kochnor
RECENZJE | 23.06.2014

Poeta jako dłużnik niewypłacalny (E. Tkaczyszyn-Dycki „Kochanka Norwida”)

Dni nad Wólką Krowicką kładą się nierychliwie, jakby słońcem przed wschodem targały jeszcze ostatnie drobne wątpliwości. Pierwsze promienie przeszywają mroczny dystrykt i sen upada, a świat budzi się, nabierając rumieńców. I zaraz nikt już nie pamięta o rozterkach przedświtu. Czas rześko trzepocze na ciepłym wietrze, choć i przecież trochę wstydliwie, niczym pranie Funi Bełskiej. Domy wygodnie zajęły przestrzeń pomiędzy pierwszą małą rzeką, a drugą małą rzeką. Na pierwszy rzut oka nic specjalnego – typowy obraz polskiej, sennej wsi. Niespełna pół tysiąca mieszkańców, kościół pw. Matki Kościoła, szkoła podstawowa, gimnazjum, drużyna piłkarska o wdzięcznej nazwie Rolnik. Wątłe poszczekiwania psów. Pod sklepem spożywczym dokucza upał i nawet zimne piwo nie przynosi upragnionego orzeźwienia. Gdyby jednak pokusić się o odrobinę wysiłku i wleźć na pobliski płot, można by dostrzec majaczące na horyzoncie słupy graniczne. To zaledwie kilka kilometrów od ukraińskiej granicy. Tej widzialnej granicy, bo innych też mamy tu pod dostatkiem – wystarczy tylko zejść z traktu i zanurzyć się w chaszczach.

Jednak najtrudniej jest przekroczyć granice, które nosi się w sobie. Te z pozoru płynne, ale wrośnięte głęboko w sam rdzeń duszy, wytyczone nie w wyniku traktatów i dwustronnych państwowych umów, lecz mające swoje źródło w DNA, we wspomnieniach oraz ludzkiej historii. Obudziłem się w nocy / i odkryłem prawdę / której nie chciałem przyjąć / moje miejsce jest / albo w polszczyźnie (niczym / w kościółku) albo w transporcie / czyli po stronie matki / w bydlęcym wagonie – Tkaczyszyn-Dycki w swoim nowym tomie pogłębia (obecne już w dotychczasowej twórczości) studium bezdomności. Rozpoczęte wiele lat temu poszukiwania, a przypomnieć należy słynną, powtarzaną z perwersyjną przyjemnością w Przewodniku dla bezdomnych, frazę – jesień już Panie a ja nie mam domu – wydają się zbliżać ku końcowi, dokopywać do, wspomnianej wyżej, granicy. W żadnej mierze nie będzie to szczęśliwy finał – raczej żałobny obrzęd. Jak gdyby ponowne pochowanie kości odszukanych gdzieś w leśnym zagajniku.

Najbardziej przejmująca w poezji Tkaczyszyna-Dyckiego wydaje się paniczna próba ocalenia fragmentów świata, który bezpowrotnie został zniszczony. Ludzkie losy, tkane z polskich, ukraińskich i żydowskich nici, brutalnie rozplątano, spopielono i posegregowano na nowo.  W Wólce Krowickiej nic już nie będzie takie jak wcześniej. Szusowym traktem nie pójdą już na targ ludzie z tamtych lat.  Za to mogą teraz paradować do woli, swobodnie jak nigdy dotąd w wierszach: pan Czekalski (co to wie),  Marysieńka Ilnicka (piękna mołodycia), ciotka Marinka (siostra Bukity, co się ogłosił Wernyhorą), Dziunia Kraińska. Ciągnący się korowód zmarłych, na czele którego kroczy matka. To ona bowiem jest główną bohaterką, tytułową kochanką Norwida.

Moje miejsce jest po stronie matki. Matki nie-Polki. Córki rezuna, co pod osłoną nocy karmiła i opierała ukraińskich żołnierzy. Matki, którą deportowano, a która uciekła z transportu dzięki pomocy polskich kuzynów z AK. Najpierw więc świat oszalał, rozpętał straszliwą nawałnicę nad Wólką Krowicką. Przyszła śmierć, cicho, pod osłoną nocy. W kwietniu 1944 roku oddziały UPA zaatakowały wieś, paląc domostwa i mordując dziewięciu mieszkańców. Ofiar byłoby pewnie znacznie więcej, ale miejscowa ludność, spodziewając się ataku, w porę uciekła. Potem rozpruły się granice, a matkę ponownie deportowano w roku 1947, w ramach akcji „Wisła”, by nie stanowiła już więcej zagrożenia dla ojczyzny Polski. Powróciła, ale szaleństwo już jej nie opuściło. W jednej z rozmów Tkaczyszyn-Dycki wspomina zresztą, że mając jedenaście lat, odwiedził matkę w szpitalu psychiatrycznym, a ona powiedziała mu, iż jest kochanką Norwida. To był kolejny koniec świata, który musiał nastąpić.

Czytając poezję Tkaczyna-Dyckiego mamy wrażenie, jakbyśmy poruszali się w zwolnionym tempie wewnątrz jednego pokoju. Przestrzeń jest ściśle określona i zdefiniowana. Zapewne to główna izba domostwa Dyciów. Z każdym kolejnym obrotem odkrywamy, że czyjaś niewidzialna ręka nieznacznie przestawia sprzęty. Drobne korekty w ustawieniu. Wygrywane milczeniem historie światła i cieni. Narastające poczucie klaustrofobii. Drewniane krzesła, stolik, skrzynie z ubraniami poddane metaforycznej wędrówce prowadzonej bez zasad, zbliżonej do obłędu. Domownicy chętnie przychodzą w gości, ale nie są władni uciec z pokoju–wiersza, zapadają na wszelkie ludzkie choroby i umierają (na ulicach wielkich i małych miast / byliśmy wyłapywani / nie zatrzymywani lecz wyłapywani / przechwytywani przez przeszłość / w którą nikt już nie wierzy / nikt nie wierzy w moją przeszłość / choć stała i stoi w opłotkach / Wólki Krowickiej lub Krowicy Hołodowskiej). Ale pod podłogą tych wierszy można wyczuć nostalgiczne ciepło miłości i tęsknoty. To, co nieuniknione, przelewa się dłonią uzbrojoną w pióro wprost na czystą kartkę. Nie jest to jednak  poezja, która pławi się w samotności – w zamian za to przemienia się w dialog pomiędzy autorem, czytelnikiem oraz tymi, którzy odeszli.

Niewielu jest już poetów, którzy potrafią w tak intymny i subtelny sposób zwracać się ku przeszłości. Budulcem tej przeszłości staje się wykluczająca się tożsamość – spolonizowanego ojca, który mówił językiem Norwida, choć nie miał o nim pojęcia, oraz matki – Ukrainki. Z łańcucha rodzicielskiej krwi zrywa się ów wściekły pies schizofrenii i przeprowadza nieustanne ataki. To przecież wybór, który został dokonany nieświadomie jeszcze w dzieciństwie, ale z każdym kolejnym wersem dokonuje się ponownie. Niekończący się ciąg decyzji i wątpliwości. Tkaczyszyn-Dycki próbuje spłacić dług, którego po prawdzie nie zaciągnął. Dług wobec swojej szalonej matki, wobec swojego nieobecnego ojca, wobec ojczyzny Polski i ojczyzny Ukrainy. A wreszcie dług wobec swojego utraconego chachłackiego języka (kaniuk, kaniuczyszko). Te próby nie mogą zakończyć się sukcesem. Przeszłość pokrywa się patyną, a nad zmarłymi narastają kolejne warstwy ziemi. Rozpaczliwe zaklinanie pamięci musi zakończyć się wraz z ostatnią linijką książki, ale pozostaje coś więcej – to drganie przestrzeni, z którym czytelnik zostaje sam na sam.

 

Eugeniusz Tkaczyszyn-Dycki

Kochanka Norwida

Biuro Literackie, 2014

Liczba stron: 63

Marcin Pawlik

Marcin Pawlik

Marcin Pawlik (ur. 1978) – politolog, prawnik, basista oraz tekściarz zasłużonych zespołów alternatywnych, członek trupy teatralnej Teatr Bob. Czynny kadrowicz Reprezentacji Polskich Pisarzy w Piłce Nożnej. Wydał dwie książki poetyckie „Deklinacja nic” oraz „Bunt na jeziorach”. Mieszka w Krakowie.