prawa_innych
RECENZJE | 28.09.2015

Racjonalność bez zębów (S. Benhabib „Prawa Innych. Przybysze, rezydenci i obywatele”)

Napływ uchodźców i imigrantów do Unii Europejskiej rozpalił na nowo spory dotyczące granic, obywatelstwa i obowiązków gościnności. Znów pojawił się temat, o którym wszyscy mają i najwidoczniej powinni mieć zdanie. Ale w społeczeństwach takich jak dzisiejsze, opartych na transmitowanym przez całą dobę Debordowskim spektaklu, więcej: przeżywających się jako ciągły spektakl, spory nie mają charakteru debaty, lecz punktowych, histerycznych starć poszczególnych argumentów. To zjawisko jest widoczne szczególnie dobrze w Polsce, w której opinię od nagiego starcia przeciwnych pozycji dzieli często tylko krótkie odroczenie. Nowa książka serii „Idee” Wydawnictwa Krytyki Politycznej – przekład Praw Innych amerykańskiej politolożki i filozofki Seyli Benhabib – wydaje się więc idealnie trafiać w swój czas, dając intelektualne paliwo do aktualnych debat. Wbrew pozorom tego typu książki są częścią problemu, a nie jego rozwiązaniem.

Jak to często bywa w przypadku serii wydawniczych, otrzymujemy książkę, która tylko na pozór pasuje do poprzednich wydanych pozycji. Można się jednak o tym przekonać dopiero po czasie. Najpierw na tylnej okładce wydania napotkamy całkiem wciągający blurb:

Granica państwowa to zmyślne urządzenie. Jeśli znajdziesz się po niewłaściwej stronie, możesz w mig zmienić się z obywatela w kogoś obcego i pozbawionego praw. Tak jakby po przekroczeniu jej coś zmieniło cię w wybrakowany towar niezasługujący na dobre traktowanie. Z drugiej strony granica to też gwarancja demokratycznej polityki, coś, co pozwala zamkniętym nią ludziom decydować o prawach, polityce i moralności. Nie da się więc wymarzyć świata bez granic, ale też nie powinno się patrzeć, jak cierpią ludzie, którzy akurat znaleźli się po niewłaściwej stronie […].

Ten blurb jest niestety niespełnioną obietnicą – i to z kilku powodów. Po pierwsze, podaje on w skrótowej postaci jeden z największych paradoksów nowoczesnej polityki: system państw narodowych, który zarazem łączy i wyklucza, uniwersalizuje i partykularyzuje. Wydawałoby się, że skoro już jesteśmy na tropie paradoksu, to Prawa Innych powiedzą nam o nim coś istotnego. Niestety: to książka ze strukturalnych przyczyn niezdolna do ujęcia czegoś takiego jak paradoks. Zamiast ująć go w całej sprzeczności – i niesprawiedliwości, którą pociąga, Benhabib zadowala się wymianą ogólnikowych argumentów. W jej myśleniu niemal w ogóle nie pojawia się różnica między państwem a narodem, które – podobnie jak we wszystkich uzasadnieniach współczesnej międzynarodowej polityki – tworzą zagadkową i przedustawną jedność. Władza w tajemniczy sposób emanuje z narodu i mu służy. Jedność kulturowa i językowa po prostu istnieje. Mimo tego, że autorka deklaruje świadomość, jak bardzo wszelkie jedności i substancje są społecznymi konstruktami, w zadziwiający sposób powraca do myślenia potocznego, całkowicie przesyconego ideologicznymi konstruktami.

Po drugie, żywy język cytowanego wyżej blurbu całkowicie odstaje od technokratycznego i rezonującego dyskursu, który wypełnia książkę Benhabib. Niestety próbka jest tu konieczna:

[…] procesy interakcji pomiędzy rozmaitymi aktorami w złożonych, wielopoziomowych kontekstach zarządzania nazywam forami iteracji demokratycznej. Iteracje demokratyczne są to formy dialogu – w wymiarze moralnym i politycznym – w ramach którego obowiązujące globalnie zasady i normy, w szeregu powiązanych ze sobą konwersacji i interakcji, podlegają zawłaszczeniu i reduplikacji przez wszelkiego rodzaju demokratyczne elektoraty. Tym sposobem troska o globalną sprawiedliwość może stać się naczelną zasadą działania ludów demokratycznych.

Język językiem, ale problemem książki Benhabib jest strukturalna obłość dyskursu, który w swój truchtający ton wrzuca jednocześnie kompletne banały, pojedyncze trafne spostrzeżenia i zamulające ogólniki. Wszędzie są tu argumenty, twierdzenia i dyskusje z mniej lub bardziej wyobrażonymi przeciwnikami, które tworzą jakąś upiorną parodię dyskursu filozoficznego – swego rodzaju przedłużonej w nieskończoność rezonującej rozmowy między graczami bezpłodnej gry. Zostają w nią wciągnięte – najwyraźniej bez większego zrozumienia – wszelkie dostępne autorce pojęcia. Nawet pamięć Derridy nie wyszła z tej zabawy bez szwanku, bowiem Benhabib posługuje się terminem iteracja, swobodnie traktując go jako pojęcie i przetwarzając w efektownie brzmiący i mierny intelektualnie wytrych. W jej książce spotkać się mogą wszystkie filozoficzne odniesienia, o ile wcześniej wyrwano im żądło i przetworzono w zabawki do akademickiej gry. Nawet Kant jest tutaj dostarczycielem argumentów. Temu pseudointelektualnemu językowi towarzyszą niestety w polskim przekładzie pewne – miejscami poważne merytorycznie – błędy tłumaczeniowe (mylenie Rady Europy z Radą Europejską, Rady – jako organu UE – z Radą Ministrów UE, niemieckiej konstytucji [Grundgesetz] z „niemieckimi prawami podstawowymi” [sic!]).

Nie sposób oczywiście nie docenić – miejscami żarliwej – argumentacji autorki na rzecz zmiany praktyki politycznej w odniesieniu do imigrantów i uchodźców. Problem jednak w tym, że w żadnej mierze nie narusza ona najprostszych ideologicznych schematów debaty. Jej temperament znosi wszelkie argumenty w stronę okrągłych banałów. Wedle wielokrotnie powtarzanej tezy Benhabib, we współczesnym świecie mamy do czynienia z rozkładem instytucji obywatelstwa i zanikiem państw narodowych. Fakt, że książkę tę wydano w oryginale na początku lat dwutysięcznych, tylko w niewielkim stopniu usprawiedliwia tę krótkowzroczność. W uniesieniu płytko postmodernistycznego entuzjazmu dla wszelkiej negocjowalności, umowności i dyskutowalności autorka przeoczyła naprawdę poważne mechanizmy funkcjonowania władzy państwowej, które przecież – od czasów samego Hegla – doczekały się już niejednej głębszej analizy. Niestety negocjowalność nie jest odpowiedzią na wszystkie problemy, tym bardziej, jeśli za jej postulatem kryje się logocentryczne założenie o uniwersalnej ludzkiej racjonalności (najlepiej w stylu Yale). Tytułem przykładu: jeśli ktoś jeszcze o tym nie wie, może z Praw Innych dowiedzieć się, że posiada powszechne prawo do otrzymywania uzasadnień (zaintrygowanych tą wspaniałą i doskonale bezzałożeniową koncepcją odsyłam do książki).

Prawa Innych mogą służyć za wprowadzenie do bardzo aktualnej dziś problematyki. Zawierają pewną bazę merytoryczną, do której jednak należy podchodzić ostrożnie (wiedza autorki o prawie międzynarodowym i europejskim jest dość powierzchowna i specyficznie wpleciona w tok argumentacji – do czego dochodzą wspomniane błędy przekładu). Książka Benhabib może dostarczać materiału do rozpoznania toczących się obecnie sporów. Ale tak jak i one, ów tekst jest pozbawiony wizji i szerszego spojrzenia, uwikłany w ideologiczne sofizmaty i myślenie życzeniowe. Wszelkie dłuższe rozumowania – jak zapowiadająca się obiecująco analiza Kantowskiego prawa kosmopolitycznego – ostatecznie rozbijają się w pył formalistycznych argumencików, z których nic nie wynika.

Trudno powiedzieć, czemu książka Benhabib trafiła do lewicowej w końcu serii. Na temat granic, uchodźców i sprawiedliwości wydano przecież wiele głębokich, a dotąd nieprzełożonych na język polski tekstów (np. Human Rights and Empire Costasa Douzinasa). Niestety zamiast tego dostajemy książkę umysłowo dość bezpłodną, uwikłaną w lokalne i irrelewantne spory, podczas gdy machina systemu państw narodowych dzieli, wpuszcza i podpuszcza w najlepsze.

 

Sayla Benhabib

Prawa Innych. Przybysze, rezydenci i obywatele

Tłum. Michał Filipczuk

Wydawnictwo Krytyki Politycznej 2015

Liczba stron: 248