• Patronem wydania jest Kraków Miasto Literatury UNESCO
Artykuły | 15.10.2018
Proza-maligna i pisanie siebie (Zyta Oryszyn)
Artykuły | 15.10.2018

Proza-maligna i pisanie siebie (Zyta Oryszyn)

Odeszła autorka zaledwie kilku książek, strasznych i mądrych zarazem. Zyta Oryszyn była pisarką osobną i bezkompromisowa, z własnej woli wycofaną w ciszę.

Najczęściej wspominano o niej jako o żonie Edwarda Stachury, przywoływano raz za razem anegdotę Hanny Krall o tym, jak Oryszyn stwierdziła, że odda mężowi swoje dwa palce, aby mieli po równo. Sama pisarka mówić o tym etapie życia nie chciała; zadeklarowała niegdyś: nie jestem jedną z wdów po poetach.

W 2009 przypomniano jej dwie powieści z drugiego obiegu w „Kanonie Literatury Podziemnej”, jednak bez większego odzewu; cztery lata później doczekała się wreszcie należytego rozpoznania (w postaci nagród w Gdyni i szczecińskiej Gryfii) za – jak ujął to Janusz Anderman – „powtórny debiut”, przedziwną powieść Ocalenie Atlantydy. W latach 70. doceniona za debiutancką Najadę, napisała jeszcze dwie powieści, Melodramat i Gaba-gaba. W tej ostatniej, zupełnie nietypowej w czasach małego realizmu (fabuła opiera się na historii rozbitków z siedemnastowiecznego okrętu) zawiązuje się jej zainteresowanie tematem małych wojen wszystkich ze wszystkimi; to też jedyna powieść, której Oryszyn nie osadza w realiach ziem zachodnich tuż po 1945. Po jej wydaniu zeszła do podziemia, angażując się w opozycję i wydając krótkie powieści w drugim obiegu. Te najbardziej wstrząsające, czyli Czarną iluminację i Madam Frankensztajn.

Na prozę Oryszyn trafiłam przypadkiem, znalazłszy mały wycinek tekstu z jej opozycyjnych czasów w „Kontekstach”. Był to fragment z Madam…, w którym wypluta z kolejki jak wybity ząb bohaterka snuje makabryczne fantazje o pokiereszowaniu żyletką klientki, która sprawniej rozpychała się łokciami w boju o kakao i pomarańcze. To obrazki ze świata-więzienia, przesycone przy tym upiornym humorem, śmiechem kogoś, kto nie ma już nic do stracenia. W drugim obiegu Oryszyn nie musiała już pisać kodem – dzięki temu wyrzuciła z siebie obłęd więźnia, który by przeżyć, musiał mimowolnie stać się oszustem.

To też proza-maligna, gorączkowa, zapętlająca się, rwana. Trochę jak u Herty Müller, a trochę jak u Buczkowskiego – Oryszyn także umiała oddać mdlącą rzeczywistość życia w ciągłej opresji tak, że robiło się słabo. Jej bohaterowie to ludzie poharatani, zmuszani przez stale zmieniające się okoliczności do nieustannej mimikry, do wymyślania nowych, wielokrotnych tożsamości, podszywania się. Trzeba bowiem co i rusz pisać nowy życiorys, imitować nową mowę, bo każdy może coś wytropić, donieść. W baśnie propagandy o „piastowskim trwaniu” wierzą tylko dzieci, swój idealizm i pragnienie wielkich czynów fatalnie lokując w Partii i Stalinie (mało kto równie celnie jak Oryszyn umiał opisać działającą na dziecięcą wyobraźnię toksyczną magię totalitarnych wizji). W Leśnym Brzegu, gdzie stoją wycieńczone kamienice, całe w strupach i liszajach (…) górnicze miasto na górniczych podkopach leży zimne i sztywne jak na marach nietrudno rozpoznać Wałbrzych, gdzie lądują uchodźcy, rozbitkowie, uciekinierzy – straumatyzowani, wrodzy, zarażeni strachem i nieufnością. Wrzuceni w domy i buty obcych ludzi, nie wiedzą, czy ich samych nie czeka podobny scenariusz.

Ocalenie… powstawało dwadzieścia lat, publikowane zresztą częściowo wcześniej, po kawałeczku, w różnych tytułach prasowych. Oryszyn jednocześnie zajmowała się wtedy przekładem, współpracowała też z prasą, jednak oszczędnie i cicho. Na tyle, że przy okazji premiery powieści wielu usłyszało o niej po raz pierwszy.

Książka ta jest powrotem do świata z wydawnictw podziemnych. Inga Iwasiów, która przypominała często o twórczości Oryszyn, pisała, że autorka sprawia wrażenie, jakby nie chciała uwolnić swoich bohaterów z tego zaklętego kręgu, jedynie rozszerzając i dopisując nowe wątki. To nieustanne pisanie siebie, ale też upiorność doświadczeń oswajana przez gorzki humor, łączą prozę Oryszyn ze śląskimi powieściami Janoscha (często niesłusznie traktowanymi jako czysta groteska). Malignę zastępuje tu częściej półjawa i dziecięce rojenia, narracja staje się spokojniejsza, bliższa gatunkowi „opowieści z życia”, choć treść pozostaje ta sama, i tak samo ponura: to znów historia walki o przetrwanie, opowieść o tym, że ledwo się zapominało o jednym śmierdzącym moczem i rybimi łuskami strachu, a tu trzeba było się bać czego innego.

W wywiadzie udzielonym Karolinie Sulej po publikacji Ocalenia… znajdujemy potwierdzenie, że Oryszyn tworzyła przede wszystkim powieści z kluczem, wielokrotnie przepisując wydarzenia z własnego życia. Na rozmowę zgodziła się, żeby wyjaśnić, że wciąż szuka w swojej prozie odpowiedzi na konkretne pytania: Co takiego się dzieje w człowieku, że jest normalny, normalny, a potem bach! – idzie drugiemu człowiekowi zabrać miedzę? Po prostu dziab! Zresztą w felietonach popularnonaukowych pisanych w latach 90. dla „Rzeczpospolitej”, naznaczonych obawą przed destrukcyjnym wpływem technologii i przed potencjalnym formatowaniem mózgów, Oryszyn potwierdza swoją pesymistyczną i pozbawioną złudzeń, trochę Lemowską wizję człowieka, który jeśli będzie miał okazję skrzywdzić czy wykorzystać jakąś możliwość w celu niszczenia, zrobi to. Konsekwentnie outsiderska postawa pozwalała spojrzeć szerzej.

Ta literatura, wnikliwa, chłodna i obłędna jednocześnie, sprawiała kłopot recenzentom, którzy próbowali coś pisać o „doświadczeniu specyficznie kobiecym”, o utrwalaniu pamięci, o tożsamościach; mam wrażenie, że wszyscy się trochę bali tej surowizny, jak gdyby uchylono im zasłonę i pokazano stelaże zrobione z lęku, o które opiera się nasze życie. Tak, można się przestraszyć albo przygnębić. Ale właśnie dlatego: przeczytajcie.