odsiadlo
RECENZJE | 17.02.2014

Poetyckie sensacje przełomu wieków (J. Podsiadło „Być może należało mówić”)

Niedawno do rąk czytelnika trafił wybór wierszy Być może należało mówić – materiał dowodowy w sprawie tajemniczego zniknięcia/zamilknięcia Jacka Podsiadły. Tuż po upublicznieniu akt, sprawie przygląda się śledcza z grupy operacyjnej Popmoderna. Dlaczego kudłaty poeta, będący jedną z większych rewelacji przełomu 1989, odsunął się w cień? Czy Podsiadło padł ofiarą efemerycznego spisku frakcji, która przejmując władzę w kraju, postanowiła zamknąć usta swoim oponentom? Czy jesteśmy na tropie ogólnopolskiej afery? Nie sądzę.

Strategia reaktywowania w obiegu wydawniczym twórczości słynnego poety, który ostatnimi czasy zachowuje poetycką powściągliwość (nie tylko wydawniczą, co sugeruje w posłowiu Piotr Śliwiński), jest nośna medialnie, choć – jak lead niniejszej recenzji – nieco przesadzona. Wydawnictwo zachęca czytelnika do wędrówki przez kolejne, ułożone chronologicznie tomiki poety. Twórczość Podsiadły, oglądana w takiej perspektywie, wydaje się konsekwentnie dążyć ku milczeniu, przez co odpowiada na stawiane w kampanii reklamowej pytania, a nawet je unieważnia.

Zbiorowe wydania poezji mają tę właściwość, że wydobywają na pierwszy plan tendencje wierszy, które układają się w spójną i konsekwentną (meta)narrację. Utwory rozproszone w kolejnych tomach, oddzielone dodatkowo upływem czasu od premiery do premiery, nie posiadają tej zdolności i dynamiki. Być może należało mówić jest nie tylko poręcznym the best of poety, ale chyba przede wszystkim opowieścią o przemianie, dojrzewaniu, nabieraniu samoświadomości, przemierzaniu „Drogi” brukowanej równie często zachwytami, co zawodem i rozczarowaniami. Jak to u Podsiadły, przejście następuje zarówno w perspektywie literackiej, jak i prywatnej. Tak też jest ukierunkowane: początkowym żywiołem podmiotowości poetyckiej jest język, końcowym – rzeczywistość empiryczna.

W wyborze Piotra Śliwińskiego już pierwsze utwory zwracają uwagę na żywiołowość języka poetyckiego i sprawność, z jaką Podsiadło nim operuje: […] obłęd bezbłędnie omija rafy trafia w mózg / od oczu zboczami lawina lawy się toczy czy to właśnie pieszczoty / daremnie długopisem jak długą tyką odpycham galaktyki zła / trwa ból boli trwania na zaszczytnym postronku posterunku / uginają się kolana kolumn strop świata trzeszczy / wzbija się bije niebo w piersi krzyk / – toniemy – ale to nie my / to ja sam rozwłóczony włóczniami słów (Byle do łodzi, s. 9). Tak rozpoczyna się pochód wierszy konstruujących określoną podmiotowość poetycką: […] Jestem bajkopisarzem, / mogę zaprząc do bryczki wołu, pchłę do kierata, / zło zwyciężam lekkimi pociągnięciami pióra, marzę, / odwracam historię świata […] (Sakrament śmiertelności, s. 109). Potęga kreacji od początku jest nierozerwalnie sprzężona u Podsiadły z potęgą natury, autentycznego doświadczenia. Rzecz początkowo ujmowana jako temat, brana w posiadanie żywiołu językowego, w kolejnych tomach stopniowo detronizuje wcześniejszą namiętność: Wpatruję się w ogień i przenikam myślą wszystkie rzeczy naraz; / chcąc je objąć / język musiałby się zajmować każdą po kolei. // […] Po dniu pełnym pieszczot i rozmów łatwo usadzić dupsko na / ławce w ogródeczku / i pisać o samotności […] (Teraz, kiedy zmrok każe nam zapalać latarnie, s. 158159). Życie wciąga na tyle, że szkoda czasu na jego opisywanie (co za tym idzie – czytanie o nim), głębia doświadczeń demaskuje jedynie płytkość słów.

Wykazujący od pierwszych utworów ciągoty do formy prozatorskiej Podsiadło gdzieś na etapie Języków ognia (1994) rozczarował się chyba (nie)możliwościami dotknięcia „Prawdy”, jakie daje praktyka wierszotwórcza, i tym odczuciem naznaczone są kolejne jego tomy. Gdy pisze w zbiorze z 1999 roku: I ponieważ cieszę się, że moja poezja nie wymaga uczonych / przypisów, powiem wprost: / słuchałem ptaków i szumu rzadkich brzóz pośród świerków, / śledziłem też marsz pająka po moim śródstopiu […] (Na skraju Puszczy Solskiej, s. 219), to widać powinowactwo tego gestu z wydaną dwa lata wcześniej Stasiukową Duklą, w której litanijna enumeracja wyposażenia odpustowego kramu czy śledzenie zmieniającego się w zależności od pory dnia i roku cienia mówią o tajemnicach świata więcej niż najwymyślniejsza metafora. Tymczasem, jak szumnie, lecz trafnie ocenia Podsiadłę Śliwiński: Spośród wszystkich poetów swojego pokolenia, czyli roczników sześćdziesiątych, on był poetą najbardziej (http://biuroliterackie.pl/biuro/biuro.php?site=1B0&news_ID=2013-10-22). W takiej perspektywie wierszopisarskie zaniechanie (nie do końca milczenie, ale właśnie powściągliwość), które nastąpiło po roku 1999, jest w pełni zrozumiałe, a nadto – możliwe do rozpatrywania w kategorii praktyki poetyckiej (Choć najchętniej / nadawałbym w radiu ciszę, ciszę w odcinkach, jak powieśćKilometry taśmy, s. 153).

Ta przydługa być może rekonstrukcja rozgrywającej się na przestrzeni kilkunastu tomików historii, zwieńczonej dobitnie biograficzną puentą, wydaje się zasadna, a nawet konieczna, ponieważ ogniskują się w niej kolejne istotne dla twórczości poety (i oceny nowego wyboru jego wierszy) kwestie. To w niej swoje dopełnienie znajdują tak silnie przez Podsiadłę eksploatowane motywy. Pisana zawsze wielką literą „Droga”, przewijająca się w rozmaitych – całkiem dosłownych i wielce metaforycznych – kontekstach, okazała się nie tylko nośną figurą tekstową, ale również siłą determinującą zmiany podmiotowości poetyckiej, a także losy samego artysty. Konflikt między kogutami a rybami – motyw zadzierzgnięty jeszcze we wczesnej twórczości i, jak można by go rozumieć, przedstawiający wartościowanie postawy kreacyjnej, buńczucznej (Kogut zapiał. Więc coś się ostało / w krainie śledzonej tak rano zza woalu firany. / Tam, pozuje na płocie, napina się cały od kupra po dziób / i krzyczy „Jestem królem”!Ziemia, s. 124) i nastawienia kontemplacyjnego, introwertycznego, został rozstrzygnięty na korzyść istot niemych (powtarzana w charakterze refrenu fraza: Nasze życie należy do RybyPowrót do Anny Marii, s. 233).

Podobnych motywów, wskazujących na przemianę, przejście od krzykliwości do ciszy, jest w twórczości Podsiadły znacznie więcej, jednak nie czas i miejsce, by je tu katalogować. Grunt, że z ich skłębienia wypływają dwa ważne dla tej recenzji wnioski. Pierwszy dotyczy statusu poezji autora Arytmii, drugi – jej recepcji. Nieczęsto się zdarza, by poetyckie dzieła zebrane tworzyły tak spójną, konsekwentną, metanarracyjną opowieść, na dodatek znajdującą potwierdzenie w nieliterackich gestach autora. Taka „Droga” znamionuje podmiotowość niezwykle dynamiczną, ciekawą, a także bardzo wiarygodną i do końca wierną zasadom, które można by nazwać brulionowymi. Codzienność pozostaje dla Podsiadły tematem ciekawszym niż „wodniste substytuty krwi” (bliższa ciału koszula rozczarowania, chwilowego zaniechania, w końcu milczenia, niż trzymanie jednolitego fasonu przez lata; o ludzkim wymiarze tej twórczości jako o jej największej wartości wspomina w posłowiu także Śliwiński). Milczące ukoronowanie spuścizny, będące – optuję za taką perspektywą – wyrazistym gestem artystycznym Podsiadły, skazuje je zarazem – i tu wchodzimy w przestrzeń recepcji – na niezauważalność. Stąd podwójnie ważna rola wydawnictwa Być może należało mówić – nie tylko oddaje głos poecie, ale także celebruje jego ciszę.

PS A co byśmy powiedzieli na realizację takiej poetyckiej deklaracji: […] obywam się bez pisania, / choć do tego akurat chciałbym na starość powrócić (Imię ojca: Kamień, s. 115)?

 

Jacek Podsiadło

Być może należało mówić

Wybór i posłowie: Piotr Śliwiński

Biuro Literackie, 2014

Liczba stron: 356

Malwina Mus

Malwina Mus

(ur. 1987) – doktorantka na Wydziale Polonistyki UJ. Zainteresowana związkami literatury z popkulturą – bada działalność Marcina Świetlickiego, chętnie zajmuje się krytyką literacką, okazjonalnie także muzyczną.