poklosieoblawy
RECENZJE | 05.11.2012

Pokłosie obławy?

Obława Marcina Krzyształowicza jest już w kinach i dzieli widzów na znających „jedyną prawdziwą” historię AK oraz tych, którzy po Katyniu chcieli obejrzeć rewers wizji Wajdy i zmienić perspektywę. Pokłosie Pasikowskiego wchodzi do kin 9 listopada. Do wydarzeń wojennych odwołuje się fabularnie z perspektywy ponad pięćdziesięciu lat. Mimo to obydwa filmy wiele łączy. Wiele również dzieli, ale to, co wspólne, wydaje się w tym momencie ważniejsze.    

Film Krzyształowicza doskonale zsynchronizował się dystrybucyjnie z Pokłosiem Pasikowskiego. Można rzec, że zaczynamy w polskim kinie konsekwentnie odbrązawiać mity, które przestały już przemawiać do wyobraźni społecznej. Jeśli nie porzucamy od razu narodowej martyrologii, to przynajmniej zaczynamy zadawać trudne pytania i nie boimy się usłyszeć odpowiedzi. Karmieni wizją żołnierza Armii Krajowej obecną w Katyniu, czy też znaną z Czasu honoru, kodujemy w pamięci postać nieskalanego grzechem pychy, zazdrości, gniewu (o lenistwie nie wspominając) bohatera wojennego. Twórca Obławy długo pracował nad filmem i jedno mu się udało na pewno – opowiedział nieoczywistą historię o czasach i działaniach ludzi, których nie możemy ani znać, ani nawet próbować sobie wyobrazić, ani tym bardziej zrozumieć. Krzyształowicz zaryzykował nie tylko dlatego, że powiedział coś, na co dotychczas nie było miejsca w debacie publicznej. Jeszcze kilka lat temu z pewnością okrzyknięto by go zdrajcą narodowym albo obrzucono innymi równie sugestywnymi epitetami. Druga rzecz, którą zrobił, to poplątanie ścieżek linearnych i achronologiczne opowiedzenie historii, wymagające od widza umiejętnej interpretacji wydarzeń i sporej błyskotliwości.

W Obławie jest stygmat odautorski. Podczas spotkania zorganizowanego w ramach festiwalu w Gdyni twórca odpowiadał na pytania bardzo kompetentnie. Wykazał się rozległą wiedzą z zakresu tematów, którym poświęcił film, i z pewnością niespieszność i wahanie obecne w rozwoju fabuły, a stanowiące o jej niuansach, wynikają po części z osobowości reżysera. Zbyt często zapominamy o tym, że opowiadana nam historia jest przefiltrowana przez wrażliwość człowieka, o którym nic (lub prawie nic) nie wiemy, dlatego często a priori zakładamy, że wszystko będzie szło „po naszej myśli”. Gdyby Obławę reżyserował Pasikowski, pewnie wyszłoby z tego coś skrajnie odmiennego. Mamy wizję Krzyształowicza – odmienną od momentami teledyskowego tempa Pokłosia i obcesowości Róży. Obława jest pod względem realizacyjnym szczególna i wyjątkowo zmienna – momentami groteskowa, chwilami bestialsko brutalna, a czasami niespieszna, snująca się dość beznamiętnie, dla niektórych wręcz zbyt powolna narracyjnie.

Bohaterowie nie są konsekwentni, wahają się. Wątpliwości rzadko pojawiają się w filmowych portretach bohaterów wojennych. Tymczasem u Krzyształowicza widzimy żołnierzy AK przypominających bezdomnych – zdesperowanych, pozbawionych jakiejkolwiek wizji swojej przyszłości, wygłodniałych ludzi. To, jak przedstawiony został konfident, a także wykonawca wyroków na zdrajcach, pokazuje nam jedno – oni są do siebie podobni. Dla niektórych takie postawienie sprawy może być nadużyciem, ale w gruncie rzeczy desperacka pogoń Kondolewicza-konfidenta za wymykającą się wizją dostatniego, uprzywilejowanego życia jest realizacją pewnej ambicji (abstrahując od jej oceny moralnej). Z kolei kapral Wydra z tych samych ambicjonalnych pobudek bezwzględnie wykonuje wyroki śmierci na zdrajcach. Zarówno Kondolewicz (przekonujący Maciej Stuhr), jak i Wydra (Dorociński w dobrze mu znanych dekoracjach) konsekwentnie realizują swój plan na życie, a to, że się wahają i robią coś wbrew swojej (mniej więcej zaplanowanej) drodze – po raz kolejny dowodzi, że Krzyształowicz odbrązawia (słowo wielokrotnie powtarzane przy okazji tego filmu) nie tylko mit szlachetnego żołnierza, ale i mit zdeprawowanego zdrajcy. Pokazuje szczelinę, dowodzi, że rzeczy nie zawsze są tym, czym się wydają. I ta oczywistość wybrzmiewa bardzo dosadnie. Bez fajerwerków, które lubią twórcy filmów wojennych, bez jednoznacznych moralnych osądów. Wyraża swoją bezradność, która nam także się udziela, bo to zawsze boli, gdy okazuje się, że świat nie jest albo tylko czarny, albo tylko biały.

W kontekście zbliżającej się premiery Pokłosia, wspomniana wyżej konstatacja brzmi jeszcze dobitniej. Oglądanie filmu bez napisów końcowych, w wersji surowej, ukończonej tuż przed końcem 37. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni, było najlepszą oprawą do tego, co Pasikowski chciał opowiedzieć – fragmentarycznie, subiektywnie, nie zapominając, że to jest tylko (dla niektórych – aż) film. „Antypolska propaganda” to łatwy wytrych do odczytywania Pokłosia, znanego dotychczas wyłącznie z pokazów festiwalowych,  wystarczających jednak do zbudowania czarnego PR. Co ciekawe, o antypolskiej propagandzie zawartej w tym obrazie mówią ludzie w różnym wieku. Zdumiewające jest to zwłaszcza w kontekście odbioru wpisującego film w ramy kina popularnego. W końcu Pokłosie to thriller i zgodnie z regułami gatunku mamy dynamiczną narrację, tropienie prawdy o przeszłości własnej rodziny, klasyczny wyścig z czasem, trochę suspensu, nieuchwytnego przeciwnika – wszystko to, co czyni thriller interesującym i wzmaga czujność widza. Warto  patrzeć na film Pasikowskiego jak na kino gatunkowe właśnie, bo przecież z Psów nie uczyliśmy się historii przemian politycznych okresu Okrągłego Stołu (chociaż niewątpliwie dowiedzieliśmy się wiele o naturze kobiet), a z Operacji Samum historii wojen na Bliskim Wschodzie. Dlaczego więc teraz mamy uczyć się historii II wojny światowej z Pokłosia?

Pokłosie charakteryzuje ten znany z filmów Pasikowskiego nerw: nieprzewidywalność, podmienianie etykietek, zagubienie postaci w świecie przedstawionym, nieporozumienie, szukanie po omacku bohatera pozytywnego (o ile w świecie fabuł Pasikowskiego tacy w ogóle się zdarzają) i jego adwersarza. Idealnie dawkowane jest odkrywanie kolejnych tajemnic, szczegółów kluczowych dla braci – Józefa (znowu Maciej Stuhr, i znowu kapitalny) i Franciszka (fenomenalny Ireneusz Czop), starających się poznać losy wojenne rodziny. Temperatura pościgu za prawdą, która okazuje się kwestią fundamentalną dla dwóch dotychczas bezrefleksyjnych typów, czyni nas wspólnikami dosyć przerażającego obrzędu. I nagle w obliczu faktów bohaterowie muszą zweryfikować wszystko – kim są, kim byli dotychczas, kim zamierzają być. I tutaj Pasikowski znowu nas zaskakuje. Suspens goni suspens, ale każdorazowo trafiając w odpowiedni moment. To filmowy rollercoaster i o ile Obława dla niektórych ma zbyt spacerowe tempo, o tyle podczas oglądania Pokłosia niejeden raz złapiemy zadyszkę. I niejeden raz zostaniemy nabici w butelkę, co powoduje, że jeszcze mocniej włączamy się w pościg za (nomen omen) „demonami wojny” (dla Józefa i Franciszka poszukiwanie prawdy o pogromie Żydów w ich rodzinnej wsi prowadzi nie tylko do, jakże filmowego, „przewartościowania wszystkich wartości”, ale również do zmierzenia się z czymś, o czym na ogół nie chcemy nawet wiedzieć, że istnieje).

Krzyształowicz miał swoją wizję wojennych porachunków (nie tylko AK z konfidentami, ale także pokoleń powojennych z tym wszystkim, co chcemy często nazywać prawdą historyczną), Pasikowski w zaczepno-agresywnym tonie opowiedział po swojemu historię zaczerpniętą z notatki prasowej. Każdy z nich uzyskał odmienny efekt końcowy, ale oba filmy znalazły się w jednej szufladce – reinterpretacji mitów wojennych, zrywania z etosem rycerskim. Była już Róża Smarzowskiego, która zachwyciła. Obława i Pokłosie budzą (niesłusznie!) mieszane uczucia, a przecież obydwa filmy dokonują wielkich rzeczy – każdy we własnej przestrzeni opowiada o tym, że myślimy i działamy na własny rachunek i nie musimy nieść krzyża za winy naszych rodziców czy dziadków. Ukrywanie trupa w szafie dobiegło końca. A mówienie, że król jest nagi, nie musi od razu oznaczać antypolskiej propagandy, o którą z lubością bywają oskarżani reżyserzy mierzący się z tym niełatwym kawałkiem polskiej historii. Warto obejrzeć Obławę i Pokłosie, żeby zauważyć, jak zmienia się polskie kino.

Małgorzata Major

Małgorzata Major

(ur. 1984) – kulturoznawczyni, autorka tekstów poświęconych kulturze popularnej („EKRANy”, „Bliza”, „Fabularie”, „Tygodnik Przegląd”, „Kultura Popularna”), współredaktorka tomów „Władcy torrentów. Wokół angażującego modelu telewizji”, „Pomiędzy retro a retromanią”, „Wydzieliny”.