pipolizm
ARTYKUŁY | 02.04.2012

Populizm czy pipolizm?

Celebrytyzacja polskiej polityki staje się faktem. Właśnie dlatego na łamach magazynów typu people – obok wielkich miłości i małych porażek popularnych piosenkarek czy gwiazd seriali – coraz częściej pojawiają się nazwiska rządzących. Poppolityka staje się więc istotną częścią medialnego spektaklu, przemieniającego ludzi władzy w celebrytów, dziennikarzy zaś w „wyrobników medialnych”.

« Peopolisation, pipolisation, pipeulisation, peoplisation, peopolitique, pipolitique, peoplitique, piplitique ». We Francji, gdzie dyskusje nad procesem pipolizacji polityki prowadzone są w sposób nad wyraz żywiołowy, do określenia tego zjawiska stosowanych jest wiele nieznacznie różniących się od siebie wyrażeń. Biorąc pod uwagę aspekt etymologiczny, nazwa ta pochodzi od angielskiego słowa people (ludzie), które przywołuje jednocześnie dwa istotne konteksty interpretacyjne. Z jednej strony przywodzi na myśl magazyn „People”, na łamach którego publikowane są przede wszystkim informacje z życia gwiazd. W tym znaczeniu uznać by można pipolizację za sposób mówienia o polityce językiem mediów, rezygnujących z merytorycznych przekazów w imię tworzenia opowieści o prywatnym życiu ludzi władzy. W leksemie tym pobrzmiewa jednak równocześnie nawiązanie do populistycznego (łac. populus – lud) oddziaływania na społeczeństwo, które wiąże się z chociażby z omawianą przez Umberto Eco teorią karnawalizacji sfery publicznej.

Mistrzami pipolizacji pozostają oczywiście Francuzi, którzy szeroko rozpisują się na temat nieudanych kreacji pierwszej damy czy nowych miłości poszczególnych polityków. Spośród wielu kolorowych magazynów poświęconych tej problematyce szczególną rolę odgrywa „Voici”, w którym swego czasu politycy ogłaszali chęć kandydowania w wyborach (Jack Lang), chwalili się nowymi kochankami czy wyjazdami na wakacje. Lauren Fabus, krytykując swego czasu niebezpieczne – jak wówczas jeszcze ośmielano się mówić – praktyki publicznego spowiadania się polityków na łamach magazynów typu people, wypowiedział dobrze znane po dziś dzień zdanie: Je préfère dire: voici mon projet que: mon projet c’est «Voici» („Wolę powiedzieć: oto [voici] mój projekt zamiast: mój projekt to «Voici»). Okazuje się jednak, że opinia ta nie przekonała wszystkich.

Poppolitycy zaspakajają w społeczeństwie konsumpcyjnym potrzebę narratywizacji rzeczywistości. Dlatego formuła tzw. human stories uznawana jest współcześnie przez media za niemalże jedyną obowiązującą. Stąd coraz bardziej na aktualności zyskuje zaproponowany swego czasu przez Ryszarda Kapuścińskiego podział na tzw. journalists, czyli dziennikarzy, którzy nie zatracili jeszcze poczucia misji, oraz media workers („wyrobników medialnych”), kierujących się przede wszystkim kryterium zysku, wiązanym najczęściej z koniecznością zapewnienia masowej publiczności upragnionej rozrywki. Nie jest to oczywiście wyłącznie polska czy francuska przypadłość. Pipolizują się także Stany Zjednoczone, gdzie o politykach-celebrytach mówi się już od obfitującej w skandale i skandaliki prezydentury J.F. Kennedy’ego. Inny model przyjęli Niemcy, w których media szeroko rozpisywały się o rozpadzie małżeństwa Gerharda Schröedera. Jako że opowieść ta bulwersowała wielu czytelników, bardzo szybko na łamach prasy przerodziła się w historię o nowej miłości polityka. Z kolei pipolizacja w ujęciu Japończyków, niezainteresowanych zbytnio skandalami alkowy, sprowadzała się niemal wyłącznie do przedstawiania premiera Koizumi Junichiro jako ekscentryka i męża stanu bez krawata.

Na polskich czytelnikach fakt ten nie zrobiłby – jak można zakładać – większego wrażenia. Z myślą o nich, „Viva!” i „Gala” kreują permanentnie (by posłużyć się określeniem Wolfganga Welscha) swoiste pseudowydarzenia. Za każdym razem wywiad z politykiem przedstawiany jest jako próba zerwania z Goffmanowskim frontonem i dotarcia do „kulisów”. Świadczy o tym chociażby lid wywiadu z Ryszardem Kaliszem, w którym padają pytania: Czemu się pan rozwiódł?, Dlaczego nie ma pan dzieci?, Jak się pan uchronił przed alkoholizmem?, I co pan właściwie jeszcze robi w tej politycznej wannie nienawiści?. Z kolei Anna Kalata opowiada o tym, jak zmiana rozmiaru 50 na 38 może odmienić życie i los. Pisanie o poppolitykach przypomina (zdaniem Tomasza Olczyka) schemat bajki magicznej Vladimira Proppa. Bohater podejmuje kolejne (chociażby najbardziej błahe) próby, dzięki czemu staje się bogatszy o nowe doświadczenie, którym chętnie dzieli się z czytelnikami kolorowych pism.

W magazynach typu people kwestie polityczne nigdy nie są traktowane jako główny temat artykułów, mają charakter wyłącznie drugorzędny. Stają się one jednak nierzadko impulsem do zainicjowania rozmowy z wybranym bohaterem lub poświęcenia mu uwagi w reportażu. Przełomowe wydarzenia polityczne, jak np. śmierć prezydenta, elekcja jego następcy, wizyta polityczna w obcym kraju, wykorzystywane są jako punkt wyjścia do dyskusji. Ta jednak w żadnym wypadku nie skupia się przez dłuższy czas na kwestiach politycznych. Doskonałym przykładem są tutaj chociażby wizyty zagraniczne Baracka Obamy czy Donalda Tuska, komentowane na łamach „Vivy!” raczej w kategorii mniej lub bardziej udanych wypraw rodzinnych. Aspekt polityczny każdego z tych międzynarodowych spotkań zostaje niemal zupełnie zmarginalizowany, dzięki czemu czytelnik otrzymuje przekaz silnie uproszczony.

Krytyka pipolizacji płynie ze wszystkich stron, ale mimo to proces ten okazuje się nurtem tak silnym, że niemal niemożliwym do zatrzymania. Mówi się, że pokazywanie życia prywatnego członków rządu, metek kreacji posłanek czy ich spektakularnych metamorfoz (tu przypomina się słynny już dziś przypadek przywoływanej wcześniej Anny Kalaty, komentowany szeroko na łamach „Vivy!” w 2010 roku) czyni z rządzących nowe ikony kultury popularnej, które doskonale trafiają w gusta społeczeństwa konsumpcyjnego. Inni krytycy utożsamiają z kolei pipolizację z powolnym wycofywaniem się mediów z przypisywanej im dotychczas (przynajmniej w sferze deklaracji) edukacyjnej misji. Będąc pełnoprawnymi członkami generacji „look at me”, politycy na łamach „Vivy!” lub „Gali” chętnie korzystają z tego przywileju. Stąd ich sesje w domu rodzinnym, w towarzystwie ukochanego kota (by wspomnieć o fotografiach Ryszarda Kalisza w „Vivie!”) czy gromadki dzieci (Krzysztof Kwiatkowski na łamach tego samego magazynu).

Z wolna pojawiają się też donkichotowskie głosy sprzeciwu wobec postpolityki i postdziennikarstwa, są one jednak ledwie słyszalne. Patrick Lemaire w artykule  „Le Monde”: populisme ou pipolisme (tłum.: „Le Monde”: populizm czy pipolizm) ostrzegał, że w pewnym stopniu formułę tabloidu przyjmują dziś coraz częściej także dzienniki opiniotwórcze, na łamy których szturmem wkraczają historie populistyczne i pipolistyczne zarazem. Inni krytycy z kolei skłonni są usprawiedliwiać przemiany w sposobie uprawiania polityki i dziennikarstwa populistycznym duchem czasów, by przywołać określenie Jerzego Szackiego. Wciąż jednak kwestią marginalną pozostają przyczyny i konsekwencje tego stanu rzeczy, niemieszczące się zazwyczaj w ramach tradycyjnych case studies.

Współczesna polityka, rozgrywająca się coraz częściej na kartach magazynów typu people, sprowadza merytoryczną dyskusję do przerysowanej polemiki, opierającej się nie na rzeczowej debacie, ale raczej na stworzonej przez prasę galerii medialnych osobowości. Ich popularność zależna jest przede wszystkim od sposobu, w jaki na scenie publicznej zaprezentują oni własną osobę, w tym – co trzeba podkreślić – interesujące czytelników szczególnie aspekty życia prywatnego. I choć na portalach społecznościowych coraz częściej pojawiają się grupy typu Contre la peoplisation du chien de la famille Obama (pol. Przeciwko pipolizacji psa rodziny Obamów), nie są one jednak traktowane jako (istotny) głos w dyskusji.