bigdick
RECENZJE | 07.10.2013

Polimedialna powieść monumentalna czy historyjka ze swastyką w tle? („Big Dick”)

Na przełomie maja i czerwca nakładem wydawnictwa Ha!art ukazała się powieść Big Dick Wojciecha Bruszewskiego. To druga po Fotografie książka zmarłego w 2009 roku twórcy, znanego przede wszystkim jako prekursor sztuki video w Polsce. Miała to być monumentalna, wielowątkowa powieść aspirująca do pomieszczenia w sobie istoty XX wieku – tak przynajmniej o Big Dicku pisano na stronie internetowej wydawnictwa. No cóż – nie wyszło.

Big Dick nie doczekał się recenzji ani w opiniotwórczej prasie, ani w bardziej znaczących serwisach internetowych – ukazała się tylko jedna mała notka w „Newsweeku”, za to całkiem entuzjastyczna. Mało, żeby mówić o wielkim wydarzeniu literackim, a za takie chyba chcieliby powieść Bruszewskiego uznawać wydawcy. Zanim jednak o przyczynach tego stanu rzeczy, warto co nieco powiedzieć o samej książce. Big Dicka do połowy czyta się całkiem nieźle, bo Bruszewski pisał sprawnie i dowcipnie; początkowo rozbicie akcji na krótkie epizody, dziejące się równocześnie w różnych miejscach na świecie, wzmaga zainteresowanie czytelnika – nużyć zaczyna dopiero później.

Głównym bohaterem książki jest Richard von Hakenkreuz, dla przyjaciół Big Dick, którego przezwisko odsyła prawdopodobnie również do tego, o czym właśnie myślicie (na szczęście wątek związany z bujnym życiem seksualnym Richarda nie jest przesadnie eksploatowany). Kiedy Wielki Dick był jeszcze mały i nie nazywał się Dick, został przez niemieckiego pastora znaleziony w afrykańskiej dżungli – nie wiadomo, skąd dzieciak się tam wziął ani dlaczego miał na szyi amulet w kształcie swastyki, która wtedy, na przełomie XIX i XX wieku, nie mogła jeszcze budzić skojarzeń z nazizmem. Chłopiec z buszu wkrótce staje się jedną z potężniejszych osób na świecie i uczestniczy w najważniejszych wydarzeniach XX i XXI wieku – ba, uczestniczy to mało powiedziane, on właściwie kieruje nimi zza kulis. Fakty mieszają się z fikcją – powszechnie znane z telewizji albo podręczników historie u Bruszewskiego okazują się mieć nieco inny przebieg i przyczyny niż te podawane oficjalnie. Nadmierne rozmnożenie wątków, które z trudem dają się ułożyć w coś o pozorach spójności, oraz nagłe i słabo uzasadnione zniknięcie głównego bohatera sprawiają, że powieść mniej więcej od połowy robi się nieco męcząca. Złamanie przyzwyczajeń czytelniczych odbiorcy literatury popularnej – przywiązanego przecież do głównej postaci i nastawionego na to, że z chaosu w końcu wyłoni się jakiś sens, a rozsypane wątki zaprowadzą do rozwiązania zagadki, jak w fabule kryminalnej – nie zostaje w książce sfunkcjonalizowane, powodując jedynie poczucie chaosu. Ot, pojawia się. I chuj, jak w tytule.

Gdyby notatka ze strony internetowej Ha!artu dotycząca Big Dicka miała swój fanpage na Facebooku, polubiłabym go. Między innymi ze względu konstrukcje takie, jak ta: Książka zakrojona jest na wielowymiarową, brawurową, niemożliwą opowieść o XX wieku. W realizacji tej niemożliwości pomaga artyście forma utworu. Realizacja niemożliwości z założenia jest dosyć trudnym zadaniem, nie trzeba wobec tego zbytnio się smucić, że mało z niej wychodzi. Nawet mimo pomocnej formy, o której teraz kilka słów. W Big Dicku umieszczone są 44 kody, które odsyłają do strony internetowej: czytelnik po wpisaniu w okienko odpowiedniego numeru zyskuje dostęp do stworzonej przez Bruszewskiego cyfrowej kartoteki, zawierającej krótkie, zapętlone filmiki. Zabieg zyskuje dobre uzasadnienie w samej fabule powieści – mamy przecież do czynienia z teoriami spiskowymi, dodatkowy wysiłek w postaci wyszukiwania zaszyfrowanych treści, uzupełniających historię, jest więc całkiem na miejscu. Problem w tym, że filmy ze strony bigdick.pl spełniają właściwie jedynie służalczą, ilustracyjną funkcję – same nie tworzą żadnej niezależnej opowieści, a jedynie wzmacniają wymowę tekstu. O ile nazwanie książki powieścią polimedialną wydaje się w miarę uzasadnione, bo Bruszewski wykorzystał do jej stworzenia materiały audiowizualne oraz tekst, o tyle mówienie w kontekście Big Dicka o intermedialności byłoby już grubą przesadą – nie pojawia się bowiem żadne nowe medium, nie dowiadujemy się też niczego odkrywczego o pojemności ani właściwościach nośników już istniejących. Połączenie między warstwą tekstową a materiałami audiowizualnymi nie jest na tyle integralne, by ta pierwsza nie mogła funkcjonować samodzielnie. Książkę równie dobrze można czytać, nie zaglądając na stronę internetową projektu – bez obaw, że umknie nam coś naprawdę istotnego –  sporo osób pewnie właśnie tak zrobi, bo konieczność ciągłego odrywania się od lektury i wpisywanie w okienko wyszukiwarki ciągu liczb jest dość uciążliwe i mało wygodne.

Big Dick był promowany podczas pierwszego dnia Festiwalu Ha!wangarda, czyli 3 października – oprócz prezentacji książki oraz fragmentów filmów eksperymentalnych artysty miała miejsce również premiera chapbooka Obsesja antycypacyjna, poświęconego twórczości Bruszewskiego. Sporo miejsca w tej publikacji zajmują właśnie, jak można się domyślić, próby stworzenia z Big Dicka prekursora praktyk nowomedialnych w polskiej literaturze. Moim skromnym zdaniem powieść Bruszewskiego nie należy do najbardziej udanych i najciekawszych dzieł artysty, ale niech już Wam będzie, drodzy redaktorzy. Tylko błagam, niech Joanna Ostrowska, autorka jednego z tekstów z chapbooka, nie porównuje już więcej warstwy wizualnej Big Dicka do Atlasu Mnemosyne Warburga, bo w kieszeni otwiera mi się scyzoryk. Nie każdy zbiór obrazów jest atlasem tak, jak nie każda książka z odsyłaczami do umieszczonych w sieci materiałów audiowizualnych jest wydarzeniem literackim na miarę dziesięciolecia.

 

Wojciech Bruszewski

Big Dick. Fikcja dokumentalna

Korporacja Ha!art, 2013

Liczba stron: 320