• Patronem wydania jest Kraków Miasto Literatury UNESCO
Recenzje | 10.06.2019
„Powolna wędrówka w dół” (Dzienniki Sándora Máraiego)
Recenzje | 10.06.2019

„Powolna wędrówka w dół” (Dzienniki Sándora Máraiego)

Przyszło mi żyć w wieku, do którego nie byłem przygotowany. Zostałem ukształtowany na XIX wiek. Pewnie jestem śmieszny – zanotował w 1955 roku Sándor Márai. Wyrazem intelektualnej uczciwości jest zobaczyć się w ostrym świetle historii, zwłaszcza wtedy, gdy nie wypada się w nim korzystnie. Ale śmieszność zakleszczonej w sobie postaci to jedno, a jej etyczna małość – drugie.

Sándora Máraiego (1900-1989) opisuje się zwykle nie tylko jako jedną z największych postaci węgierskiej literatury XX wieku, ale także jako „świadka historii”. Ta zwietrzała już kategoria, tak popularna kiedyś wśród środkowo- i wschodnioeuropejskich intelektualistów, oznacza zazwyczaj pokiereszowanego przez polityczne kataklizmy emigranta. Takim Márai niewątpliwie był: dziedzicem czasów Austro-Węgier, który – zatopiony w mieszczaństwie początku wieku jak płód w formalinie – przeżył połowę życia na emigracji i finalnie popełnił samobójstwo tuż przed świtem naszej obecnej epoki. Renesans jego twórczości nastąpił po upadku żelaznej kurtyny, czego owocem są między innymi wydane dotąd po polsku cztery tomy Dziennika. To z niego właśnie wyłania się pomnik wielkiego emigranta, pomnik nadżarty rdzą. Całe szczęście: spod płatków rdzy dostrzec można gdzieniegdzie pulsującą tkankę ludzkiego życia.

Mówiąc „Márai”, myślimy „mieszczanin”. Trudno znaleźć lepszy przykład pisarza, który poświęciłby życie ostentacyjnemu kultywowaniu wartości i rytuałów tej klasy. Na kartach Dziennika apologia mieszczaństwa przewija się bezustannie: tylko indywidualna wolność, pracowitość, własność prywatna tworzą „cywilizację”. A z kolei „cywilizacja” – to Europa, Zachód, ciesząca oko historyczna architektura, to długie spanie, tenis, popołudniowa kawa, drzemka po obiedzie, spacer, rozmowy towarzyskie, formy, a nade wszystko: tworzenie. Swoje, osobne, najchętniej genialne, a jeśli już nie genialne, w stylu Goethego raczej niż Kafki, to przynajmniej własne. Márai lubi wartości, wierzy w hierarchie i – jak można przewidzieć – boi się wszelkiego chaosu i bezhołowia. Wszyscy, którzy do jego klasy nie należą, są masą, kłębiącym się rojem niezindywidualizowanych wyrobników, którzy nie rozumieją powagi twórczej pracy.

Najbliżej własnego ideału życia pisarz znalazł się tuż przed drugą wojną światową i, o ironio, podczas niej. Lata młodzieńczych tułaczek po Europie, podczas których żył z byle czego i byle jak, miał za sobą. W okolicach czterdziestki był już pisarzem o ustalonej renomie, zamożnym budapesztańczykiem, który mógł bawić się w odtwarzanie życia własnego ojca, adwokata z Koszyc (wtedy – Kassy). Co prawda po traktacie z Trianon, kończącym dla Węgier pierwszą wojnę światową, zgodnie z którym miasto zostało przekazane Czechosłowacji, nie było już dla Máraiego powrotu do raju dzieciństwa. Mimo to węgierska klasa średnia miała się całkiem dobrze – również w czasie, gdy sprzymierzone z Trzecią Rzeszą wojska uczestniczyły w zbrodniach na wschodzie, a żydowscy obywatele Węgier byli już ludźmi drugiej kategorii. W tym to właśnie czasie pisarz zaczyna notowanie własnego życia, jak gdyby przeczuwając, że już za moment rozpadnie się ono na dwie części. Pierwsze fragmenty Dziennika odnotowują uciążliwości wojny, ale widziane z bezdusznie uprzywilejowanej pozycji. Nie są na tyle straszne, by zakłócić Máraiowi chodzenie do kawiarni i łaźni, spokojne lektury czy długie spacery po Budapeszcie. Z tej epoki pochodzą smakowite opisy porządków dnia, które z mieszczańską skrupulatnością układa sobie pisarz, łącząc przyjemności i nieprzemęczającą pracę intelektualną.

Tuż potem następuje 1944 rok. Niemieccy naziści wkraczają na Węgry, rozkwita bujnie rodzimy faszyzm, a wreszcie przez kraj przechodzi front i świta nowa, socjalistyczna epoka. Dla Máraiego to łańcuch klęsk. Traci mieszkanie rozbite bombą, zniszczeniu ulegają jego książki, on sam ewakuuje się na wieś. Mimo że jego żona – Żydówka – musi się ukrywać, w Dzienniku zaskakująco mało jest uwag o potwornym losie węgierskich Żydów. Dominuje raczej lęk przed nadchodzącymi wojskami radzieckimi i komunizmem, który unicestwi cywilizacyjne dzieło wielkiego mieszczanina.

Jednocześnie okres wojny Márai opisuje w plastyczny i niekiedy wręcz reportażowy sposób, nie porzucając jednak perspektywy przeżywającego „ja”. Lata 1944-48 to dla niego kluczowy życiowy przełom, w którym traci wszystko i musi opuścić Węgry. Samotność złamanego przez historię człowieka jest dojmująca, najbardziej może wtedy, gdy musi spuścić z tonu. Z Węgier wyjeżdża nowy Sándor Márai, już nie koneser mieszczańskiego życia, a rozbitek, który usiłuje dawnymi formami osłonić się przed potęgą wolności, do której został zmuszony.

Przez wszystkie następne lata, które spędzi najpierw we Włoszech, potem w Stanach Zjednoczonych (z ponownym dłuższym włoskim interludium), pisze głównie Dziennik. W rezultacie jest to dzieło pełne goryczy i melancholii, przeżarte niekiedy do trzewi bezlitosnym i tępym spojrzeniem człowieka, któremu po bogatym życiu pozostała otchłań surowego osądu. Z perspektywy czasu nie to jednak jest istotne: Dziennik to zapis procesu podobnego do erozji skał. Márai-mieszczanin, człowiek bogaty materialnie i duchowo – w granicach swojej klasy – eroduje pod wpływem czasu i otoczenia, które jest dla niego jak pustynia. Wyostrzają się też niektóre cechy jego charakteru, zarówno te najnikczemniejsze – antysemityzm, homofobia, rasizm i patriarchalizm – jak i lepsze: zdolność do przebaczenia i trzeźwość osądu. Inne łagodnieją: z wiekiem pisarz staje się stoikiem, z oddali przyglądającym się starzeniu własnego ciała, śmieszności swojej pracy i brakowi uznania. Ulatują wreszcie z niego resztki katolicyzmu, świat przeistacza się w pole bezsensownego przypadku, któremu nie należy się przeciwstawiać – jakkolwiek od czasu do czasu, w krótkich momentach epifanii, powraca przeczucie istnienia wyższego porządku. Pomimo tego życie jest jednak rozpadem, koniecznym, choć i niepowstrzymywanym, trzeźwym, na ile się da. Pisarz na nic już nie czeka, ani na wielkie objawienie, ani na sprawiedliwość; mozolnie odnotowuje fakty i działa tak, jak mu każą. To w tych momentach lektura Dziennika daje wrażenie najbliższe obcowaniu z człowiekiem, który wyłania się spod sztywnej maski uprzedzeń i przekonań o swojej „cywilizowanej” pozycji.

Życie nie ma żadnego „celu” – wszystko, czym nas zwodzą, to tylko sztuczny pretekst. Nie jest „celem” ani rodzina, ani praca, ani ludzkość. To wszystko to tylko warunki. Życie nie ma celu, ale ma – jeden – sens: Rozkosz. Rozkosz potrafi wzrastać, gęstnieć. Starzenie się: pełne, gęste życie. Przebudzenie się: nowe narodziny. Zaśnięcie: mała śmierć. A to, co jest pomiędzy nimi, wtłoczone zostaje w świadomość jednego dnia: wszystkie sensacje każdego wieku naraz. To też Rozkosz.

Márai to Europejczyk par excellence, melancholik rozglądający się za swoją przedatowaną, wyzutą z żywotności duchowością, pasjonat form i cywilizacyjnych dorobków, świadom zarazem tego, ile bezprecedensowych katastrof wyszło ze starego kontynentu. Pod koniec wojny twierdzi jeszcze, że Europę zbudował mieszczanin, a zniszczył prostak, ale potem nie jest już tak surowy: przy obsesyjnym antykomunizmie uznaje wreszcie, że jeśli chodzi o starą Europę, nie bardzo było czego ratować. W 1952 roku zapisuje w Dzienniku: Na wszystko, co się teraz dzieje we mnie i wokół mnie, patrzeć jak na ostatnie rozbłyski eksplodującej kultury. Jakkolwiek obsesja cywilizacyjnego rozpadu towarzyszy mu przez całe życie, to z wiekiem pisarz łagodnieje, a jego uwaga przesuwa się na rozkład własnego ciała.

Zapewne najciemniejszym okresem odnotowanym w Dzienniku jest czas spędzony w USA. Pisarz zamieszkał tam wraz z żoną i przybranym synem tylko po to, by zdobyć obywatelstwo i lepszy poziom życia. Jednak jego kontakt z amerykańską kulturą przebiegał według najgorszego schematu – zgorzkniałego europejskiego intelektualisty mierzącego się z miernotą Nowego Świata. Márai do końca życia pozostał immanentnie obcy Ameryce: doceniając stabilizację, której tam zaznał, nie szczędził przybranej ojczyźnie złośliwości, często pobrzmiewających rasizmem oraz przekonaniem o europejskiej wyższości. Dziennik w tym okresie staje się najuboższy; monotonia przepełnionych ślepotą skarg zaczyna męczyć. Dopiero powrót do Włoch przywraca mu energię – tekst nagle rozkwita bogactwem opisów miejsc, ludzi i nowych form życia. Ale i tak dopadnie pisarza znudzenie i wróci do Ameryki, świadomy, że jedzie już tylko po śmierć. Pustynia, którą stanowi pobyt w USA, sprawia jednak, że na kartach Dziennika coraz częściej gości Lola Márai. Już jako pełnokrwista postać, nie kucharka i praczka, więcej: jako kobieta, którą pisarz kocha i bez której nie może się obyć. Wtedy, gdy wietrzeje z niego arogancja i buta, zastępowana stopniowo podszytym melancholią stoicyzmem, spod patriarchalnej maski wyłania się ktoś, kto zależy od innego człowieka i go dostrzega.

Lektura tak obszernego Dziennika sprawia, że zna się pisarza niemal tak, jak bohaterowie de Sade’a swoje ofiary: nie tylko od intymnej, często ciemnej strony, ale jak osobę będącą zakumulowanym, nagim czasem, którego nie da się udrapować pozami i stylizacjami. Kto zna Máraiego za sprawą jego książek, tutaj musi zdobyć pewien rodzaj tolerancji. Ten sam powieściowy wartki styl, opisujący ludzkie działania z entomologiczną precyzją i dystansem, przeplatany jest wieloma niesprawiedliwymi sądami, zgryźliwościami i utyskiwaniami. Ale to, co na koniec z tej lektury się zdobywa, przekracza małostkowości pisarza.

Ostatnio – a to już starość – na jawie często myślę o znajomych, którzy zmarli. W takich chwilach zawsze czuję, że ci ludzie odeszli i nie wypowiedzieli czegoś ważnego, istotnego – a to, czego nie powiedzieli, było ich prawdziwym ja, w tym zawierał się sekret ich osobowości. Wszystko, co powiedzieli, nie było naprawdę ważne. Gdy człowiek umiera, zabiera ze sobą coś, co było jego, tylko jego tajemnicą, i tej tajemnicy już nikt nigdy nie pozna.

Spod skorupy uwięzionej w samej sobie i śmiesznej przez to jednostki – zakleszczonej w obsesjach i formach przebrzmiałej kultury – wyłaniają się na kartach Dziennika kontury tajemnicy. „Rozkosz” to może jedyne słowo, w którym Márai czyni znak, że jej nie zdradzi.

Sándor Márai

Dziennik (t. I: 1943-1948, t. II: 1949-1956, t. III: 1957-1966, t. IV: 1967-1976)

Przeł. Teresa Worowska

Wydawnictwo Czytelnik, 2017-2019