ilustracja_ginczanka_karolina_nowicka
RECENZJE | 26.05.2014

„Radosny prorok – dziewczyna” (Z. Ginczanka „Wniebowstąpienie Ziemi”)

Powinnam napisać, że Zuzanna Ginczanka była nazywana „Tuwimem w spódnicy”; że wychowała się w Równem Wołyńskim (dziś Ukraina), ale określano ją mianem „Gwiazdy Syjonu”; że z całego wachlarza języków, z którymi stykała się od dzieciństwa, wybrała polski, tym samym została polską poetką Żydówką. Od razu dodam – „piękną Żydówką”. Powinnam także podkreślić, że zmarła w wieku dwudziestu siedmiu lat, rozstrzelana przez gestapo. Powinnam napomknąć, że była legendą warszawskiej cyganerii, i że Witold Gombrowicz wykręcał jej ręce, okazując w ten sposób sympatię. W końcu powinnam wspomnieć choćby słówkiem, że jest poetką zapomnianą i niedocenioną, zastanowić się, czy przypadkiem nie wynika to właśnie z odczytań jej poezji wyłącznie w kluczu biograficznym.

Moje przekonanie, że o Zuzannie Ginczance – poetce dwudziestolecia międzywojennego – nie powinno mówić się jedynie w kontekście zjawiskowej urody i pochodzenia (aczkolwiek bez tego myślenie o jej twórczości byłoby niepełne), potwierdza w posłowiu do Wniebowstąpienia Ziemi Tadeusz Dąbrowski. Tym razem to właśnie autor Czarnego kwadratu wybrał wiersze do kolejnej antologii z cyklu 44. Poezja polska od nowa, chcąc odzyskać, przywrócić do literackiej pamięci Zuzannę Ginczankę czy – jak zwykło się o niej mówić – Sanę.

Poezja Ginczanki jest osobna, nie wchodzi do kanonu literackiego, mimo coraz większego zainteresowania nie tylko polskich badaczy i badaczek. Mnożą się feministyczne odczytania jej twórczości, zwraca się też uwagę na polsko-żydowską tożsamość autorki. Zrobiła błyskawiczną karierę za życia, ale olśniewała przede wszystkim urodą. W pierwszych pośmiertnych interpretacjach poezji Ginczanki, pióra na przykład Józefa Łobodowskiego, wypierano jej twórczość na margines i całą uwagę skupiano na wdzięku, powabie i urodzie. Z kolei Tadeusz Wittlin pisał: Ilekroć na nią patrzę, niemal zawsze myślę, że Wyspiański oczami duszy poety widział w niej ideał Racheli dla swego „Wesela”, mimo że było to sporo lat zanim Ginczanka się urodziła. Zachwycali się nią przede wszystkim mężczyźni – poeci, krytycy, pisarze, choć głosów zachwytu nie brakowało także ze strony kobiet, najbliższych przyjaciółek Ginczanki. Za życia stała się zjawiskiem, jej życiorys był na tyle niezwykły i tragiczny zarazem, że nic dziwnego, iż klucz biograficzny w kontekście jej twórczości wiódł prym.Postać Ginczanki najwyraźniej stymulowała wiele zmysłów, ale jeden szczególnie – wzrok. Jej piękno zwracało powszechną uwagę, a samo doświadczenie cudzego spojrzenia i właśnie obsesja patrzenia znalazły wyraz w jej wierszach. Pojawiają się niepoznawalne kocie oczy, puste oczodoły, wreszcie własne oczy, w głąb których sama musi popatrzeć, by zrozumieć Innych, Obcych – jak w wierszu Posucha: Skarżymy się tobie, dziewczyno, która nam pomóc nie umiesz, / szukamy w tobie pokrewieństw / niedoskonałe / i dumne – / różnie jest nam na imię / i wszystko jest nam inaczej, / – a przecież pojmiesz nas, młoda, / gdy w własne oczy / popatrzysz. Wzrok jest najpotężniejszym zmysłem, oglądanie jedną z najważniejszych czynności – patrzymy nie tylko na rzeczy, na przyrodę, kolory – szarość ziemi, zieleń trawy, purpurę trubadurów, ale przede wszystkim patrzymy i przyglądamy się słowom, zawsze pod światło, zawsze w pełnym słońcu, czasami tylko marząc o deszczu.

Jej poezja pod względem językowym była bardziej pewna siebie, nowatorska i odważniejsza niż utwory Skamandrytów, z którymi była kojarzona. Poetka pozostawiła po sobie jeden tom wierszy O centaurach (1936), a także wiele tekstów rozproszonych, drukowanych w prasie dwudziestolecia. Do wyboru Dąbrowskiego, prócz bardzo dobrze znanych w swoim zapomnieniu wierszy, takich jak Non omnis moriar, weszły także cztery niepublikowane wcześniej utwory: Zygfryd, Laurka noworoczna, Koniugacja, Sklepik boski. Jej twórczość, choć momentami naiwna, dziecinna, jest nasycona wirtuozerskimi metaforami, neologizmami, otwartością formy. To wybitna poezja, która, jak pisze Dąbrowski, nie stwierdza, a szuka. Tu należy zadać pytanie, czego szuka Ginczanka w swojej poezji, lub może za jej pośrednictwem. Tożsamości? Świadomości? Otwartości? Samopoznania? Jej twórczość wydaje się poszukiwaniem sposobu na łamanie stereotypów, nawoływaniem do buntu i rewolucji, wypowiadaniem nam swojego życia.

Autor wyboru wierszy do Wniebowstąpienia Ziemi w posłowiu postuluje: Uratujmy Ginczankę przed jej polskością. Uratujmy Ginczankę przed jej żydowskością. Przed jej obezwładniającą urodą. Przed metodologią cielesną i pięknoduchowską. Przed jej dwudziestosiedmioletnim życiem i tragiczną śmiercią. Uratujmy ją przed gestapo. Ocalmy przed Systemem. Czytajmy ją bez litości.

Bezlitosna lektura Ginczanki nie oznacza dla Dąbrowskiego pochylania się nad tragicznym losem poetki, ale czytanie jej utworów miarą „poetyckiej wielkości”. Dąbrowski proponuje, by przyjrzeć się jej twórczości jako grze o „ja”. Grze, do której poetka zaprasza na przykład w wierszu Wyjaśnienia na marginesie: W wzdętym płucu wiatru / i w zwątpieniu skał (…) / siebie / tutaj / rozproszoną / znaleźć. Reguły gry, w której stawką jest odnalezienie samej siebie, ustala sama Ginczanka. Niektórych wyborów dokonuje stanowczo: W smolistej szczelnej arce własnych spraw / chłoszczący rozchłyst potopu / i świat świszczący / omijam (Żegluga), niejednokrotnie jednak podaje w wątpliwość własną drogę: Czy pójdę, czy pójdę górą, / czy pójdę doliną? (Maj 1939), wprowadzając samą siebie w Labirynt obłędny: Tysiąc tysięcy niedrzwi – drzwi, przez które muszę iść, choć nie chcę. Trafia do miasta, które rozprasza „ja”, krzyżuje szyki, nie pozwala na wytyczenie jednej drogi do mety, celu, nie pozwala na poznanie, prowokuje dalsze poszukiwania – wwięziło we mnie szaleństwo rozkołysanych perspektyw – / wmąciło bezłady linii. Ginczanka wciąga do przestrzeni gry o swoje „ja”, gry w upale, na rozżarzonych do czerwoności ziemiach, ciepłych łąkach, rozmaite postaci, które będą znaczące dla stworzenia samych reguł, poszukiwania celu i sensu – czarne koty, które przebiegiem kreślą jej drogę, baby z pełnymi wiadrami, flagowe dla jej twórczości „męsko-żeńskie” centaury, purpurowy trubadur, krytycy poezje wertujący, aż wreszcie lwowianka, dzielna żona szpicla, / donosicielka chyża, matka folksdojczera, czyli gospodyni domu, przez którą Ginczanka została zadenuncjowana, kiedy ukrywała się przed gestapo.

Czytanie bezlitosne Dąbrowskiego twórczości Ginczanki skupia się także wokół, jak sam pisze, wydobycia własnej tożsamości spod niezliczonych warstw kulturowych i ideologicznych skamielin, ról społecznych i płciowych. Autor wyboru zwraca uwagę na poezję, która formułuje się za pomocą nowego, świeżego i niedialektycznego języka. Dąbrowski daje się w pełni uwieść bynajmniej nie Ginczance urody „kasydy perskiej”, ale przede wszystkim Ginczance twórczyni, której wybitna poezja wyrasta z niepokoju albo z zachwytu.

Sama nie do końca wiem, czy autorami antologii 44. Poezja polska od nowa są poeci, którzy oddają głos zapomnianym poetkom, czy właśnie poetki prowadzące poetów, wymuszające (choć to na pewno złe słowo) na nich nowe interpretacje i zestawienia. Wciąż pozostaję pod ogromnym wrażeniem duetu Anny Świrszczyńskiej i Konrada Góry, zwłaszcza dzięki nieoczywistemu odczytaniu twórczości takiej samej w środku Anny Świr; dziś gratuluję Dąbrowskiemu wyboru i bezlitosnego potraktowania Zuzanny Ginczanki, poetki, która oprócz samej siebie nie zna innej dali.

 

Zuzanna Ginczanka

Wniebowstąpienie Ziemi

Wybór i posłowie Tadeusz Dąbrowski

Biuro Literackie, 2013

Liczba stron: 78

Urszula Pieczek

Urszula Pieczek

(ur. 1986) - lubaczowianka z pochodzenia, krakowianka z wyboru. Absolwentka ukrainistyki i polonistyki UJ, obecnie doktorantka na Wydziale Polonistyki UJ. Redaktorka trójjęzycznego czasopisma "Radar" i miesięcznika "Znak". Tłumaczy z języka ukraińskiego, zajmuje się dyskursem tożsamościowym i udaje, że nie czyta poezji.