napoludnie
RECENZJE | 09.12.2013

Przeczytaj, zanim przyjdą skojarzenia („Na południe od Lampedusy. Podróże rozpaczy” Stefano Libertiego)

Polski tytuł, a raczej podtytuł: Podróże rozpaczy, wprowadza potencjalnych czytelników w błąd. Mimo białego tekstu na błękitnym tle zaskakująco spokojnej fotografii Alixandry Fazziny, która została wykorzystana na okładce. Włoskie Cinque anni di viaggi sulle rotte dei migranti [Pięć lat podróży trasami migrantów] najwyraźniej nie było dostatecznie sugestywne, zbyt odległe od naszych wyobrażeń o „dramacie” dobijających do Lampedusy Afrykańczyków.

Czytelnika, który już zgodził się na zapoznanie z „tragiczną” historią biedaków usiłujących dostać się do Europy, czeka rozczarowanie. Czy miłe, zważywszy na temat, nie ośmielę się decydować. Książka Stefano Libertiego to naprawdę rzetelnie przygotowany, oparty na wieloletnich doświadczeniach i licznych relacjach reportaż o wędrówkach podejmowanych przez mieszkańców krajów Afryki Subsaharyjskiej na północ – do Europy lub Libii. Bez poruszających fajerwerków. Wielbiciele polskich literackich reportaży mogą być zawiedzeni narracją skupioną na badanym zagadnieniu: szlakach tranzytowych, historiach ludzi, którzy opuścili domy, polityce migracyjnej państw afrykańskich i Unii Europejskiej. Mogą być rozczarowani brakiem głębokich, uniwersalnych sądów, które można by cytować. Podobnie nie znajdą u Libertiego zainteresowania „afrykańskimi klimatami”, które znają z trójkowej Sjesty, ani nawet zachwytu barwnością egzotycznego folkloru.

Książka opowiada o miejscach, z których ludzie wypływają, miejscach, w których czekają na transport, miejscach, w których się – dobrowolnie lub nie – zatrzymują. O miastach, dzielnicach, wioskach, oazach; o tym, jak Afrykańczycy organizują sobie przeprawy przez morze lub pustynię, o tym, ile trzeba mieć pieniędzy na drogę i jak łatwo stracić cały majątek. O ludziach, którzy czekają tylko na okazję, by wyruszyć, o takich, którzy już zostali repatriowani, o tych, którzy cieszą się statusem nielegalnych imigrantów w południowej Europie, i o tych, którzy dno rozpaczy osiągają już bardzo blisko domu, wracając z pustymi rękami. Książka jest pisana przez Włocha, który zżyma się na swój kraj i swoją Wspólnotę, ludzi chwytających się każdego sposobu, żeby „ci biedacy”, których obywatele Europy oglądają w wieczornych wiadomościach, nigdy nie dotarli do brzegów Starego Kontynentu.

Z pewnością jedną z największych zalet książki Libertiego jest podważanie czasem stereotypowych, a czasem cynicznie serwowanych przez polityków, urzędników i media sądów. W powszechnym przekonaniu np. afrykańscy imigranci są tymi „biednymi”, a tymi naprawdę „złymi” są szajki czy mafie przemytników. Oglądając w serwisach informacyjnych nieszczęsnych, umęczonych rozbitków, trudno myśleć o nich ze złością (w polskich wiadomościach co prawda rzadko mamy okazję na nich patrzeć, ale Włosi właściwie każdego dnia otrzymują znaczną dawkę informacji i wstrząsających obrazów z południowych wybrzeży Półwyspu). A przecież, jako Europejczycy, wiemy doskonale, że myśleć o imigrantach ze złością należy: jeśli pozwolimy sobie na nadmiar współczucia, będą chcieli, żebyśmy się swoim dobrobytem podzielili.

Wobec powyższego największym złem okazują się mafie przemycające imigrantów. Tymczasem według rozeznania autora nic nie wskazuje na to, żeby takie organizacje istniały. Afrykańczycy, którzy planują przeprawę morską, np. z Senegalu na wyspy Kanaryjskie, kupują dla siebie pirogę czy inną łódź, silnik i GPS. Podróżujący lądem na północ poruszają się etapami, tu wynajmą miejsce na ciężarówce, tu na pikapie itd. Nie mają dokładnego planu całej podróży, tym bardziej nikogo, kto by im mógł zaproponować przeprawę z głębi Afryki do Europy. W kolejnych punktach przesiadkowych wynajmują kierowców, sterników, connectmen (pośredników, którzy załatwiają transport, dokumenty, doradzają). Dodatkowa kryminalizacja imigracji w dyskursie zachodnim jest jednak na rękę całej Europie.

Na południe od Lampedusy wnosi do wiedzy o podróżujących Afrykańczykach bardzo wiele szczegółowych informacji, pozwala na uzyskanie rozeznania w skomplikowanym społecznym zjawisku emigracji ekonomicznej. Nie oznacza to, że szczegółowością przytłacza – narracja pozostaje płynna mimo mnogości odniesień. Siłą książki jest jednak przede wszystkim jej wydźwięk polityczny. Niebezpodstawnie autor pisze o cenzurze w Europie, w której media odmawiają dociekania przyczyn, nie chcą stawiać właściwych pytań urzędnikom, godzą się na porażającą hipokryzję.

Od czasu do czasu nawet polscy obywatele mogą się o tym przekonać. W czasie powstania w Libii w 2011 r. oglądaliśmy, wyciągane z prasowych i telewizyjnych archiwów, zdjęcia europejskich liderów w najlepszej komitywie z pułkownikiem Kaddafim. Dyktator zaskarbił sobie łaskę Zachodu, powstrzymując strumień imigrantów, którzy z północnej Afryki próbowali dostać się do Europy. To ważny wątek również w książce Libertiego.

Inny świetny przykład mieliśmy całkiem niedawno, po kolejnej katastrofie u wybrzeży Lampedusy: w październiku zginęło na morzu ponad 350 Somalijczyków. Premier Włoch Enrico Letta zaproponował, aby pogrzeb miał rangę państwową, ogłosił żałobę narodową i pośmiertnie nadał ofiarom włoskie obywatelstwo. Równocześnie ponad 150 ocalałych zostało zatrzymanych, ponieważ nielegalna imigracja jest w tym kraju przestępstwem (więcej tu). Oczywiście, ze względów bezpieczeństwa, nie mogli oni też uczestniczyć w uroczystościach pogrzebowych. Ta farsa, o której pisały włoskie i światowe media, jest jednak mało poważną sprawą w porównaniu z paradoksem, który usiłuje się wdrukować w głowy Europejczyków. Cytując szefa włoskiego MSW: Oni [przemytnicy] nie zwyciężą: obronimy nasze granice, ratując ludzkie istnienia [tłum. autorskie, źródło tu]. Mówiąc wprost: odpowiedzią na katastrofalną sytuację osób, które próbują dostać się do Europy, jest uszczelnianie granic. Rozbitkowie u wybrzeży Włoch, Grecji czy Malty? Odpowiedzią UE są dodatkowe środki dla FRONTEXu. Polskie media bez mrugnięcia okiem przyjmują tę logikę (np. tu i tu).

Wróćmy jednak do książki. Lampedusa pojawia się w tytule i w ostatnim rozdziale. Cała reszta poświęcona jest temu, co poprzedza dotarcie do europejskich wybrzeży: przygotowaniom do podróży i samym wędrówkom przez kontynent afrykański. Libertiemu udało się stworzyć bardzo dobry opis ludzi i ich działań, pozbawiony, na ile to tylko możliwe, znaczników obcości. Nie ma żadnej różnicy w sposobach przedstawienia czarnoskórych, białych czy Azjatów. Podobnie z przestrzeniami: żadne miasto i żaden teren nie są obce czy egzotyczne. Dworce pełne ludzi lub opustoszałe, domy duszne lub klimatyzowane, budynki lepiej lub gorzej utrzymane. Żadnego zdziwienia. Pozwolę sobie stwierdzić, że ten brak zdziwień jest bardzo budujący. Rezygnacja z opisów egzotycznego couleur locale, które mogłyby odciągać uwagę czytelnika od właściwego tematu – losów wędrujących Afrykańczyków, ich podróży i spotkań – była z pewnością dobrze przemyślana.

Interesujący jest też sam narrator-dziennikarz. Od początku wiemy o nim wiele: podróżował wielokrotnie do Afryki, z różnych przyczyn: przygotowywał film dokumentalny z reżyserem Andreą Segrem (fragmenty można zobaczyć tutaj), jeździł na kongresy, zbierał materiały. Z czasem, wraz z kolejnymi rozdziałami, dowiadujemy się więcej o tym, co najbardziej interesujące dla nas, mieszkańców „bogatej Północy”: o relacjach z migrantami, których poznawał – na ile szczere były te przyjaźnie? Na ile zdała się jego chęć pomocy w momencie, gdy zachodziła jej rzeczywista potrzeba? Czy po zakończeniu pracy nad książką porzucił temat i zajął się czymś zupełnie innym? Wszystko okazuje się, oczywiście, problematyczne.

To nie jest książka naukowa, ale pozwala zorientować się w temacie. Nie jest to książka wyciskająca łzy, ale skłania do poważnych przemyśleń. Z całą pewnością jest to książka bardzo potrzebna. Chociaż przegląd komentarzy polskich internautów po wydarzeniach na Lampedusie sprawił, że nie wiem, czy świat ukazany przez Libertiego ma szanse przestać być opowieścią w konwencji realizmu magicznego.

 

Stefano Liberti

Na południe od Lampedusy. Podróże rozpaczy

Przeł. Marcin Wyrembelski

Wydawnictwo Czarne, 2013

Liczba stron: 216