojciec, terroryzujący swoje jedyne dziecko własnymi niespełnionymi ambicjami dotyczącymi muzycznej kariery (wierzył, że nagra płytę z Marylą Rodowicz, zostawi swoją starą i wyjedzie do magicznej Warszawy) i powtarzający jak mantrę groźbę – chcesz skończyć jak twoja matka?!, zahukana i ślepo kochająca żona, która ostatecznie umiera przy szalejącej do Totalnej hipnozy (ach, Urszula i lata 80-te) córce, bunt, strach i patologia – oto młodość Agnieszki. Dosyć dramatyczna, nieprawdaż? Tu właśnie reżyser Jaskółki wykazał się rzadko spotykaną ostatnio w naszym kinie lekkością i umiejętnością posługiwania się groteską.

I to jest właśnie najmocniejszy i najbardziej magnetyzujący aspekt tego filmu – zgrabne balansowanie na granicy czarnego humoru (głównie dzięki udanej współpracy scenariuszowego tercetu: Kustusz, Warwas, Włodarski) i ukrytego – pod osłoną kuriozalności i przerysowania – dramatu. Nie znajdziemy w Jaskółce niepotrzebnych metafor, ani przesadnej fascynacji zachodnią kinematografią, których pełno w polskim kinie młodych. Ku mojej radości, Bartosz Warwas nie uległ także tendencji charakterystycznej dla jego kolegów po reżyserskim fachu, czyli „łazienka jako źródło cierpień” (sic!), na co zwróciłam szczególną uwagę w recenzji Hardkor Disko.

To, co dobre w Jaskółce, jest jednak zrozumiałe tylko dla polskiej widowni, odnajdującej się w typowo peerelowskich kontekstach. Obawiam się, że potencjalny, zagraniczny odbiorca miałby raczej problem ze zrozumieniem większości sytuacji, które są stricte związane z historią i mentalnością naszego kraju. Specyficzna jest także gra aktorska. To, co może razić i wzbudzać podejrzenia niedociągnięć (czy to dotyczących charakteryzacji, czy warsztatu), to teatralność (sama jestem raczej entuzjastką tego zabiegu). Główni aktorzy są bowiem obsadzeni w rolach podwójnych – Marcin Włodarski gra pana Jaskółkę zarówno z okresu młodości, jak i tego grubo po czterdziestce, zaś Ewę Kustusz, poza rolą Agnieszki, odnajdujemy w paru scenach z jej własną (Agnieszki) matką. Całość filmu opiera się właśnie na fundamentach teatru, w związku z czym uznaję nieprzesadną (umyślnie, jak mniemam i/lub ze względu na niski budżet) charakteryzację za symboliczną. To zresztą dodatkowy walor Jaskółki, która jest prawdziwym powiewem (a nie tylko podmuchem) świeżości w polskiej kinematografii. Patrząc na trailer etiudy innego filmu Warwasa, Dnia Oszusta, czekam z niecierpliwością na kolejne pełnometrażowe realizacje.

Tytuł filmu, bezpośrednio związany z występem Stana Borysa z 1973 roku, zostaje wyjaśniony pod koniec, w mocno szokujących okolicznościach i przy udziale freudowskich mechanizmów. Agnieszka Jaskółka przypomina sobie, dlaczego przez całe życie nienawidziła kultowego utworu. Dlaczego Jaskółka uwięziona nie uwiodła jej swoją balladowością. I że wcale nie chodziło – jak utrzymywała na początku swojej opowieści – o nazwisko. Przypomni sobie także dzień, w którym zjadła największe lody w koktajlbarze. I co mogą oznaczać słowa ojca o zakopanym skarbie. A kiedy już wszystko sobie przypomni, widz zostanie wbity w ziemię i nastąpi zakończenie filmu. O tyle zaskakujące, że ów szanowny widz, poczuje się wyprowadzony w pole. I to w bardzo dobrym stylu.