badziewna popkultura
ARTYKUŁY | 20.01.2014

Przyszłość narodu

Lech Dulian pisał niedawno o słabym poziomie polskiej kultury masowej, zwłaszcza telewizji, składając jej odbiorcom najlepsze życzenia. W komentarzach pod artykułem ganiono autora za defetyzm i wymieniano przykłady pozytywne, jak świetny serial Glina. Nie było natomiast mowy o najważniejszym obecnie konkurencie tradycyjnej telewizji – serwisie YouTube. Spróbujmy to nadrobić.

Na początku jednak muszę zaznaczyć, że generalnie się z autorem zgadzam. Kilka jaskółek, wobec znacznych środków, jakimi dysponują polskie stacje telewizyjne, wiosny nie czyni. Poziom ramówek wyznaczają produkcje zawstydzająco przaśne, pod wieloma względami nieprofesjonalne, na dłuższą metę ogłupiające, jak Sędzia Wesołowska, Szkoła życia, M jak miłość, W-11, Jaka to melodia? czy dowcipasy z ukrytej kamery na Tele 5. Jasne, że funkcjonują w głównym nurcie polskiej telewizji osobowości, które da się lubić – na przykład Robert Makłowicz, Piotr Bałtroczyk i Krystyna Czubówna – ale programy z ich udziałem nie wywołują u mnie ekscytacji, raczej zmęczenie. W odróżnieniu od youtuberów, jak dotąd posiadających dość inwencji, abym nie znudził się ich kanałami.

Wyjątkowo ciekawą postacią jest jeden z kilku najpopularniejszych w Polsce videoblogerów, Marek „AdBuster” Hoffman. Autor krótkich filmów zasłynął jako człowiek, który spostrzegł, że w pewnym spocie reklamowym „zwykły proszek” został wsypany do niewłaściwej przegrody w pralce, w konsekwencji nie miał z Vizirem żadnych szans. Hoffman prędko zainwestował w lepszy sprzęt do nagrywania oraz nabył podstawowe umiejętności montażysty i prezentera (dykcja!!!). Sądząc po filmach z udziałem publiczności (sprawdzającej na przykład, czy Coca-Coli Zero, zgodnie ze sloganem, nie da się odróżnić od zwykłej), Hoffman łatwo nawiązuje kontakt z gimnazjalną widownią. Ma jednak coś do zaoferowania również starszym – ośmiesza reklamy, których twórcy traktują nas jak kompletnych idiotów, a tym samym rozładowuje bezsilny gniew konsumenta. Są też inne, bardziej wymierne korzyści z oglądania AdBustera, mianowicie wyniki eksperymentów. Jak bez żmudnych prób stwierdzić, czy markowe baterie wystarczają na dłużej? Marek Hoffman sprawdzi to za nas, przy okazji podzieli się spostrzeżeniami na temat spotów szczególnie dowcipnych, czasem powie przekorny wierszyk propagujący własnoręczne zabijanie karpi.

Chwytanie autorów reklam za słówka może się wydawać infantylne – Hoffman wciąż udaje, że nie rozumie metafory, a z nieudanej próby przyklejenia się do sufitu za pomocą Pattexu (tak było w spocie!) niewiele dla konsumenta wynika. Ale w tej zabawie chodzi o radość ze stosowania chłopskiego rozumu. Autor filmów i jego widzowie na kilka minut przenoszą się do świata dziecięcej naiwności. Jeśli noże, jak widać w reklamie, nie tępią się od krojenia pustaków, to my to sprawdzimy. Pojęcia chwytu marketingowego nie można przecież rozciągać w nieskończoność.

AdBuster to nie jedyna aktywność Hoffmana na YouTubie. Wydaje się, że autor filmów równie wiele czasu poświęca mniej popularnemu kanałowi ByćJakJanBłachowicz, poświęconemu diecie, treningom i meczom mieszanych sztuk walki. Rzecz wydaje się porządnym połączeniem poradnika dla innych pasjonatów z podpytywaniem ekspertów i sportowym show. Trochę tu jednak brakuje rozmachu. Choć jestem entuzjastą YouTube’a, muszę przyznać, że to medium wciąż ma ograniczenia, bardzo widoczne przy próbie realizacji niektórych formatów bez telewizyjnego zaplecza. Na zdecydowanie większą uwagę zasługuje kanał Tube Raiders, współprowadzony przez Dariusza Hoffmana, który notabene jest bratem Marka, znanym z popularnonaukowej serii filmów pod tytułem SciFun. Panowie stworzyli, o ile wiem, jedyny w polskim internecie w miarę profesjonalny program oparty na idei urban exploration. Odwiedzają poddasze zrujnowanego kościoła, kanały pod poznańskim brukiem albo zbudowaną przez hitlerowców fabrykę amunicji, zaspokajając powszechne pragnienie odkrywania budowli niedostępnych i opuszczonych. Ich programy, mimo dłużyzn, są bardziej zajmujące niż ostatnie produkcje Bogusława Wołoszańskiego, co dla mnie, jako fana Sensacji, jest smutną konstatacją.

W tym punkcie ujawnia się jedna z podstawowych różnic między telewizją, medium obecnie niepodatnym na eksperymenty, a YouTube’em, gdzie twórcy siłą rzeczy próbują być ludźmi renesansu, znać się na wielu rzeczach, co często przynosi dobre rezultaty. Kolejnym przykładem jest Radosław Kotarski, zawsze nienagannie ubrany młody człowiek, który porzucił przyzwoitą pracę, aby poświęcić się popularyzacji wiedzy z różnych dziedzin – między innymi historii, językoznawstwa i stosowanych nauk przyrodniczych. Przy okazji serdecznie mu dziękuję za przekazywanie mi praktycznych informacji o spotykanych na co dzień substancjach. Na lekcjach chemii moja humanistyczna klasa przez dwa lata liczyła reakcje, teraz wreszcie mogę usłyszeć odpowiedź na trzeciorzędne pytanie o to, czy należy pić wodę z kranu. Z udzielonego pół roku temu wywiadu wynikało, że Kotarski wciąż dokładał do produkcji ukazujących się na kanale Polimaty filmów. Ale chyba już wyszedł na swoje. Podpisał kontrakt między innymi z TVP, która nagle się zorientowała, że program edukacyjny może mieć wzięcie. Nawet, jeśli prezenter jest niedoświadczony i wciąż popełnia błędy w sztuce, co drugie zdanie kończąc pointą w stylu Wołoszańskiego. Kotarski nie zwinął jednak swojego kanału na YouTubie, gdzie w miarę regularnie ukazują się nowe filmy. Zdobył strategicznych sponsorów, którzy wymagają jedynie krótkiej ekspozycji logotypu albo wymienienia nazwy firmy w nagraniu. Myślę, że takie formy reklamy wkrótce zastąpią tradycyjne metody audiowizualnego marketingu. Dlaczego? O ile czuję się całkowicie zaimpregnowany na spoty telewizyjne, o tyle z premedytacją zapamiętałem nazwy firm, które zapewniły Kotarskiemu utrzymanie, a mnie godną rozrywkę. Zwykłe reklamy wzbudzają we mnie przede wszystkim wściekłość.

Kolejną postacią, o której czuję się zobowiązany napisać, jest Łukasz Jakóbiak. Jego działalność wydaje się w największym stopniu powielać tradycyjny gatunek, talk show. Również w tym wypadku można jednak zaobserwować zasadniczą różnicę między produkcją telewizyjną a kanałem na YouTubie. Otóż Jakóbiak w domowym studiu nagrywa krótkie rozmowy ze znanymi osobami. Paradoks polega na tym, że choć zapraszani bywają eksperci, jak Zbigniew Lew-Starowicz czy Wiesław Godzic, to program w niczym nie przypomina Rozmów na nowy wiek. Jakóbiak umiejętnie balansuje między tematami błahymi a treścią poważną. Dotyczy to zarówno wyżej wymienionych profesorów, jak i komików, serialowych gwiazdek czy piosenkarzy. W gruncie rzeczy lista gości przypomina tę znaną z programu Kuby Wojewódzkiego, który chyba wciąż jest dla nas punktem odniesienia. Różnica jest jednak taka, że Jakóbiak swoich gości słucha, na pierwszym planie nie znajduje się ani prowadzący, ani DJ, ani nawet biust wodzianki. Co więcej, widzowie zachęceni rozmowami z Dodą (ponad milion wyświetleń) i Nergalem (prawie 300 tysięcy) być może sięgną także po bardzo dobre odcinki z Agnieszką Holland czy Maciejem Stuhrem.

Jest na polskim YouTubie jeszcze kilka postaci, za którymi przepadam, jak Abstrachuje czy Krzysztof Gonciarz, mam nadzieję, że niedługo wypowiem się na ich temat osobno. Przypadki wyżej opisane wydają się jednak dostatecznie dobrze rozświetlać ciemny obraz namalowany przez Lecha Duliana. Zakończę krótko: telewizjo (lub przynajmniej internecie), idź tą drogą!

Łukasz Łoziński

Łukasz Łoziński

(ur. 1989) – wychowany w Gliwicach, wykształcony w Krakowie. Polonista, antropolog, znawca Polski południowej, na północ się nie wybiera. Współpracownik Muzeum Etnograficznego im. Seweryna Udzieli w Krakowie, redaktor „Polisemii” i „Bez Porównania”. Interesuje się antropologią przemocy, wielokulturowością na ziemiach polskich, free jazzem i rock’n’rollem. Pisze blog Niewesołe humoreski.