• Patronem wydania jest Kraków Miasto Literatury UNESCO
Artykuły | 18.02.2019
Powiedzmy to wprost: twórca Conana był rasistą (cz. 2)
Artykuły | 18.02.2019

Powiedzmy to wprost: twórca Conana był rasistą (cz. 2)

Popkultura jakoś przeoczyła ten fakt, ale świat przedstawiony opowiadań o Conanie nie jest autonomiczną krainą egzystującą w całkowitym oderwaniu od naszej rzeczywistości.

W eseju Era hyboryjska (jednej z pierwszych – i obok Silmarillionu najsłynniejszych – prób wykreowania i skontekstualizowania fikcyjnego świata włącznie z jego wewnętrzną historią, mitologią i geopolityką) autor w pseudohistoryczny sposób opisał przedpotopowe dzieje naszej planety oraz cywilizacje, które czas i kataklizmy starły z powierzchni Ziemi. Aby uwiarygodnić tę kreację, wykorzystywał nazwy oraz terminy wywodzące się z rozmaitych mitologii oraz folklorów, które popadły w zapomnienie lub uległy zniekształceniu. Przykładem mogą tu być mieszkający na dalekiej północy Azowie (Aesirowie) i Wanowie (Vanirowie), wskutek społecznej i kulturowej ewolucji przekształceni w Wikingów, dla których takie terminy jak „Aesir” czy „Vanir” stanowiły echa dawnej, zapomnianej potęgi i przetrwały wtopione w skandynawską mitologię. W przeciwieństwie do Śródziemia czy Ziemiomorza (które oczywiście również czerpały inspiracje z realnie istniejących mitologii), Hyboria – kontynent, na którym rozgrywa się akcja opowiadań o Conanie – nie jest wcale odrębnym uniwersum, które egzystuje niezależnie od naszego świata, ale jego fikcyjnym mitem, światem poprzedzającym nasz świat, którego dzieje mają tłumaczyć to, w jaki sposób wygląda rzeczywistość, w której egzystujemy obecnie.

Powiedzmy to wprost: twórca Conana był rasistą (cz. 1)

Warto o tym pamiętać w trakcie lektury, ponieważ stanowi to klucz do zrozumienia, na jakich zasadach opiera się konstrukcja świata przedstawionego. W kreacji Howarda Cymeryjczycy, Aquilończycy, Shemici i Piktowie nie są fikcyjnymi grupami etnicznymi zamieszkującymi wykreowany od samego początku, autonomiczny historycznie świat – to „protoplaści” odpowiednio Celtów, Rzymian, Arabów i rdzennych Amerykanów (nazwa „Piktowie” może być tu nieco myląca) i każda z tych cywilizacji nosi takie cechy, jakie autor przypisywał ich realnym odpowiednikom. Piktowie są zatem hordą bez wyjątku złych dzikusów mordujących wszystkich, którzy tylko nawiną się im pod rękę, a Kuszyci (przodkowie mieszkańców subsaharyjskiej Afryki) są prymitywnymi złodziejami i piratami, nad którymi zapanować jest w stanie wyłącznie któraś z „białych” cywilizacji. Na kartach opowiadań o Conanie autorstwa Howarda nie pojawia się ani jedna pozytywna postać Pikta czy Kuszyty ani innych protogrup etnicznych, których realne odpowiedniki uważał Howard za rasowo gorsze. Kontynuatorzy jego twórczości starali się – i do dziś się starają – tuszować ten aspekt, pogłębiając i komplikując politykę i kulturę tych cywilizacji oraz przedstawiając pozytywne postaci do nich przynależące, ale dla samego Howarda sprawa była czarno-biała. Uniwersum Conana zbudowane zostało na bardzo czytelnych, bardzo wyrazistych i bardzo błędnych rasistowskich uprzedzeniach prozaika. Naprawdę, chciałbym móc napisać inaczej.

Niespecjalnie możemy tu również powoływać się na koncepcję śmierci autora. Odnoszę zresztą wrażenie, że wiele osób traktuje tę ideę jako metaforyczną „kartę wyjścia z więzienia” z gry planszowej Monopoly – „nie chcę mierzyć się z niewygodnymi dla mnie implikacjami odnośnie do lubianego przeze mnie dzieła, więc zdecyduję, że oddzielam je od autora i traktuję jako autonomiczny twór i nikt nie może się mnie o to czepiać, ponieważ to równie dobry sposób percepcji kultury, jak każdy inny”. Ostatnie jest oczywiście prawdą. Warto jednak pamiętać, że Roland Barthes przedstawił swoją koncepcję po to, by poszerzyć pole interpretacyjne dzieł literackich, odrzucić pogląd, jakoby intencja autorska była jedynym lub „najlepszym” sposobem odczytywania tekstów kultury. Sam to robiłem, zresztą całkiem niedawno, w mojej interpretacji postaci z mitologii Conana jako osoby biseksualnej. Czy autor miał intencję kodować postać Peliasa jako osobę seksualnie nienormatywną? Z pewnością nie. Czy można ją odczytywać w ten sposób? Ja upieram się, że tak, właśnie dzięki dobrodziejstwom koncepcji śmierci autora, oderwaniu tekstu od intencji twórcy i analizowaniu go w sposób, jakiego on sam nigdy nie przewidział i przeciwko któremu prawdopodobnie by protestował.

Problematyczne motywy i wątki nie znikają w czarodziejski sposób z opowiadań o Conanie tylko dlatego, że dokonamy interpretacyjnego aktu oderwania dzieła od jego twórcy, nie przestaną być mniej widoczne czy znaczące, a już na pewno nie staną się dzięki temu mniej problematyczne. W swoich najgorszych momentach (zwykle około drugiej w nocy, wpatrzony w monitor laptopa) zaczynam myśleć o tym jak o intelektualnym tchórzostwie. Szybko mi jednak przechodzi, bo mimo wszystko dobrze to rozumiem. Nie każdy ma obowiązek wykonywać taką myślową pracę za każdym razem, gdy cieszy się jakimś tekstem kultury. Szczególnie jeśli robi to w celach rekreacyjnych.

Wróćmy zatem do pytania, które zadałem na początku tekstu – co z tego? Cóż, ja sam uważam, że tropienie tego typu inspiracji i motywów jest fascynujące samo w sobie, doskonale zdaję sobie jednak sprawę z faktu, że u innych może budzić dyskomfort. W tym konkretnym przypadku ma to sens, gdyż saga o Conanie jest jednym z fundamentów współczesnego fantasy, o czym wielu z nas zdaje się zapominać. A to, co napisałem wcześniej o sposobie, w jaki Howard wykreował różne cywilizacje w oparciu o swoje uprzedzenia w stosunku do rozmaitych grup etnicznych? Zastanówcie się nad wszystkimi narracjami – grami wideo i fabularnymi, sagami fantasy, komiksami, filmami i serialami – w których świat przedstawiony zapełniają mocarstwa wzorowane na (najczęściej stereotypowo odczytywanych) kulturach istniejących w naszym świecie. Cała ta filozofia tworzenia fikcyjnych cywilizacji na zasadzie analogii wywodzi się właśnie od Howarda, to on przetarł szlak. Przy czym zrobił to, opierając się na fundamencie własnych rasowych uprzedzeń.

Czy znaczy to, że wszyscy twórcy korzystający z tej metody światotwórstwa powielają również zakodowany w niej rasizm Howarda? Absolutnie nie. Czy twórcy nieświadomi kłopotliwego dziedzictwa tej metody mogą, nieumyślnie i bez złych intencji, powielić jakieś rasistowskie motywy? Cóż… tak. Zdarzało się to w przeszłości, zdarza się i teraz. Pamiętam, gdy pierwszy raz grałem w The Elder Scrolls V: Skyrim, popularną grę wideo z gatunku fantasy, w której gracz przemierza jedną z prowincji kontynentu Tamriel. Pamiętam mój zachwyt, gdy odkryłem istniejącą tam grupę etniczną Forswornów – toż to toczka w toczkę Howardowscy Piktowie! The Elder Scrolls to przebogate uniwersum garściami czerpiące z wielu odgałęzień fantasy, od Tolkienowskiego, przez pulpowo-howardowskie, aż po nowoczesne eksperymenty w stylu new weird. Co ciekawe, świat ten – obok wielu innych istot rozumnych – zamieszkuje kilka odrębnych ras ludzkich. Tak jak u Howarda, różnią się one od siebie kulturą, cechami fizycznymi i historią. Wszystkie, z wyjątkiem jednej, czarnoskórych Redguardów, są białe. Wszystkie, z wyjątkiem jednej – zgadnijcie której – wywodzą się też od wspólnego przodka, protorasy Atmoran zamieszkującej lokalny odpowiednik Antarktydy.

Czy to oznacza, że twórcy The Elder Scrolls są rasistami? Absolutnie nie. Czy mamy do czynienia z przejawem, choćby i nieintencjonalnego, rasizmu? Nie. Czy sytuacja, w której jedyna ludzka rasa fikcyjna niespokrewniona z pozostałymi jest czarnoskóra, niesie ze sobą echa Howardowskiego postrzegania świata, w którym „oni są z innego gatunku. Mają inną krew”? Obawiam się, że tak. Jeszcze raz – w żadnym wypadku nie uważam tego za jakiś wyjątkowo istotny problem. Szczególnie biorąc pod uwagę fakt, że Redguardzi mają niesamowicie fascynującą, bogatą, szczegółowo opisaną kulturę i traktowani są w grze (zarówno pod względem mechaniki, jak i fabuły) na równym poziomie, co pozostałe rasy. Niemniej: niemal osiemdziesiąt lat po śmierci Howarda w dziełach choćby tylko częściowo inspirowanych jego twórczością nadal pobrzmiewają echa jego uprzedzeń – dalekie i niewyraźne, ale wciąż słyszalne. Jak pojękiwania widmontologicznej zjawy, która od dawna nie jest już w stanie zrobić nam krzywdy, ale od czasu do czasu nadal potrafi zaniepokoić.

I choćby z tego powodu powinniśmy cały czas o tym dyskutować. Właśnie – dyskutować. Pamiętam, jak ktoś zarzucił mi kiedyś (w wyjątkowo histerycznym wybuchu), że chcę cenzurować Conana. Zacznijmy od tego, że nawet gdybym chciał, to nie mam takiej możliwości. Conan z Cymerii odcisnął tak mocne piętno na kulturze popularnej, że nie istnieje sposób na to, by go z niej usunąć. A ponadto: wcale tego nie chcę. W młodości uważałem się za kogoś w rodzaju Howardowskiego scholastyka, a i do dzisiaj mam do Conana wielki sentyment. Przeczytałem prawie wszystkie opowiadania Howarda, do wielu wracałem wielokrotnie, do wielu będę jeszcze pewnie wracał w przyszłości. Nie postuluję cenzury, postuluję coś wręcz przeciwnego – czytajmy Conana. Czytajmy go cały czas, czytajmy długo i namiętnie, czytajmy uważnie i wnikliwie. A potem o nim dyskutujmy. Analizujmy problematyczne motywy, zastanawiajmy się, czy przeciśnięte przez różne dekonstrukcje i remiksy nadal sprawiają nam kłopot, a jeśli tak – to co zrobić, by to zmienić? Pisząc „zmienić”, nie mam na myśli agresywnej redakcji opowiadań, by usunąć z nich wybrane wątki i motywy*. Chodzi raczej o to, aby wyciągnąć lekcję na przyszłość. Zrozumieć, ocenić i postarać się zrobić to lepiej.

Rozumiem osoby, które boją się, że po zjedzeniu tego owocu z drzewa poznania dobra i zła zorientują się, że stoją nadzy w obliczu czegoś bardzo nieprzyjemnego. Zrozumienie, ile intencjonalnych, czytelnych motywów rasistowskich i ksenofobicznych ma w sobie Howardowska proza, może permanentnie zatruć nam jej percepcję. Większość z nas chce uniknąć tego dyskomfortu – to absolutnie zrozumiałe. Obawiam się, że nie mam dla tych osób łatwej odpowiedzi. Jeśli lubisz twórczość Howarda (albo, na tej samej zasadzie, twórczość innego problematycznego artysty lub artystki) i po zrozumieniu oraz przyjęciu do wiadomości, że ta twórczość zawiera jednoznacznie rasistowskie motywy, zaczynasz mieć problem z czerpaniem pełnej przyjemności z lektury, to… no cóż. Przede wszystkim jesteś, przynajmniej w pewnym wymiarze, dobrą osobą, ponieważ przeszkadza ci rasizm. Jesteś też osobą trochę mądrzejszą niż wcześniej oraz skłonną do zmiany swojego punktu widzenia pod wpływem przekonujących argumentów, a to cechy, które należy w ludziach szanować. Jeśli pomimo to nadal czytasz Conana (albo, na tej samej zasadzie, inne problematyczne teksty kultury), ponieważ wciąż znajdujesz tam rzeczy wartościowe, przynoszące pozytywne emocje i komfort – to, pod tym przynajmniej względem, jesteś osobą dokładnie taką jak ja.

Możemy szukać pociechy w tym, że sytuacja często jest złożona i bardzo niejednoznaczna. W środowisku amerykańskich pulpowych powieści lat 20. funkcjonował niskonakładowy periodyk „The Junto”. W jednym z jego numerów ukazał się tekst autorstwa Harolda Preece’a, redaktora naczelnego czasopisma, noszący tytuł Women: A Diatribe. Był to, jak pewnie większość z was się już domyśla, seksistowski wyrzyg słowny, którego tematem przewodnim była rzekoma intelektualna niższość kobiet. Jeden z popularnych wówczas pulpowych pisarzy i przyjaciel Preece’a napisał ostrą kontrę do tej diatryby, w której najpierw długim ciągiem wymienił mnóstwo przykładów kobiet, które aktywnie uczestniczyły w politycznym, artystycznym i intelektualnym rozwoju naszej cywilizacji, a potem trafnie zdiagnozował problem długotrwałej dyskryminacji kobiet w społeczeństwie jako powód, dla którego znacznie mniej kobiet zapisało się na kartach historii. Mężczyźni są równie kapryśni, co kobiety – skonkludował ów szokująco progresywny jak na swoje czasy autor; Kobiety od tak dawna były spychane do podległej roli, że jeśli brakuje im doświadczenia i rozumu, to zdecydowanie nie jest to ich winą.

Tym pisarzem był Robert Ervin Howard. I nie jest to w żadnym razie pojedynczy incydent, tylko coś, co stanowiło spójny element jego światopoglądu. Howard, będąc, nawet jak na swoje czasy, wielkim rasistą, był równocześnie, jak na swoje czasy, zaciekłym feministą. I, podobnie jak jego rasizm, to również widać w jego twórczości. Napisał między innymi krótki cykl opowiadań historycznych o Mrocznej Agnes, szesnastowiecznej francuskiej szlachciance, która odrzuciła swoją rolę w społeczeństwie, uciekła z domu przed zaaranżowanym przez jej rodzinę małżeństwem i wybrała żywot najemniczki. Innym przykładem jest kolejna bohaterka historycznego opowiadania Howarda The Shadow of the Vulture, walcząca z Imperium Osmańskim kobieta o polskich i ukraińskich korzeniach posługująca się pseudonimem Czerwona Sonja. Nawet w opowiadaniach o Conanie pojawiają się od czasu do czasu postaci kobiece, zarówno pozytywne, jak i negatywne, które wyróżniają się wykształconą osobowością oraz indywidualnymi wątkami. Do moich ulubienic należy księżniczka Yasmela, która w opowiadaniu Czarny kolos, wbrew naciskom swoich doradców, podejmuje odważne, niekonwencjonalne i – jak się później okazuje – stuprocentowo trafne decyzje celem ocalenia swojego królestwa. Howard nigdy nie podważał intelektu swoich bohaterek – nawet jeśli zwykle ostatecznie wpychał je w ramiona Conanowi.

Czy feminizm Howarda kasuje lub choćby łagodzi jego rasizm? Nie, ponieważ to nie jest gra na punkty i to, że pisarz był progresywny w jednym aspekcie, nie sprawia, że jego uprzedzenia w innym są mniej problematyczne. Dlatego tak bardzo potrzebujemy zdrowego, w miarę możliwości pozbawionego negatywnych emocji dyskursu odnośnie do kultury popularnej w ogólności. Nikt, kto przywołuje rasizm Howarda, nie chce go cenzurować, obrażać czy skazywać na zapomnienie. Robert Ervin Howard był rasistą. Howard Phillips Lovecraft był jeszcze większym rasistą. Orson Scott Card jest homofobem. I tak dalej. Gdy przełkniemy już tę stojącą w gardle gulę, możemy zacząć się zastanawiać, co dalej.

Czeka nas dużo pracy.