• Patronem wydania jest Kraków Miasto Literatury UNESCO
Recenzje | 28.05.2018
Powrót na uniwersytet (Laurent Binet „Siódma funkcja języka”)
Recenzje | 28.05.2018

Powrót na uniwersytet (Laurent Binet „Siódma funkcja języka”)

Prawdopodobnie pierwszy raz z funkcjami języka Romana Jakobsona spotkałem się trzynaście lat temu na uczelni. Nie sądziłem jednak, że myślami powrócę do tamtych lektur i pięknych czasów za sprawą powieści kryminalnej, w której Roland Barthes zostaje zamordowany, Louis Althusser dusi żonę ze strachu przed służbami specjalnymi, Umberto Eco zostaje obsikany przez hipisa, John Searle próbuje znokautować Paula de Mana, a Michaela Foucault będzie rozpijał się po gejowskich pubach, przedawkowując LSD. Szanowni państwo, koledzy i koleżanki poloniści, Siódma funkcja języka Laurenta Bineta dostarcza tyle powodów do rozmów na ulicy Gołębiej w Krakowie, ile niegdyś dostarczył Michał Paweł Markowski policzkujący Antoniego Liberę.

Pomysł na literaturę Binet ma następujący: wziąć małe i duże wydarzenia historyczne, w tym historyczne postaci, powiązać je ze sobą bardziej niż (prawdopodobnie) by tego chcieli, a następnie zastąpić fakty z ich życia wymyśloną, kryminalną intrygą. Mogło się nie udać, a tymczasem udało się świetnie – Siódma lekcja języka to prawie pół tysiąca stron śmiechu, wartkiej akcji, interesujących polemik i fałszywych (acz realistycznych!) świadectw ważnych ludzi – żyjących i gadających bohaterów współczesnej humanistyki.

O tym, że Roland Barthes zmarł jeszcze bardziej nonsensownie od Alberta Camusa, wiedzą wszyscy szanujący się studenci polonistyki. 25 lutego 1980 roku Barthesa potrąciła furgonetka pralni. Krytyk zmarł kilkanaście dni później w szpitalu. Śmierć zdarza się nagle, ale Binet uczynił ten moment początkiem swojej kryminalnej powieści. Barthes nie tyle został potrącony, co zlikwidowany i nie dlatego, że egzystencja kończy się bez sensu, a dlatego, że posiadał przy sobie niezwykle ważny dokument.

Oto bowiem oprócz znanych sześciu funkcji języka Romana Jakobsona istnieje jeszcze siódma, ta performatywno-magiczna, która umożliwia stwarzanie rzeczywistości – ot, ja powiem, ty zrobisz bez gadania, ja wskażę, ty pójdziesz bez sprzeciwu. Funkcja ta miałaby obdarzyć jednostkę lub grupę niespotykaną dotąd siłą retoryczną, dzięki której może wygrać każde wybory i uwieść każdą kobietę. O funkcji tej jednak wiedzą już inni, toteż do zabójczej gry przystępują tajne służby różnych państw, agenci z parasolkami z trucizną w stylu KGB, rząd, ale też filozofowie, myśliciele, krytycy i ogólnie ludzie, z których mieliśmy na studiach poprawki.

Główni bohaterowie dla odmiany i, jak sądzę, kompozycyjnej swobody są już fikcyjni. Komisarz Jackquess Bayard na zlecenie francuskiego rządu ma ustalić, co rzeczywiście przydarzyło się Rolandowi Barthesowi, a przy tym znaleźć haka na Francoisa Mitterranda (kandydata na prezydenta Francji z ramienia partii socjalistycznej), bo to właśnie od Mitterranda Barthes wracał przed wypadkiem. Bayard szybko orientuje się, że w ślad za życiem francuskiego krytyka wchodzi w kuluary cokolwiek mu obce i absurdalne, toteż do pomocy i dekodowania elokwencji i erudycji spotykanych profesorów humanistyki najmuje pomocnika, Simona Herzoga (druga fikcyjna postać), wykładowcę i studenta pierwszego roku studiów doktoranckich. Razem ruszają w stronę wielkiej przygody, odwiedzając w domach lub spotykając w pubach ważne osobistości.

Bayard to typ szorstkiego gliny o prostym jak cep charakterze – piękne zdania go drażnią, filozofia irytuje, lewactwo wyprowadza z równowagi, a homoseksualizm obrzydza. Simon jest jego nie tyle zaprzeczeniem, co gołębim sercem. Komizm wynikły z różnicy charakterów dwóch postaci potęgowany jest w czasie rozmów z realnymi postaciami. Gdy na przykład śledczy odwiedzają Michaela Foucaulta (tak, tego Foucaulta) w łaźni, Simon jest onieśmielony spotkaniem autorytetu, Bayard najchętniej zakułby profesora w kajdany. W czasie spotkań z Kristevą (tak, tą Kristevą) czy Eco (tak, tym Eco) Bayard zajmuje pozycję sceptyka, a Simon wielokrotnie objaśnia mu świat. W ten sposób dobry nie-glina i zły glina wprowadzają do powieści dynamikę nawet wówczas, gdy zupełnie nic się nie dzieje.

Komisarz popisuje się zresztą swoją ksenofobią wielokrotnie, choć Binet obdarzył go również specyficznym urokiem. Lubimy go od początku, gdy wybiera się do księgarni, aby dowiedzieć się co nieco o Barthesie i semiologii (lekturę kwituje krótko: „Wykształciuchy jebane”), sympatia jest jeszcze większa, gdy Foucault ucieka przed komisarzem przez kampus, wykrzykując „Nie zgadzam się, by władza mnie identyfikowała!”. W połowie powieści orientujemy się, że Bayarda lubimy również bardziej niż wyważonego Simona, któremu zresztą komisarz imponuje.

A potem, znienacka, dostrzega go, Bayarda, francuskiego glinę, który wyłania się z gruzów obsypany pyłem, wielki, emanujący potęgą i gniewem, głuchym i ideologicznym, niosąc na plecach nieprzytomnego młodego człowieka, i ta widmowa zjawa wśród tej wojennej sceny robi wrażenie na Simonie, kojarzy mu się z Jeanem Valjeanem niosącym Mariusza.

Laurent Binet zaludnił swoją powieść sławnymi nazwiskami, które biorą zazwyczaj udział w przekomicznych wydarzeniach, stąd Siódma lekcja języka jest w istocie satyrą na świat akademickiej humanistyki. Pojawienie się tych wszystkich słynnych postaci humanistyki, wywołuje podczas lektury powieści uśmiech na twarzy. Binet fantastycznie ich punktuje, podrzucając nam fragmenty ich myśli, które możemy kojarzyć ze studiów. Dla studenta humanistyki książka ta będzie więc niezwykle satysfakcjonującą odskocznią, a przy tym może stanowić powtórkę z życia literackiego drugiej połowy XX wieku. Rozemocjonowani, odrobinę „przegięci” bohaterowie humanistyki, których Binet obdarowuje – obok umysłu geniusza i daru erudycji – wieloma przywarami i kompleksami, przypominają niekiedy cioty Witkowskiego.

Ale Siódma funkcja języka jest również pouczająca, bo tuzy uniwersytetów XX wieku nie występują tu li tylko z imienia i nazwiska – chwalą się (a chwalić się lubią) swoimi dokonaniami. Jeśli ktoś przygotowuje się z przejęciem do sesji, to warto zrobić sobie powtórkę z signifié i signifiant, performatywnych aktów mowy Austina czy różnic między filozofią ponowoczesną a analityczną na podstawie powieści Bineta. Co jednak ważniejsze, autor przerysowuje wielkie systemy i nazwiska w taki sposób, że śmiejąc się z nich, zaczynamy również śmiać się z siebie. W czasie konferencji, w której biorą udział wszystkie czołowe nazwiska, Simon przysłuchuje się prelekcji Johna Searla krytykującego Derridę: Simon rozumie jednak, że zdaniem Searle’a trzeba być prawdziwym dupkiem, żeby mylić „iterabilność” z „permanencją”, język pisany z mówionym, wypowiedzi „poważne” z „niepoważnymi”. Mówiąc ogólnie, przesłanie Searlea brzmi: Fuck Derrida.

Humor w tej powieści nie zanika ani na jednej stronie – patronuje każdej akcji i każdemu dialogowi. Wróćmy do Althussera, który w 1980 roku udusił swoją żoną i trafił do szpitala psychiatrycznego. Powiecie zatem: no dobrze, ale wymyślanie Althusserowi alternatywnej historii, a przy tym robienie z tego żartu, jest cokolwiek ryzykowne, bo w istocie czołowego marksistowskiego filozofa uniewinnia z popełnionej zbrodni. I zapewne bym się z tym zgodził, gdyby nie Binet. Althusser zabija żonę, bo ta wyrzuciła istotny element kryminalnej układanki, ale Binet pozwala sobie w tym miejscu na dywagację, w której filozofa nazywa wprost kretynem. Autor Siódmej funkcji języka obśmiewa też jego sławne Przyszłość trwa długo, w której Althusser próbował się ze swojego czynu nieudolnie tłumaczyć.

Na dywagacje i anegdotki autor pozwala sobie nieustannie, a pełnią one funkcje objaśniające świat, przeszłość spotykanych postaci czy krótkie wyłożenie wielkich systemów i teorii, które reprezentują. Ale nawet, gdy już pośmiejemy się gromko i donośnie, to odkryjemy, że oprócz całej tej satyry, śmiechu i karykaturalnej historii życia gwiazd humanistyki, jest jeszcze wątek kryminalny. I cieszę się niezmiernie, że służy on temu, czemu ma służyć – to jest podtrzymywaniu napięcia i motywacji do dalszej lektury wcale nie najłatwiejszej powieści. Są tu więc pościgi, morderstwa, są agenci i śledztwa, są w końcu zamachy i tajemnice, które zabiera się do grobu. Postaci przemierzają miasta i kraje, spotykając nowe osoby, które rzucają więcej światła na przyczyny morderstwa, a przy tym wikłają się w śmiertelną intrygę. Binet korzysta z rozmaitych motywów i gdy znuży nas już dialog Kristevy z Sollersem, autor serwuje nam pościg, gdy znudzą teorie, wprowadza antyczne sekty wielkich erudytów i myślicieli. Chyba nikt nigdy nie pomyślał, że teorie humanistyczne mogą być przedmiotem powieści kryminalnej. No właśnie, Binet pomyślał i w dodatku kapitalnie wykonał.

Jeśli nominacja do nagrody Bookera dla Siódmej funkcji języka nie jest dla was wystarczającą rekomendacją, to niech będzie nią melancholia i tęsknota za rajem utraconym na uniwersytecie. Powrót do tamtych lat, lektur, teorii i kontekstów sprawił mi mnóstwo radości. Trudny świat humanistyki europejskiej i amerykańskiej, trwale przenikający się z politycznością, Binet wykorzystał do stworzenia dobrej książki, a przy tym jest to jedna z tych niezwykle cennych, potrzebnych satyr, abyśmy przypadkiem nie obudzili się któregoś dnia z myślą, że pozjadaliśmy już wszystkie rozumy. W jednej ze scen Simon pali marihuanę ze studentem na konferencji, na której starli się Derrida z Searlem i załamuje się, bo dotychczasowe wydarzenia wywróciły jego życie do góry nogami:

Simon chwyta się za głowę rękoma i jęczy.

– Chyba jestem uwięziony w jakiejś pieprzonej powieści.

– What?

– I think I’m trapped in a novel.

Student, do którego się zwrócił, przewraca się na plecy, wydmuchuje ku niebu dym z papierosa, przygląda się przelatującym przez eter gwiazdom, wypija z gwinta łyk piwa, opiera się na łokciu, pozwala spłynąć długiemu milczeniu w amerykańską noc i mówi:

– Sounds cool, man. Enjoy the trip.

I na to wyważenie ściany, jak sądzę, Laurent zdecydował się po to, aby życzyć nam wszystkim przyjemnej lektury.

 

Laurent Binet

Siódma funkcja języka

Przeł. Wiktor Dłuski

Wydawnictwo Literackie, 2018

Liczba stron: 456

Maciej Pawlikowski

Maciej Pawlikowski

(ur. 1986) – studiował krytykę literacką na Wydziale Polonistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego. Publikuje tam, gdzie go wpuszczą. Jest redaktorem w GRYOnline.pl. Urodził się w Kamiennej Górze, mieszka w Krakowie.