portretdamy
ARTYKUŁY | 26.03.2012

Portret damy

Jak być idealną panią domu? Jak zadowolić małżonka, utrzymać w ryzach potomstwo, zagwarantować niezmienną atmosferę domowego ogniska, czystość podłogi i ducha – a wszystko to w otoczeniu zapachów świeżo upieczonego ciasta? Na te i inne pytania odpowie telewizja. Zawsze odpowiadała – ustami niezliczonych uśmiechniętych matek, żon i kochanek na telewizyjnych ekranach jak świat długi i szeroki. Dziś protagonistka puszcza oko: bycie damą i boginką domowego ogniska to slalom, w którym łatwo o upadek. I to jakże spektakularny!

Po II Wojnie Światowej dziarska amerykańska dziewczyna, swą pracowitością wspierająca gospodarkę i machinę wojenną, przestała być najbardziej pożądanym wzorcem. Plakaty z hasłem We can do it zniknęły z fabrycznych ścian – żołnierze wracali z frontu na stanowiska pracy. Wiele kobiet kontynuowało wprawdzie kariery zawodowe, ale całe ich zastępy powróciły do domowych pieleszy, by pracować zawzięcie nad gigantycznym przyrostem naturalnym i wychowywać całe roczniki baby boomersów. Nadeszły lata 50., a w living roomach domków na przedmieściach zadomowił się nowy element wyposażenia: odbiornik telewizyjny. Ta potężna broń służyła twórcom i reklamodawcom nie tylko do pozyskiwania finansowych profitów: stała się maszynką do budowania – w chłonnych głowach telewidzów – obowiązującego modelu rodziny z amerykańskiej klasy średniej.

The Donna Reed Show – sitcom emitowany w latach 1958-66 – jest dziś uważany za sztandarowy przykład telewizyjnego podręcznika do życia w rodzinie (o ile jesteś biały, masz dochodowe zajęcie budzące społeczne poważanie i mieszkasz w domu z ogródkiem). Ucząc bawił, bawiąc uczył: że łóżka w sypialni rodziców muszą być dwa, domowe obowiązki i obowiązki kobiety to synonimy, a nic tak nie pomaga w sprzątaniu jak sznur pereł, obcas i szeroka spódnica za kolano. Oczywiście prawdziwa amerykańska ulica nie przypominała widoku z ganku państwa Reed. Oczywiście kobiety podśmiewały się z szeroko uśmiechniętej perfekcyjnej pani domu. Nie zmienia to faktu, że jakkolwiek daleko byłoby im do Donny, dla rzeszy telewidzów pozostawała niedoścignionym ideałem.

Minęło 45 lat i typy kobiecych bohaterek amerykańskich obejmują wszystkie kolory tęczy. Są heroiny i są ofermy, są grzeczne dziewczynki i są wyzwolone wampy, są tytanki intelektu i są głupiutkie kelnereczki. Sposoby prezentowania kobiecych postaci w telewizji to temat na wielogodzinne rozważania i pogawędki przy kominku – dość powiedzieć, że pomijając wszelkie nadużycia przemysłu rozrywkowego, rola kobiety rzadko jest już ograniczana do bycia wielozadaniowym robotem kuchennego. Ale nie oszukujmy się, dziewczyny: jeśli chcesz być porządną obywatelką budzącą szacunek na podmiejskiej dzielnicy, wiesz, co robić. Bądź biała. Bądź republikanką. Miej proste plecy, piecz muffiny, chodź do kościoła. Bądź Bree Van de Kamp.

Serial Desperate Housewives raduje nas od ośmiu lat i powoli zbieramy się do łzawych pożegnań: stacja ABC emituje aktualnie ostatni sezon. Gdy bohaterki pojawiły się na ekranach po raz pierwszy, wizerunek każdej z nich stanowił spójną konstrukcję – niemal archetypiczną postać z popkultury. Matka gromadki dzieciaków, dla wychowania których porzuciła intratną posadę. Rozchwiana emocjonalnie słodka artystka opuszczona przez męża dla ponętnej sekretarki. Wylaszczona latynoska z wielgachnym ego i karierą modelki w CV. I ona. Królowa WASP-ów – Bree Van de Kamp.

Bree miała wszystko. Męża lekarza, dwójkę urodziwych dzieci, dom piękny i czysty jak łza, przekonania bez marginesu błędu. Była na najlepszej drodze, by zostać telewizyjną nudziarą w programie dla dobrze wychowanych panien i eleganckich dam z towarzystwa. Tak się jednak nie stało – ruda Bree regularnie i zacięcie przekraczała kolejne granice etyczne, a na idealnym obrazku pojawiały się coraz głębsze rysy.

Jasne, że miała atrakcyjnego męża (poznanego na spotkaniu – a jakże – Młodych Republikanów), którego wysoki status stanowił jej źródło niekłamanej satysfakcji, a wieloletnie pożycie układało się nie najgorzej. Cóż z tego. I tak nie dane było im całować się w policzki w złote gody – Rex okazał się małżonkiem niewiernym. I to bynajmniej nie w jakiś oklepany sposób, znany z rozwiązań przypisanych kryzysowi wieku średniego. Rex poszedł na całość, płacąc za usługi seksualne lokalnej damie lekkich obyczajów, z którą uskuteczniał praktyki sado-maso, by ostatecznie zakończyć tę przygodę zawałem w ramionach kochanki. Doktor Van de Kamp miał usprawiedliwienie: konserwatywna Bree nie chciała spełniać jego wyuzdanych zachcianek w małżeńskim łożu. Mimo, że kurczowe trzymanie się roli nieskazitelnej damy z Południa mogło nie sprzyjać uniesieniom w alkowie, zdecydowanie zdało egzamin po całym incydencie: Bree z właściwym sobie opanowaniem przyjęła męża pod swój dach, by doglądać jego rekonwalescencji. Leki aplikowała sumiennie, jeszcze sumienniej odgrywała koncert pasywno-agresywnej zemsty. W białych rękawiczkach, z uśmiechem na ustach i z wyszukanymi daniami – podawanymi oczywiście do łóżka.

Z czego jeszcze mogła być dumna chodząca perfekcja z przedmieść? Oczywiście z dzieci. Bree miała ich dwoje: szczęściarzami byli Andrew i Danielle – wbrew sielankowemu entourage’owi, konflikt Bree z potomstwem znacznie wykraczał poza schematy znane z podręczników do psychologii. Sytuacji nie ułatwił homoseksualizm syna ani licealna ciąża córki. Nasza bohaterka nie dostałaby może pucharu w żadnych macierzyńskich mistrzostwach kraju, ale dzieciaki nie pozostawały dłużne. Nawet najbardziej heroiczne próby przekroczenia własnych uprzedzeń trafiały w najeżoną kolcami ścianę. Co zatem robi czuła matka, gdy potomstwo jest odporne na jej metody wychowawcze? Pozbywa się dowodów. Andrew zabawił nie tylko na obozie dla trudnej młodzieży, ale i przerażających ulicach wielkiego miasta, gdzie na życie zarabiał nierządem. W tym zestawieniu odesłanie Danielle do zagranicznej szkoły z internatem brzmi całkiem przyjemnie. Niemniej jednak kolejna pozycja z listy zadań perfekcyjnej pani domu nie została odhaczona. Następna porażka rudej miłośniczki broni palnej.

W życiu rodzinnym może się nie wiodło. Pierwszy mąż umarł, z drugim musiała się rozwieść ze względu na jego „kryminalne doświadczenia”, dzieciaki gdzieś zwiały, w okolicy trup ścielił się gęsto. Obsesyjno-kompulsywne zachowania musiały się w końcu przydać: prowadzenie domu było konikiem Bree. Kierując się wzorami bliskimi wspomnianej Donnie Reed, prezentując się w ołówkowej spódnicy nieskalanej żadną tłustą plamą, zachowywała idealny porządek. Kuchennymi specjałami biła na głowę Marthę Stewart (i nawet udało jej się nie trafić za kratki). Róże w ogrodzie, budzące zazdrość zawodowych ogrodników całego stanu, pielęgnowała w białej koszuli i w kapeluszu z szerokim rondem. A że za harówkę przy utrzymaniu domostwa w laboratoryjnej czystości nagradzała się lampką wina? Któż nie lubi odkorkować flaszeczki z okazji małego święta? Nie każdy jednak w reakcji na przytłaczające problemy wypija swój ulubiony trunek w takich ilościach, by stracić przytomność w przymierzalni sklepu odzieżowego. Znów porażka, znów ideał sięga bruku (lub przydomowego trawnika), szach-mat.

Przez osiem lat Desperate Housewives na antenie, Bree Van de Kamp widzieliśmy już w każdej sytuacji. Ksiądz z jej parafii nie raz groził palcem: gdy na pogodnym rauszu zjawiała się, by wziąć udział w kościelnej aukcji wypieków, gdy popełniała wiarołomstwo z byłym mężem przyjaciółki, gdy w odpowiedzi na życiowe zawirowania rzucała się w ramiona bywalcom okolicznych barów. Często bywała na szczycie, jeszcze częściej na dnie. Zawsze powstawała jak Feniks z popiołów, by po raz kolejny zapukać do drzwi sąsiadów z koszem muffinów w alabastrowej dłoni. Prawdziwa bohaterka konserwatywnych przedmieść. Czy była szczęśliwa? Czasem. Jej uparte trwanie w roli lokalnej porcelanowej damy przyniosło więcej szkód niż pożytku. Postać Bree Van de Kamp to ukłon w stronę wszystkich amerykańskich bohaterek spod znaku Donny Reed: tych eleganckich, uśmiechniętych, układających kwiatki w wazonie, odzianych w idealnie odprasowane sukienki i pobrzękujących perłami. I telewidzek w nie wpatrzonych. Wszystkim im pokazuje, co kryje się pod płaszczykiem pozornej perfekcji i wszystkim im mówi: Wyluzujcie, lata 50. się skończyły.