nadjeżdża
RECENZJE | 09.12.2013

Poezja fleszu (Szymon Słomczyński „Nadjeżdża”)

Poezja to błyskotliwa czy tylko błyskawiczna? To zestawienie – jak każda opozycja – jest tyleż nęcące, co niebezpieczne. Nie chodzi jednak o wartościujący wybór jednej z jego stron, ale o to, by przyjrzeć się z bliska wierszom Szymona Słomczyńskiego z debiutanckiego tomiku Nadjeżdża. Sprawdzić, czego dokonują nie tylko na czytelniku, ale przede wszystkim na sobie wzajemnie.

Błysk. Flesz aparatu. Męczący, nawet irytujący, bolesny, ale szybko znika. Błysk fajerwerków. Zachwyca, przyciąga spojrzenie. Błysk intelektu. Myśl, nagłe rozwiązanie problemu. Błysk światła latarni morskiej. Wiersze zawarte w tej książce wywołują sprzeczne myśli i skojarzenia.

Joanna Mueller w szkicu na stronie Biura Literackiego odmawia poezji Słomczyńskiego namacalnej autentyczności czy osobistego zaangażowania. A i owszem, pojawia się tu wiele figur podmiotowych: bohaterowie się zmieniają – podobnie jak głosy oraz, idąc za cytatem, tonacje: Zmieniam tonację – z oschłej na soczystą [z wiersza: „Katalog”, str. 6]. Podobnych wstawek – pozornie dotyczących pisania, a jednak mocno zakorzenionych w próbie opowiedzenia się, odniesienia do atakującego świata, mamy jeszcze sporo. Już w pierwszym wierszu niby-odsłonięcie ma być przecież maską: ukrywam się dość zręcznie, ale wciąż tu jeszcze/jestem [z wiersza: „Nadjeżdża”, str. 5].

Łatwo byłoby skategoryzować, skatalogować: podmiot błyskawicznie kłamie, w dodatku wyłącznie ładnie brzmiącymi frazami, a przecież to, co natychmiastowe, rzadko wytrzymuje próbę czasu. Właśnie efekt przeterminowania jest tutaj największym zagrożeniem – a nie istnieje w literaturze chyba nic gorszego niż tekst, który się zestarzał.

Co zatem ze wspomnianym wyraźnym zaangażowaniem? Może raczej: podmiot błyskotliwie wyraża siebie, a wrażenie tymczasowości pozostaje jednak ułudą? Dokładniej: wyraża się sobą. Samym sobą, całym sobą, bo jednak – mimo zmiany ról, języków i postaw, a może właśnie poprzez nią – dostrzegamy wreszcie pewne sieci łączące wcale nie tak znowu przypadkowych bohaterów.

Spora część wierszy Słomczyńskiego przemawia głosami kobiet – bardzo różnych: od dam lekkich obyczajów przy autostradzie po koleżankę-filozofkę. Zabieg ten, kultywowany wcześniej chociażby przez Rafała Wojaczka czy Bartosza Konstrata [„Samochody i krew, Ha! Art., 2009], momentami bywa jednak niewiarygodny. Demonstracja poglądów czy sposobu myślenia bohaterek jest chyba najmniej przekonującą częścią tomu. Paradoksalnie tracą one na sile poprzez intensywność, z jaką próbują dojść do głosu.

Jakkolwiek odbierzemy powyższe, zderzenie ról żeńskich z wciąż jednak dominującym głosem mężczyzny udowadnia praktycznie na każdym kroku afektywność wypowiedzi, co ostatecznie zaprzecza możliwości pójścia tropem wskazanym przez Mueller. Zaangażowanie, jest więc stale dostrzegalne, choć skrzętnie ukryte. Pytanie brzmi zatem: czy nie nazbyt sztucznie, usilnie ukryte? Redaktorka książki miałaby z pewnością rację, jeśli wziąć pod uwagę pierwszą, dosłowną lekturę. Nie przyłapiemy bohaterów Słomczyńskiego na mówieniu wprost o uczuciach; tylko raz jedna z osób mówiących sytuuje się po konkretnej stronie politycznej barykady. To, czego jednak nie ma na zewnątrz, zostało skrupulatnie zaszyfrowane na poziomie narracji. Postacie zatem unikają nazywania uczuć i zjawisk na rzecz ich opisu.

Mamy tu wprawdzie subiektywne komentarze do faktów medialnych czy opowieści, można by rzec, publicystyczne. W tym wszystkim jest jednak spora dawka tych najbliższych, najsilniejszych emocji – ciekawie wygląda zwłaszcza potrzeba posiadania dziecka [„Nadjeżdża”, „DNA”, „O ważnych sprawach rozmawiamy zazwyczaj w ogrodzie”]. Zderza się to z ostentacyjnie miejscami męskim spojrzeniem, maczyzmem, stereotypowymi zainteresowaniami (jak mniej lub bardziej przygodny seks czy szybkie samochody), a mimo to opowiadana historia wydaje się spójna, momentami nawet intrygująca. Nie widać wyraźnych przeskoków ani w kwestiach światopoglądu, ani w elementach tworzących rzeczywistość wierszy (głównie: media, motoryzacja i wycinki z gryzącej, momentami nachalnej codzienności).

Zatem wyraźnie błyskotliwość? Wszystko powyższe zostało podane w diablo skutecznej, klasycznej formie. Jedenasto- i trzynastozgłoskowce. Nienachalne rymy. Słowem: rygor języka. Czytelnik Nadjeżdża płynnnie lawiruje, pokonuje kolejne zakręty wersyfikacyjne czy brzmieniowe i czuje prawdziwy komfort jazdy. Na tyle wyraźny, by wzbudzić u odbiorcy obawę, iż całkowicie się w nim zatraci. Zapomni, po co i skąd jedzie. To z kolei prowadzi do kolejnego niebezpieczeństwa: samo brzmienie zacznie wystarczać. Dobrze ułożone, chciałoby się dodać: wycyzelowane frazy sprowadzą nas wreszcie na manowce chwilowości, błyskawiczności. Działają błyskawicznie, ale krótkotrwale. Chce się czytać kolejny, zapominając o poprzednim. Czy więc wiersze Słomczyńskiego same siebie deprecjonują? Momentami niestety mam takie wrażenie. Może to gra z czytelnikiem, może to, co ma pozostać, to język, który uwodzi. Idąc łatwym tropem, wyśledzimy konotacje z twórczością Andrzeja Sosnowskiego czy Macieja Meleckiego – językowe igraszki z czytelnikiem to jednak za mało, by doszukiwać się wyraźnego powinowactwa. Tomik autora wyróżnionego w edycji Połowu z roku 2012 r. porusza zupełnie inne struny, nawet jeśli oparte na podobnych fundamentach.

Podczas lektury nurtowało mnie jednak coś jeszcze innego. Wiersze te jakby w ogóle nie potrzebowały konkretnego, jednostkowego czy zbiorowego, podmiotu. Czy to, jak mówią pojawiające się w nich osoby, nie zamyka, nie przyćmiewa tego, co mówią? Czy wiersze nie mówią więcej o sobie niż o swoich bohaterach i wreszcie: co się przez to z wierszami dzieje?

Uciekając od dosłowności, uzewnętrzeniania egotyzmu czy kronikarskiego opisu teksty Słomczyńskiego wciąż pozostają zrozumiałe, a odniesienia literackie (których niemało) nie okazują się jedynym sensem, ale dodatkowym odnośnikiem, odrębnym punktem zaczepienia. I dobrze! Kontrast błyskotliwości z błyskawicznością, ulotnością wciąż jednak trwa: czy brak utrudnień oznacza ułatwienia? Jeśli tak, Słomczyński z całą mocą pomaga czytelnikowi. Słowem – całość jawi się krystalicznie przejrzysta: tak pod względem semantyki, jak i języka czy środków formotwórczych. Wspomniane wycyzelowane jedenasto- i trzynastozgłoskowce prowadzą bez zakłóceń po linii wersów. Brak jakichkolwiek kontrapunktów i przeskoków powoduje łatwość nie tylko przyswajania, ale przyzwyczajania się do tych tekstów, przez co ich zbiór w pewnym momencie całkowicie przestaje frapować.

W tym miejscu pojawia się kolejny dylemat: czy poprzez swoją przystępność książka jako całość nie sprawia jednak wrażenia szybko, momentalnie napisanej? Łatwej – mimo wszelkich wiraży i zwodów? Czy przypadkiem zamknięcie się w formie wiersza regularnego nie ułatwia sprawy? Układ oraz ogólna forma wierszy sprawia wrażenie idealnie przygotowanego produktu. Dostajemy do rąk zbiór podejrzanie dopracowany, w którym nie ma miejsc pustych, więc gdzie odnajdzie się odbiorca?

Czytelnik (jeden, przecież mogę mówić tylko za siebie) powie: dobrze, było ciekawie, momentami smutno i refleksyjnie, innym razem zabawnie lub ekscytująco. Istne flesze. Ale co dalej? W przypadku debiutantów „dalej” oznacza zwykle drugą książkę. Co zrobić jednak z tą książką, z tymi czterdziestoma wierszami? Pytanie, czy okazały się bardziej błyskotliwe, czy jednak błyskawiczne – pozostaje bez odpowiedzi, ale „Nadjeżdża” – w moim odczytaniu – w ogóle tego typu rozstrzygnięć nie potrzebuje. Pozostaje na polu ambiwalencji odczuwanej przez odbiorcę, konfuduje go,  sprawiając wrażenie, jakby zajmowała jedyny słuszny dla siebie teren.

Abstrahując od przewijającej się wciąż antynomii, odrzucając chwilowo efekty, które te wiersze wywołują na własnej tkance, to, w jaki sposób formułują swego rodzaju autokomentarz, wróćmy do czytelnika. Zastanawiam się bowiem, do kogo jest kierowana poezja, która nie jest ani przesadnie zachłanna, radykalna, ani też melancholijna czy metafizyczna; słowem: mało konkretna. Jak przyporządkować pisanie, które samo się nie klasyfikuje (bo nie chce bądź nie potrafi)? Jeżeli nie dba ani o własny głos, ani o słuchacza, do kogo jest kierowane i w jakim celu? Wypada uprościć pytanie: na jakie rejestry – poza językiem – ta dykcja, przy całym swoim klasycyzmie na wskroś współczesna, naciska? Tu znowu nasuwają się porównania: z impetem wierszy autora Rewersu – Tomasza Pułki, z reprezentowanym przez Jerzego Jarniewicza językowym drganiem przy jednoczesnym pozostaniu po stronie rzeczywistości. Tyleż samo jednak łączy ich z Nadjeżdża, co dzieli. To poezja, która sama się wyczerpuje już w pierwszym tomie, choć z drugiej strony można by tak przecież bez końca.

 

Szymon Słomczyński

Nadjeżdża

Biuro Literackie, Wrocław 2013

Liczba stron: 59