adela
RECENZJE | 04.11.2013

Propaganda miłości („Życie Adeli – Rozdział 1 i 2”)

Pisanie o filmie Abdellatifa Kechichego wymaga mocnego wejścia, najlepiej wyznania, darujmy więc sobie zbędne wstępy. Zakochałam się. Tam, w ciemnej sali kinowej, na seansie. Nie, nie w aktorkach (choć mogłabym, jak najbardziej) i nie w melancholijnych bądź pełnych ekspresji krajobrazach, bo tych z kolei w produkcji się nie uświadczy. Zakochałam się w czymś innym. Doświadczając objawów takich jak zwiększony poziom dopaminy, szybszy przepływ krwi i innych znanych każdemu niepokojów – a jeśli nieznanych to wystarczy obejrzeć Życie Adeli – a zatem, przeżywając całe to szaleństwo, zdobyłam się jednak na pewne usystematyzowanie. Chciałam bowiem zrozumieć, dlaczego. Dlaczego film wywiera tak wielkie wrażenie, że potem chodzi się w poczuciu niemal zupełnego oderwania od rzeczywistości.

Chodzi się nieświadomie, zupełnie jak główna bohaterka dramatu, o cielęcym wyrazie twarzy. Adèle Exarchopoulos, która zgodnie z sugestią reżysera podzieliła się imieniem z graną postacią, miała podczas kręcenia niektórych scen zalecenie, by nie myśleć o niczym. A jednak, paradoksalnie, ogrom uczuć widać tutaj doskonale: niepewność, wahanie, lęk, zagubienie, zafascynowanie, potem zaś cierpienie i bezsilność. Wszystko oddane zostało perfekcyjnie. Dlaczego jednak pustka w głowie (i zauroczenie) przeszły na mnie, odbiorczynię obrazu? Przecież nie przez wzgląd na jego aspekt socjologiczny. Życie… stanowi niezłą wizualizację różnic klasowych, nierówności społecznych i przemocy symbolicznej, i choć daleka jestem od umniejszania wagi tych tematów, jedno stwierdzić mogę z całą stanowczością: siła oddziaływania filmu ma źródło zupełnie gdzie indziej. Nie tam, gdzie szkiełko i oko.

W poszukiwaniu odpowiedzi na nurtujące pytanie warto cofnąć się do samego początku, w tym konkretnym przypadku: do tytułu. Otóż treści zaprezentowane w Życiu Adeli stanowią dokładnie to, na co wskazuje. Jakkolwiek pretensjonalny by się nie wydawał, nie jest przypadkowy. Owa zgodność między nazwą a ,,produktem” jest na tyle istotna, że już na wstępie umożliwia uwolnienie się od stereotypowych etykietek: że o lesbijkach, seksie, homofobii. Owszem, też, ale tematy te występują tu w charakterze komponentów życia, jednych z wielu, nie zaś wartości samych w sobie, do których dostosować trzeba inne składniki. Będąc już ukierunkowanym w procesie recepcji, z łatwością zauważy się spójność w wyborach Kechichego – począwszy od pryncypalnej kwestii, że stawia on na dosłowność, czasem naturalizm, lecz z uwzględnieniem dobrego smaku. Ta historia o miłości – bo do owych pospolitych słów można by sprowadzić życie Adeli – jest atrakcyjna i prawdziwa jednocześnie.

Od pierwszej sceny, w której Adela wychodzi z domu – samo wyjście zresztą narzuca ciąg skojarzeń – daje się odczuć, jak bardzo kameralna i intymna będzie to opowieść. Kechiche zbliża nas do postaci, stosując niemal wyłącznie bliskie kadry: kamera skupia się na fragmentach, śledzi twarze z odległości kilku centymetrów. I to z twarzy właśnie, głównie Adeli i Emmy, odczytuje się tę historię. Z drobnych skurczów mięśni, rozmarzonych spojrzeń, grymasów uniesień i rozpaczy. Adèle Exarchopoulos i Léa Seydoux dały wprost zniewalający popis możliwości aktorskich. Aż trudno uwierzyć, że wyładowania między dziewczynami to tylko gra, tak wielka jest precyzja, z jaką udało im się odtworzyć stany i emocje bohaterek. Dodajmy, bohaterek postawionych w obliczu najważniejszych nastoletnich i ponastoletnich wyborów: od przełamywania barier heteronormatywnego społeczeństwa, poprzez kształtowanie własnych dróg życiowych, a na funkcjonowaniu w związku kończąc.

Niewykluczone, że Kechiche z łatwością mógłby poruszyć więcej tematów społecznych, a te już obecne w filmie – dotyczące różnic klasowych albo normatywności – nieco rozszerzyć. Zamiast tego zdecydował się skurczyć rzeczywistość, oddając głos samej miłości i temu, co się z nią wiąże. Inaczej więc niż w typowo branżowych produkcjach, w których zakochane/zakochani ustawicznie zmagają się z negatywnym odbiorem społecznym, czyli sprzeciwem rodziców, znajomych lub siebie samych, w Życiu Adeli heteronormatywność zostaje tylko zasygnalizowana. Jest faktem, ale nie przeszkodą nie do pokonania. Adela początkowo doświadcza oburzenia przyjaciółek, ale czas płynie dalej, a przyjaciółki schodzą ze sceny. Podobna zależność dotyczy innych wątków, m.in. określenia swojej tożsamości psychoseksualnej. Oglądając film, widzimy „tu i teraz” pokazane przez pryzmat Adeli, zarówno w wymiarze fizycznym, jak i psychicznym. Poprzez urywanie wątków ukazują się priorytety podmiotu. To zaś, czego nie ma – poza-tekst czy poza-obraz – jest ważne, ale tylko w kontekście uświadomienia sobie, co dla Adeli (obecnie lub w ogóle) nie ma znaczenia. Dzięki oparciu o takie proste, ale efektywne zabiegi trzygodzinna historia o miłości nie nuży, a wręcz przeciwnie – jest w stanie porwać.

Klucze do zrozumienia poszczególnych scen, a następnie całego filmu, sprawiają wrażenie zupełnie intuicyjnych. Jak się rzekło, Życie… cechuje spójność, a to z kolei ułatwia rozwiązanie zagadek, jeśli takie się pojawiają. Na przykład najczęściej chyba dyskutowanej zagadki scen erotycznych. Dlaczego ich tyle? Być może dlatego, by utrzymać całość obrazu w jednej – realistycznej – konwencji; miłość wyraża się też poprzez cielesność, po prostu. Może też po to, by zdjąć z seksu lesbijskiego obrastające go gęsto mity, choć to wytłumaczenie przypomina bardziej skutek niż przyczynę. Istnieje także możliwość podążenia tropem kontrastów i wspomnianego już pryzmatu Adeli. Seks z chłopakiem, którego bohaterka nie darzyła uczuciem, trwa raptem kilka oddechów i jako pierwszy stosunek seksualny bohaterki jest istotny na tyle, by go pokazać, nie zaś pokazywać – w przeciwieństwie do najważniejszej w życiu Adeli miłości. W końcu z pomocą interpretacyjną przychodzi scena rozmowy na przyjęciu bohemy. Pojawia się tam wątek fascynacji kobiecą seksualnością, przedstawianą jako doświadczenie niemalże mistyczne. Którejkolwiek opcji by nie wybrać, faktem jest, że długie, autentyczne sceny seksu niespecjalnie wyróżniają się spośród reszty składowych filmu.

W czym zatem się zakochałam? W przedstawionych emocjach, opowiedzianej historii, zamyśle reżysera? Na pewno nie w krajobrazach.

 

—-

Życie Adeli – Rozdział 1 i 2 (La vie d’Adèle), reż. Abdellatif Kechiche, 2013 (Francja)