nieszpory
RECENZJE | 19.05.2014

„Pogański bukiet” (A. Drotkiewicz „Nieszpory”)

Celem najnowszej książki Agnieszki Drotkiewicz jest sportretowanie czwórki bohaterów, którzy – jak czytamy już na okładce – szukają sensu życia w pracy, sztuce, miłości, religii. Joannę, Sylwię, Romana i Helenę łączy wspólny problem, dzielą jedynie sposoby, jakimi próbują sobie z nim poradzić.

Bohaterowie książki próbują znaleźć odpowiedź na podstawowe pytanie: Czego pragnę i jaką cenę jestem gotowa za to zapłacić? W tej pozornie wielogłosowej opowieści wszyscy odpowiadają na nie właściwie tak samo. Nie wiedząc kim są, nie potrafią określić tego, jakimi ludźmi chcieliby się stać. Nie potrafiąc sprecyzować swoich dążeń, nie odnajdują własnej tożsamości. Koło się zamyka. Tego typu impas w Nieszporach staje się niemal chorobą cywilizacyjną.

Z diagnozami stawianymi przez Agnieszkę Drotkiewicz w zasadzie trudno się z nie zgodzić. W swojej opowieści obnaża bezsens życia pracoholików, demaskuje bezcelowość ciągłej pogoni za pieniądzem, pokazuje, jak szufladkujemy ludzi przez loga używanych przez nich produktów. Bohaterowie Drotkiewicz pochodzą właśnie z takich schematycznych przestrzeni. Jeśli zatracają sens swojej egzystencji, czynią to w sposób najprostszy z możliwych.

Sęk jednak w tym, że na temat kondycji współczesnego świata Agnieszka Drotkiewicz nie mówi tak naprawdę niczego, czego wcześniej nie powiedziałaby chociażby Dorota Masłowska w bardziej udanej (choć nie przyjętej dobrze przez krytyków) książce Kochanie, zabiłam nasze koty. Nieszpory bardzo podobnie pokazują przytłaczający nadmiar treści, idei i produktów, jakie nas otaczają. Wystarczy przywołać rozmyślania jednej z głównych bohaterek:

A gdyby tak wziąć wszystkiego po trochu? – myśli Joanna. Anioły, Buddę, uzdrowicieli, jogę, akupunkturę, antybiotyki, starotestamentowego Boga, medycynę chińską, dominikanów. […] gdyby to wszystko zebrać razem w wielki pogański bukiet? Przewiązać go wstążeczką, położyć sobie na kolanach. Podziwiać w milczeniu. A potem rozwiązać tę wstążeczkę i odkładać, odkładać, odkładać, odkładać. Aż zostanie tylko tyle, ile naprawdę może się zmieścić między porankiem a wieczorem, tylko tyle, ile możemy naprawdę wykorzystać.

Podobną strategię  dostrzec można zresztą w samej konstrukcji książki – tak, jak w debiutanckim Paris-London-Dachau, tak i w Nieszporach, Drotkiewicz konsekwentnie korzysta z techniki patchworku. Pomysł skompletowania wielkiego pogańskiego bukietu, składającego się z szeregu pojęć i idei, dających kojące poczucie cykliczności, to jednak dla polskiej literatury współczesnej niemal chleb powszedni. Podobnie zresztą jak problemy, których Drotkiewicz próbuje dotknąć w Nieszporach.

Na tym tle ciekawie wypadają pytania o granice człowieczeństwa. Wspominana już Joanna – stereotypowa pracoholiczka – uparcie poszukuje w sobie zwierzęcia. Drotkiewicz pokazuje, w jaki sposób ludzka tożsamość stopniowo ulega degradacji, powoli rozmywając się w życiu codziennym.  Na przykładzie Joanny można bez trudu zobaczyć, w jaki sposób drobnymi kroczkami dochodzimy do punktu, z którego nie sposób już zawrócić.

Doświadczenie bezsensu życia i próby jego zagłuszania stają się w Nieszporach – zgodnie zresztą z tytułem książki – czymś na kształt ciągle ponawianego nabożeństwa. De facto pozostaje ono już jednak tylko pustym rytuałem, wpisanym w schematy codzienności. Rytm, w jakim te same problemy wciąż wracają do bohaterów Drotkiewicz, ma wyraźnie muzyczne konotacje. Najnowszej książki Agnieszki Drotkiewicz nie da się czytać bez kontekstu słynnych Nieszporów Maryi Panny z 1610 roku. Jak u Monteverdiego – sfera sacrum przeplata się tu z profanum. Tyle że profanować – jak przystało na XXI wiek – nie ma już za bardzo ani czego, ani jak.

Interesująco – choć również nieco sztampowo – wpisuje Drotkiewicz w tę przestrzeń pytania o język. Poszukiwanie sensu należałoby wszakże rozpocząć od znalezienia środków, które pozwolą go wyartykułować. Być może właśnie dlatego główna bohaterka sięga do samych początków – do abecadła. Próbuje nie tylko poskładać litery w zdania, ale także poznać ich „smak i kolor”. Bez tego – jak można wywnioskować z Nieszporów – trudno o jakikolwiek sens.

Szkoda tylko, że rozważania te zamykają się w pretensjonalnej formie i zakończone są niefortunnym, romansowym happy endem. Sposób, w jaki Drotkiewicz rozwiązuje tkane przez siebie wątki, wyraźnie rozczarowuje. Zdecydowanie najsłabszymi fragmentami jej prozy są te, w których pozwala swoim bohaterom przemawiać wprost, ex catedra:

Moje kochane, moi kochani! Jamniki na szczudłach udające charty! Obejmijcie samych siebie i same siebie. Sprowokujcie wymioty, to rozluźnia.

Tego typu dosłowność ani nie „rozluźnia”, ani też nie oczyszcza. Sprowadza jednak problemy, z jakimi mierzą się postaci wykreowane przez Drotkiewicz, do wątków z tanich romansów i poradników dla kobiet. W tym świetle Nieszpory stają się niezbyt udaną próbą pokazania współczesnego społeczeństwa, nurzającego się we wszechobecnej nudzie i niespełnionych tęsknotach. A szkoda…

 

Agnieszka Drotkiewicz, Nieszpory

Wydawnictwo Literackie, 2014

Liczba stron: 144