barbarzynca
RECENZJE | 08.04.2013

Porysunki z barbarzyńcami czy poetycki Pinterest? („Powrót barbarzyńców i nie”)

Pod pretekstem recenzji porozmawiamy o pewnym natręctwie Biura Literackiego, a w szerszej perspektywie, o współczesnych ambicjach powiedzenia wszystkiego od nowa. Przepisywania na czysto, ubarwiania z użyciem gamy kolorystycznej Pantone, koniecznie na kredowym papierze. O próbach oszlifowania, upudrowania starego w oparciu o wiedzę marketingową oraz pijarową, o symplifikowaniu struktur złożonych, wszystko po to, by osiągnąć idealny produkt końcowy – lekkostrawną, w tym wypadku literacką papkę mechanicznie oddzieloną od kości.

Ponoć pierwsze wrażenie jest kluczowe i nie – chciałoby się przewrotnie dodać za tytułem omawianego zbioru. Powrót Barbarzyców i nie, almanach, który ukazał się niedawno nakładem Biura Literackiego, po pierwszej lekturze wydaje się hołdem złożonym kulturze obrazu. Ma on na celu popularyzację utworów niegdysiejszych „nieposkromionych”: Marcina Świetlickiego, Macieja Meleckiego, Mariusza Grzebalskiego, Marcina Sendeckiego, Adama Wiedemanna, Dariusza Sośnickiego, Miłosza Biedrzyckiego, Krzysztofa Jaworskiego, Marcina Barana, Darka Foksa, Andrzeja Sosnowskiego, Grzegorza Wróblewskiego. Wydanie to jest próbą okiełznania w piętnastu komiksowych aktach „barbarzyńców”, debiutantów przełomu lat 80. i 90., zaproszonych do współpracy około 1997 roku przez Artura Bursztę twórców uczestniczących w poetyckim tournée lat 90.

Ale wróćmy do natręctw Biura Literackiego. Te, o których będziemy mówili, dotyczą prób wpisania poszczególnych, z perspektywy czasu wyblakłych utworów w żywą tkankę obrazu. Kolokwialnie ujmując – mają na celu odgrzanie zimnego kotleta. Warto zaznaczyć, że podejmowane sukcesywnie starania organizatora konkursów „Komiks wierszem” i „Nakręć Wiersz” towarzyszą jednej z największych imprez poetyckich w kraju – Europejskiemu Portowi Literackiemu Wrocław. Tak więc mamy „książkową” receptę na sukces – duży festiwal obsadzony „gorącymi” w środowisku poetyckim nazwiskami (Sosnowski, Wiedemann, Bonowicz), kreatywny konkurs biorący na warsztat utwory znanych postaci (choć, jakby się przyjrzeć wnikliwiej, dobrane są one zupełnie chaotycznie), a przede wszystkim młody narybek artystów-grafików, chętnie reinterpretujących wiersze, przepisujących je z misyjnym nabożeństwem i poczuciem, że stwarzają nową jakość.

Co wynika z tej misternej próby międzypokoleniowych i interdyscyplinarnych „porysunków”? Starannie zaplanowane barbarzyństwo. Od pierwszej kreski otwierającego almanach komiksu Kuba Kołodziejczak (rocznik 1986) sugeruje, że Ubi et orbi Marcina Świetlickiego to w istocie walka zdeformowanych, topornych postaci. W znakomity sposób buduje napięcie wersu:

Chorzy, niepełni, nie rejestrowani

pokazując jego dynamikę za pomocą kolejnych obrotów obręczo-skakanki, przez którą skacze głowa przypominająca swym kształtem nerkę. Tłem poszczególnych dymków staje się plama – jakby ślad po liściach paproci na kartce wyrwanej z rodzinnego albumu.

Tępią się i wypadają moje krytyczne kły, gdy zmierzam do Morza Mariusza Grzebalskiego „pod kreską” twórcy plakatów, komiksów i ilustracji Wojciecha Pawlińskiego (1988), osiągającego z wyczuwalną łatwością, za pomocą zaledwie kilku rysunków, nastrój melancholii. Choć u niego

Za oknem kutry,

rybacy z cynowymi misami twarzy

wsparci na biodrach.

są dosłowni aż do bólu, wybaczam, ponieważ ostatnie spojrzenie na morze rozmywa się w pastelach. Teraz już możemy być pewni, że nie doczekamy się

Żadnych zmian,

choć można było inaczej.

Co innego u Karoliny Zalewskiej (1982), rysującej Murzyna na podstawie utworu Murzyn w podróży służbowej Adama Wiedemanna. Tutaj mamy do czynienia z ilustracją w łacińskim rozumieniu illustratio – rozjaśnienie, wyjawienie (illustrare – rozjaśnić, wyjaśnić). Zalewska pokazuje, że Wiedemannowski Murzyn w jej wyobrażeniu jest kimś na pograniczu Big Daddy’ego i peerelowskiego lumpa, a trochę może nawet taką Barbarą Radziwiłłówną z Jaworzna-Szczakowej Witkowskiego (tak ja „ją” sobie wizualizuję). Wiersz Wiedemanna został na potrzeby przedstawienia rozczłonkowany, porwany na użytek kolejnych ilustracji. Ale kto będzie miał pretensje do zafascynowanej baśniami braci Grimm Zalewskiej, gdy serwuje nam ona fascynującą podróż pociągiem z Murzynem, kolejne dymki kipią od zapachu Marlboro i skrzą się skrawkami skąpych szat w leopardzie cętki. Choć narracja wydobywa się z „murzyniego” boom boxa, pierwotna dzikość tego podróżnika jest oczywista i nieposkromiona.

Berenika Kołomycka (1983) we flircie z M – morderstwo Marcina Świetlickiego dokonuje wyborów, zdawałoby się, oczywistych, z chirurgiczną precyzją przeciwstawiając proste, rażąco dosłowne rysunki krwawemu tematowi.

A ona leży z nożem w plecach.

A ona leży z nożem w plecach.

A u Kołomyckiej wygląda, jakby spała na podłodze ze wzorem w jodełkę, zawieszona w bieli kartki, zanurzona w czerni nocy. Chciałoby się powiedzieć – czysta poezja!

Drugie piękne i dostatnie życie dostał utwór Massachusetts Miłosza Biedrzyckiego. Ilustracje Heleny Siemińskiej sprawiły, że przebaczyłam Biuru Literackiemu tę próbę zadzierzgnięcia poezji na usługi rysunku. W akcie miłosierdzia darowałabym nawet dwu ekranizacjom: Hoffmana Ogniem i mieczem i Panu Tadeuszowi Wajdy. Za pomocą świeżej, technicznej kreski studentka Wydziału Grafiki na ASP w Krakowie przedstawia historię z pewnej budowy. Leżą w komiksie porozrzucane deski, splątane w pracy są dłonie. Od tubajforów przez sajdingi i szitroki zostajemy przeprowadzeni gładko, lecz boleśnie, bo przecież mowa o polonii amerykańskiej, a więc stąpamy po grząskim gruncie, po ostrzach kolejnych z lekkością zakreślonych linii. Wizualizacja Massachusetts autorstwa Heleny Siemińskiej jest pełna bieli i ciszy do momentu, gdy docieramy do otoczonej gęstymi, niemalże kompulsywnie narysowanymi kreskami mekki modernizmu z górą jej strzelistych wieżowców. Misja maślaka – polskiego wyrobnika, emigranta – zmierza ku końcowi, teraz pozostaje mu w ciasnych, kwadratowych dymkach kaszleć watą szklaną i zalepiać przełyk ciastem.

Sięgając po Powrót Barbarzyńców i nie, obawiałam się, że wydana w ładnej, kolorowej formie książka okaże się poetyckim Pinterestem, tablicą inspiracji samozwańczych artystów, jakich wielu. Przesyt dominującej współcześnie kultury obrazu prowadzi przecież do lektur będących jedynie grzechem przyjemności, często podszytej barbarzyństwem oczywistości.

Pozostaję jednak pozytywnie zaskoczona tą wielopłaszczyznową ilustratorską podróżą. Głównie z powodu imponująco niskiej średniej wieku twórców (najstarszy urodzony w roku 1977, najmłodsza na początku lat 90.) czytających poezję i tłumaczących ten niejednokrotnie niezrozumiały świat na język obrazu, którym dziś przecież każdy włada biegle.

 

— 

„Powrót barbarzyńców i nie”

Różni autorzy

Seria „Poezje”

Biuro Literackie, 2013

Liczba stron: 72