Piękno
RECENZJE | 03.03.2014

Przyjaciel księżniczek ma klucze do wszystkich drzwi („Wielkie piękno”)

Na hasło „wielkie piękno” myśli zaczynają wędrować. Coś opisywane jako „wielkie piękno” może być albo kiczem, tracącym kontury pod wpływem tysięcznych zachwytów, albo czymś, czego nie da się uchwycić słowami. W filmie Paola Sorrentina nie szukamy definicji „wielkiego piękna” i nie spodziewamy się jej znaleźć. Za dużo rzeczy się tutaj krzyżuje i wzajemnie wyklucza.

La grande bellezza opowiadany jest w sennym rytmie. Trudno dostrzec w nim wyraźną fabułę, a w życiu głównego bohatera nie następują żadne gwałtowne zmiany. Odkąd przyjechał do Rzymu kilkadziesiąt lat wcześniej, jego nocna zabawa zawsze kończy się o świcie. Pisarz Jep ma sześćdziesiąt pięć lat i jest już na tyle ukształtowanym człowiekiem, że nie dopuszcza myśli o tym, że coś mogłoby zmienić jego rzeczywistość. Napisał jedną powieść, ma mnóstwo pieniędzy i od czasu do czasu przeprowadza wywiady z wziętymi artystami. Ma też grono przyjaciół, które spaja wymiana plotek i zgryźliwych komentarzy. Z tego grona ucieka w ramiona kobiet, spacery po ruinach i rozmowy z dawnymi przyjaciółmi.

Film nie przedstawia prób podsumowań czy rozliczeń, jest raczej wycinkiem z życia pisarza, kilkoma dniami sklejonymi w dwie i pół godziny, bez dbałości o ciągłość i konsekwentne rozwijanie wątków. Następujące po sobie sceny są często zaskakująco różne, wprowadzają nowe tematy i kończą je bez zapowiedzi. Można ten zbiór czytać wedle klucza tytułowego, jako poszukiwanie „wielkiego piękna” na ulicach i w ruinach Rzymu, w rytm kroków głównego bohatera. Można też skupić się na wątkach dotyczących sztuki, cielesności, przemijania, miłości, wreszcie – religii. Każdej z tych „fabuł” odpowiadają zarówno lekkie, jak i poważne sceny, widz ma możliwość samemu ułożyć sobie jedną z opowieści.

Pierwsze sceny filmu przedstawiają rzymskie zabytki i turystów odwiedzających najbardziej malownicze miejsca w mieście. Ponad ich głowami śpiewa chór. Później, już w nocy, miejsce religijnej pieśni zajmują wrzaski dochodzące z olbrzymiej imprezy na dachu rezydencji należącej do głównego bohatera. Słyszymy hipnotyzującą muzykę, z tortu wyskakuje dawna gwiazda telewizyjna, a w podświetlonych oknach wiją się tancerki. Wydaje się, że wszystko jest jasne: „wielkiego piękna” nie ma, pozostają ironia i dekadencja. „Wielkie piękno” to kicz Rzymu widzianego oczami turystów: sztuka artysty zadającego sobie ból na oczach publiczności, i Piazza Navona pokryty raz na dekadę śniegiem. Kicz pierwszej miłości i pierwszego razu na wyspie, u stóp latarni morskiej. Zachwyca, ale łatwo się wyciera, krążąc między wszystkimi, którzy mają do tego „piękna” łatwy dostęp. Paolo Sorrentino nie nakręcił jednak filmu o kiczu. W jego filmie jest wszystko, a kicz to jedynie jeden ze składników.

Nadmiar wątków i scenerii łagodzony jest sposobem ich pokazywania. Długie ujęcia, szerokie najazdy kamery i płynna zmiana obrazów odsuwają groźbę popadnięcia w zbytni zamęt. Jest delikatnie, zmysłowo, nostalgicznie, melancholijnie. Poszczególne elementy tego ogromnego obrazu są tak kalejdoskopowe, że w zależności od sposobu padania światła niektóre sceny widzimy jako piękno-kicz, piękno-operetkę, a inne jako piękno, za którym tęsknimy. Na jednym z przyjęć Jepa pojawia się Stefano posiadający klucze do najpiękniejszych pałaców w Rzymie, w tym do ogrodu pomarańczowego na Awentynie (Stefano jest powiernikiem kluczy, bo przyjaźni się z księżniczkami, a to jest przecież prawdziwa baśń). Wpuszczona do tego nigdy nieotwieranego miejsca przyjaciółka Jepa Ramona każe sobie robić zdjęcia telefonem komórkowym (wrzuci je potem na Instagram?), zamiast zachwycać się okazją, która ją spotkała.

Sorrentino bawi się z widzem, puszcza do niego oko i nawiązuje w swoich sztuczkach do klasyków kina włoskiego. Na przykład do Antonioniego i spokojnego rytmu jego filmów albo Felliniego – Osiem i pół kończy się pamiętną sceną tańca wśród scenografii filmowych. Taniec, w którym biorą udział wszystkie kobiety Guida, stanowi tam podsumowanie i zwycięstwo życia nad sztuką. U Sorrentina inaczej – taniec na dachu wprowadza niepokój i, powtarzany co noc w szalonym tempie, prowadzi nie w stronę życia, ale w stronę śmierci.

Nawet ta nie jest tu jednak zamknięciem ani nie pojawia się nagle. Wsącza się w życie powoli, wraz z postępującą starością, i pozostawia po sobie wspomnienia bliskich, przedmioty codziennego użytku i dzienniki, które można bez wyrzutów sumienia otworzyć dopiero po odejściu autora.

Nie jest to wizja śmierci, jaką znamy z innego filmu Sorrentina Skutki miłości (Le Conseguenze dell’amore). Śmierć Titta ma dokładnie określony początek i koniec. Jest jeszcze jednym z przypadków, jakie spotykają głównego bohatera, zamkniętego, milczącego i dającego sobą kierować przez całe życie.

Jep jest jego całkowitym przeciwieństwem. To „król światowców”, tragiczny władca Rzymu pochodzący z prowincji. Doświadczył już niemal wszystkiego i teraz szuka jedynie kolejnych przeżyć, coraz rzadszych, coraz bledszych, ale które jednak nie chcą się jeszcze ostatecznie skończyć i zdefiniować. Po co jednak definiować i dookreślać, skoro można w jednym filmie pokazać wszystko naraz, od życia do sztuki, przez sztukę-życie i życie-sztukę – ironicznie, zabawnie, lekko, innym razem poważnie, głęboko, zagadkowo? Z zaznaczeniem, że w tym wszystkim jest przewidziane wielkie, piękne i wygodne miejsce na „nic”. W niektórych momentach wypełnia ono sobą całe sceny.

 

Wielkie piękno (La grande bellezza), reż. Paolo Sorrentino, Francja, Włochy (2013)